12 paź 2019
Kamil Fejfer, O kobiecie pracującej. Recenzja
Jeśli mówi wam coś nazwa facebookowego profilu - Magazyn Porażka, to jesteśmy w domu. Jego twórca, dziennikarz, analityk rynku pracy Kamil Fejfer jest w mojej ocenie jednym z najskuteczniejszych hamulcowych 'american dreamu' w swojskiej wersji polskiej. O ile Woś w Polityce czasem jedzie za daleko, powodując nie tyle ocknięcie tzw. rynku z drzemki, ale wręcz chichot i złośliwości, o tyle jednoosobowy wydawca Magazynu Porażka raczej budzi niźli chlasta w twarze z liścia. Reakcje na jego wpisy najlepiej pokazują stan polskiego pracownika. Im gorętsze, tym bardziej widać zaczadzenie motywacyjnymi filmikami o pierwszym milionie w zasięgu ręki, im pełniejsze rezygnacji, tym pełniej uwidaczniają, jak faktycznie jest źle.
Jak jest źle, Fejfer pokazał w pierwszej swojej reportażowej książce, "Zawód. Opowieść o pracy w Polsce". Tym zaś razem kieruje światła na żeńską część pracowników, przyglądając się luce płacowej, czyli różnicy między zarobkami na tym samym stanowisku, w zależności od płci osoby, która je zajmuje. Natura, czy kultura? Co lub kto decyduje, że kobiety nie imają się pewnych zawodów, choć mogłyby? A co lub kto powoduje, że kiedy się ich już imają, zarabiają mniej? Autor nie mnoży odpowiedzi, choć ich wersji jest prawie tyle, ilu jego rozmówców - ekspertek i kobiet przeżywających swoje życie. Wystarczy przygarść przykładów, żeby zorientować się, że komuś takie rozwiązanie bardzo pasuje, a ktoś inny nawet się nie zastanowił, bo od dziecka był uczony, że nie jest od zastanawiania się, tylko od ładnego wyglądania. Plus: od opieki, karmienia, opierania.
Tak, jeśli ktoś boi się feminizmu, tutaj znajdzie feminizm. Z mężczyzną-feministą trudno dyskutować, wszak niepisane reguły męskiego świata stanowią, że się nie bruździ kolegom. Jak zatem trudne do przełknięcia musi być to, co Fejfer pisze, skoro młodzi mężczyźni dostają spazmów w komentarzach pod jego postami? Drugie tak: bo okazuje się też, że istnieniu luki płacowej w Polsce najgoręcej zaprzeczają właśnie młodzi mężczyźni. Dlaczego? Tutaj odpowiedzi nie znajdziecie, ale moja głowa już nad tym pracuje.
Tu znajdziecie nieubłagane statystyki i losy kobiet: sprzątaczek, pielęgniarek, nauczycielek, matek. Bierzcie i czytajcie, bo materiał jest świeży, tegoroczny. Więcej, oprócz przykładów są też postulaty, jak to wszystko zmienić. I nietuzinkowy apel, ale jego treści nie zdradzę, by jej nie spalić.
Za egzemplarz recenzencki dziękuję Autorowi oraz Wydawnictwu Czerwone i Czarne.
12 sie 2019
Piotr Nesterowicz "Jeremiasz", czyli kiedy ostatnio czytaliście powieść o Sejnach?
Ktokolwiek spodziewał się wydania współcześnie powieści, której akcja dzieje się w jednej trzeciej na Sejneńszczyźnie, to na pewno nie ja. Nie teraz, kiedy u państwa pisarzy nie ma już tego typowego dla lat PRL-u sentymentu do prowincji. Na szybko potrafię teraz wymienić z tamtej epoki "Poziomkowe lato" Doroty Lubomirskiej-Hosowicz, czy fragment "Za tyle pięknych dni" Joanny Iwaszkiewicz. Z nowszych - thriller amerykańskiego autora, którego nazwisko, tak jak i tytuł książki utonęły w mojej pamięci i za nic nie chcą wrócić.
Do mnie sceptycznej trafiła wydana rok temu przez W.A.B. powieść historyczna Piotra Nesterowicza "Jeremiasz". Rzecz jest o względnie młodym człowieku, śledczym służącym w III Oddziale Kancelarii Osobistej Jego Cesarskiej Mości w Grodnie, u schyłku XIX wieku. Jeremiasz przybywa do Supraśli, aby przyjrzeć się sprawie morderstw popełnionych na supraskich fabrykantach i ihumenie tamtejszego klasztoru. Zaczyna się to więc jak rasowy kryminał, jednak zmierza w stronę powieści inicjacyjnej. Oto bowiem Jeremiasz, jak biblijny prorok o tym samym imieniu, zaczyna odbierać komunikaty boskie, głosić je i zarazem podążać ścieżką samopoznania.
Nie wie, czemu ten ciężar spada na niego, syna samotnej matki, wychowanego w nieprzyjaznych Berżnikach w atmosferze izolacji, jako dziecko zdrajcy Cyriaka Accorda - sejnianina, jednego z naczelników Powstania Styczniowego. Accord ojciec uciekł z powstańczą kasą i zmienił wiarę na islam, wskutek czego domniemany syn łykał w berżnickiej szkółce upokorzenie i odbierał kuksańce od kolegów. W sejneńskim gimnazjum przyklasztornym pojął, że rozum powinien tryumfować nad duchem. Ale odepchnięty Bóg miał wobec niego inne plany i nieszczęsny Jeremiasz peregrynuje między Supraślą, Grodnem, Białymstokiem, Krynkami, Mułami, Berżnikami, aby w finałowych scenach znaleźć się w Sejnach i Pogorzelcu, gdzie przed laty doznał największej z życiowych strat. Czy choćby ten katalog nazw miejscowości nie działa dostatecznie wabiąco? Są tu jeszcze prorok Ilija z Grzybowszczyzny, okołosejneńska szlachta i nasi Staroobrzędowcy, a co oni czynią Jeremiaszowi, tego nie zdradzę.
Nie jest to historia z happy endem, bo bohater w chwili uzyskania pełnej samoświadomości traci ją zapewne na zawsze. Ale cóż stąd, jeśli podróżując z nim można potrenować wyobraźnię w poznawaniu Podlasza (i opisów ówczesnych Sejn, włącznie z mieszkańcami) w epoce chaosu i strachu przed bliskim końcem świata. Dlaczego Podlasza? Wrażliwi na dopisywanie Sejneńszczyzny do Podlasia powinni zacząć lekturę od krótkiego posłowia na końcu, gdzie autor wyjaśnia m.in., jakie poczynił zmiany i przyznaje, że dołączył Suwalszczyznę do powieściowego Podlasza, krainy bardzo podobnej do tej realnej, ale jednak nie do końca. To dobry sposób na uniknięcie irytacji i zrozumienie autorskich intencji, pomocny w spokojnym odbiorze całości. A że warto odebrać całość, w to ja ani chwili nie wątpię. Dla nas ta powieść to absolutny must read, a przynajmniej rzecz, która powinna znaleźć się na półce w każdym szanującym się sejneńskim domu.
Za egzemplarz "Jeremiasza" serdecznie dziękuję panu redaktorowi Filipowi Modrzejewskiemu z Wydawnictwa W.A.B. (Grupa Wydawnicza Foksal).
12 lip 2019
Praga II cz. 3 Baseny Namysłowska
Kiedy wiosenne lato gwałtownie przechodzi w letnie przedwiośnie, a perspektywa opalania i kąpieli oddala się bezlitośnie z horyzontu, można trzeźwiejszym, a stęsknionym okiem przyjrzeć się miejscom do pływania. To konkretne polecam ludziom, którzy nie pogodzili się do dziś z likwidacją infrastruktury rekreacyjnej w Borku, i tym, co nie rozumieją skąd u osób w pewnym wieku ta tęsknota do zdziadziałej muszli i obłupanych murków, oraz zarośniętego basenu p-poż. z nieczynnym stawidłem. Otóż jest w Warszawie miejsce - rówieśnik Borku i to takie, w którym żaden leśniczy nie nakazał rozbiórki, dzięki czemu wsiadamy w wehikuł czasu i lądujemy wprost w latach 70.
![]() | |
| W tych samych latach aktywny zawodowo był serialowy 40-latek :) |
Baseny przy ul. Namysłowskiej powstawały w latach 1972-1976 w stylu modernistycznym. To nie było tak ekskluzywne miejsce lansu, jak słynne odkryte baseny Gwardii, Skry, Warszawianki, Legii. Że te nie były słynne? No, jeśli opisywanie w książkach i pokazywanie w filmach to nie sława... Np. na basenie Gwardii dzieją się sceny jednego z odcinków "07 Zgłoś się" z 1981 roku, w których porucznik Borewicz niby to prowadzi istotną pracę operacyjną, ale żar leje się z nieba, a dziewczęta piękne i półnagie, więc zaraz zaczyna się flirt.
Na Namysłowskiej raczej nie taplały się gwiazdy ekranu i radia, prędzej robotnicy żerańskiej fabryki, względnie szatańsko pachnącego w letnie dni Wedla, czyli wówczas Zakładów Przemysłu Cukierniczego im. 22-Lipca. Dziś trudno wyobrazić sobie tłumy w tym obiekcie, ale pustka i cisza powoduje, że łatwiej się skupić na modernej architekturze. Pustka, dodam, w tygodniu, bo w weekendy obiekt przeradza się w gigabazar, gdzie na plandekach ciuchy używane, torebki, kosmetyki z Niemiec i w ogóle namiastka pobliskiego Bazaru Europa (niech mu ziemia będzie lekką i dlaczego nie poczekał na mnie, aż przyjadę do Warszawy?).
W tej ciszy można kontemplować elementy wyposażenia, przypominające osiedlowe instalacje przestrzenne z drugiej połowy XX wieku. Różnią się tym, że miały konkretne funkcje i o tym właśnie opowiem.
![]() | ||
| Modernistyczna brama wejściowa, miejsce pielgrzymek archimaniaków |
![]() |
| Brama od środka |
![]() | ||
| Turnikiet. Pewnie niejedna Annuszka rozbiła tu oranżadę... |
![]() |
| Tylna "harmonijkowa" ściana budynku |
![]() |
| Jedno ze źródełek wody pitnej |
![]() |
| Brodzik ze zjeżdżalnią dla dzieci |
![]() |
| Uprasza się obywateli o ostrożne ślizganie! |
![]() |
| Yin i Jang infrastruktury lat 70. |
![]() |
| Wygląda znajomo? |
![]() |
| Grzybek wodny |
![]() |
| Wejście przez bramę wodną |
U stóp widocznego łuku znajdowała się myjka do stóp. Delikwent wkraczał w nią, a tymczasem z góry...
![]() |
| ...sikała woda, którą należało się opłukać. |
![]() |
| I oto jest, basen właściwy, dziś za płotem w dni targowe i w budne. |
9 lut 2019
Praga II cz. 2
Dostałam pod choinkę drugie bodajże wydanie "Listów na wyczerpanym papierze", przygotowanych do druku przez Magdę Umer listów miłosnych, wymienianych przez Agnieszkę Osiecką i Jeremiego Przyborę. Jak wynika z przedmowy, parę poetów i tekściarzy romans łączył przez dwa lata, między 1964 i 1966 rokiem. Żonaty poeta i wolna stanem (oraz duchem) poetka korespondowali najpierw w taki sposób, że ona zostawiała wiadomości dla niego w klubie SPATiF-u na rogu Wilczej i Alei Ujazdowskich. Przepiękne wydanie tego zbioru zawiera kopie pocztówek i w pewnym momencie zorientowałam się, patrząc na ich pole adresowe, że Przybora zamieszkał na ul. Dąbrowszczaków, czyli na Pradze II, jakieś pięćset metrów od miejsca, gdzie piszę te słowa :)
Wcześniej wiedziałam, że Przybora, najbardziej chyba znany z Kabaretu Starszych Panów, pierwszą żonę, Marię Burską (jedną z tria "Sióstr Burskich", dziewcząt o książęcym, rosyjsko-tatarskim pochodzeniu), poślubił 15 września 1939 roku w praskim soborze św. Marii Magdaleny.
![]() |
| Sobór metropolitalny św. Marii Magdaleny |
Ale żeby mieszkał na Pradze II? Ano, tak. Z korespondencji i przypisów wynika, że Przybora opuścił drugą żonę i zaopiekował się mieszkaniem przyjaciół, pod adresem Dąbrowszczaków 12 mieszkania 110 (który Osiecka często modyfikowała na: "Szymanowskiego, róg Dąbrowszczaków, m. 110). Magda Umer wyjaśnia w przypisie, że chodzi o "mieszkanie państwa Kowzanów, znajomych, którzy wyjechali za granicę, przy ul. Dąbrowszczaków, w którym mieszkał Jeremi i w którym pomieszkiwała Agnieszka".
Śpiewana później przez Sławę Przybylską piosenka "Portofino" do tekstu Osieckiej miała kilka swoich wersji, zmienianych przez podróżującą Agnieszkę w zależności od uczuć, które aktualnie żywiła do Przybory. To jedna z wersji:
"Dziś przyjechało wiejskie kino
i na jeziorze błysnął lód,
w sosenkach księżyc się rozpłynął,
a mnie tam smutno jest ciut ciut...
Na wszystkich stołach słodkie wino,
a ja wciąż plotę niby z nut
to prawobrzeżne Portofino -
nasz przysłowiowy szczęścia łut.
I nie wiem co tu jest przyczyną,
ale się cieszę, że aż ha,
że jeszcze będzie Portofino
inaczej mówiąc - Praga II"
- pisała Osiecka w liście z październiku 1964 roku. W styczniu następnego roku Przybora wymawiał:
"Pojechałaś sobie przed chwilą na Twoją Kępę (Saską - przyp. MK), do trochę zaczarowanego Swojego pokoiku, a ja zostałem na tej zdumiewającej Pradze II (...)"
Czas pokazać, gdzie mieściło się owe "Portofino" zdumiewającej pary, która czyniła nasz kraj jednym z weselszych bloków w komunistycznym obozie.
![]() |
| Kamienica przy Dąbrowszczaków 12 od podwórka, klatka z nr 110 |
Jeśli spojrzeć na plac Hallera z góry, to budynek ten mieści się w jego lewej górnej części. Przypisanie poszczególnych budynków ulicom jest w tym miejscu dość tajemnicze, bo np. ta konkretna kamienica stoi frontem do ulicy Sawinkowa, bokiem do Szymanowskiego, a adres ma, jaki ma. Niemniej, architekturą jest typowa dla otoczenia placu Hallera.
![]() |
| Dąbrowszczaków 12 od frontu, z wieżyczką na rogu ul. Szymanowskiego |
Aby wyjść z podwórza na ul. Szymanowskiego, można kierować się na jedno z podcieni. To konkretne nie ma tak zjawiskowej posadzki, jak to z wpisu "Praga II cz. 1" ale za to ma strop prawie neorenesansowy!
![]() |
| Podcieniem na słoneczną ulicę Szymanowskiego |
![]() |
| Czy tędy Osiecka i Przybora wymykali się razem? |
Stojąc przy ul. Sawinkowa, plecami do domu, w którym kryli się przed światem kochankowie, ma się po prawej widok na jeszcze jedno z licznych podcieni osiedla Praga II.
![]() |
| Prostopadła ulica Szanajcy |
20 sty 2019
Praga II cz. 1
Warszawa jest miejscem, gdzie nie tylko raz po raz spotyka się celebrytów w ludzkich, a nie bardzo medialnych sytuacjach. Jest też polem do indywidualnego odkrywania Ameryk, odkrytych dawno temu przez licznych warszawologów, tych instytucjonalnych i tych po godzinach, z miłości. Jeśli nie dać się zblazowaniu i nie opuszczać rąk, można, kierując się intuicją, nieźle się zabawiać, sprawdzając, czy to, co mnie wydaje się jakieś, jest takie w istocie i zostało już należycie odkryte i opisane. Co się dzieje i działo w moim najbliższym sąsiedztwie, opowiem.
![]() |
| Plac Hallera w 1/3 powierzchni od str. pętli autobusowej |
Jeśli ktoś chciałby w tym miejscu odniesienia do spraw sejneńskich, to proponuję karkołomne, ale moim zdaniem adekwatne: gdy projektowano w PRL obszerne mieszkania w bloku tzw. pomowskim (dla pracowników Państwowego Ośrodka Maszynowego) przy ul. Wojska Polskiego, uwzględniono w kuchniach miejsce na spiżarki, kwadratowe wnęki z drzwiami, wietrzone przez kratki wentylacyjne, umieszczone w fasadzie budynku. Rozumiało się samo przez się, że mieszkańcy będą chcieli trzymać pod ręką płody z działek pracowniczych. Takie przebłyski zrozumienia dla ludzkich potrzeb miała ówczesna myśl architektoniczna, ale zdarzały się i jego braki (np. wysokie sufity Pragi II, czy ogromne, trudne do ogrzania i opłacenia metraże sejneńskich bloków pracowniczych).
![]() | |
| Wlot z Placu Hallera w ul. Skoczylasa (prawa pierzeja) |
O przeszłości Placu Hallera można się co-nieco dowiedzieć z publikacji internetowych i rozmów z prażanami. Czasem trudno tylko zastosować to "kiedyś" do tego, co "teraz" i łatwo wysmalić, krótko mówiąc, głupa. Ale z pożytkiem dla siebie, a kto pyta, nie błądzi. Podczas jazdy autobusem dowiedziałam się na przykład, że cegłę na budowę osiedla zwożono zza Wisły, konkretnie z Muranowa (na te słowa - ścisk w sercu, mieszkam na cmentarzu).
Z rzeczy chwalebnych - przy placu były słynne kawiarnie "Miś" i "Niedźwiadek", małe kina "Mewa" i "Albatros". Na powietrzu organizowano potańcówki ludowe, podobne, jak na Mariensztacie. Mój przypadkowy informator okazał się być też informatorem Muzeum Pragi (na stałej wystawie w MP można posłuchać nagrania z jego opowieścią), stąd wierzę w jego słowa. Sęk w tym, że nie zdążył mi opowiedzieć, gdzie to wszystko konkretnie było, w których budynkach. Publikacje np. w stołecznej Gazecie też nie do końca wskazują miejsca tych przybytków rozrywki. Czytałam tylko gdzieś, że naturalnym spadkobiercą "Misia" i "Niedźwiadka" jest mająca się wciąż dobrze kawiarnia "Bajaderka" (róg placu i ul. Jagiellońskiej), w której można zobaczyć taką oto płaskorzeźbę:
Nie umiałam za to przypiąć do niczego tajemniczego lokalu na rogu Placu Hallera i ul. Skoczylasa (w jej lewej pierzei, patrząc od placu). Stał pustką, widoczną zza połamanych żaluzji, ale równocześnie kusił różnymi resztkami, dobrze widocznymi przez duże witryny. Jesienią do lokalu zawitała duża ekipa remontowa.
![]() | |
| Róg Placu Hallera i Skoczylasa |
![]() |
| Na parterze, za kamienną okładziną - lokal |
![]() |
| Wnętrze w trakcie robót |
![]() |
| Świetlik na wysokości antresoli |
![]() |
| Witraż z gomółek szklanych |
Otóż była tu pracownia prof. Chmielewskiego, autora m. in. suwalskiego pomnika Marii Konopnickiej (tej pierwszej, kamiennej), wielu pomników stołecznych, czy znanego dobrze studentom Uniwersytetu w Białymstoku pomnika Bohaterów Ziemi Białostockiej (stojącego w pobliżu Placu Uniwersyteckiego). Artysta po repatriacji z rodzinnego Grodna mieszkał w rodziną w Suwałkach, stąd jego liczne związki z naszymi stronami.
Nie bez wstydu przyznałam się sympatycznym konserwatorom, że tablicę, oczywiście, widziałam, ale dla mnie określenie "w tym domu" skojarzyło się z frazą "w jednym z mieszkań tego domu" i nie zgadłam bez ich pomocy, że miało ono znaczyć: "w tym lokalu z antresolą". W każdym razie jeszcze w styczniu wyremontowany lokal będzie do wynajęcia. Remont przeprowadziły władze miejskie i zamierzają udostępnić go z przeznaczeniem (najchętniej) na pracownię artystyczną. Wujek google podpowiada, że przed remontem miejsce to było do wynajęcia za stawkę 15 zł/metr kwadratowy, przy czym jest tych metrów ponad dwieście. Ile wzrośnie ta stawka, okaże się niebawem.
![]() |
| Jeszcze jeden artefakt z czasów profesora |
Ozdobą Placu Hallera są trzy obłożone ciosanym kamieniem kioski: stanowisko dyżurnego ruchu Zakładu Transportu Miejskiego, kantor walut i kwiaciarnia. Nie podejmuję się określania, z jakich czasów pochodzą, ale stwierdzam, że wśród nich przoduje zdecydowanie budynek stanowiska dyżurnego. Odkąd jestem w stolicy, był on używany. Na specjalnym podwyższeniu zasiadała codziennie pani, obserwująca przez witrynę szklaną i zapisująca godziny przyjazdów autobusów na pętlę. Od jakiegoś czasu obiekt opustoszał. Dyżurni obserwują ruch "empeków" siedząc w służbowych samochodach, zaparkowanych na pętli.
![]() |
| Kiosk dyżurnego ruchu ZTM |
Co dalej będzie z kioskiem, nie wiem. W każdym razie okna dają pole do zachłannej obserwacji wnętrza, które - podkreślam z całą mocą - nie mogło się zmienić od co najmniej trzydziestu-czterdziestu lat. Wszystkie elementy wyposażenia: od stolików, pulpitu, wykładziny PCV w korytarzyku wejściowym, po kable, kwietniki itp. stanowią żywy skansen peerelowskiego wystroju wnętrz biurowych. I każde posiada numer inwentarzowy, pracowicie wymazany emalią.
Na szczęście warszawskie środowisko nie jest ślepe na takie perełki, dlatego kiosk robi karierę w... kinematografii. Jakim fajnym zaskoczeniem było zobaczyć go w filmie "53 wojny" Ewy Bukowskiej! Scena, w której do palącej Anki dosiada się Przypadkowy Amator Cudzesów i dowiaduje się, że jest ona uciekinierką z Czeczenii, rozgrywa się na podmurówce rzeczonego kiosku.
![]() |
| Tu, na parapecie siedziała Anka (Magdalena Popławska) |
-------------- edit (luty'19) ---------------
Kierowcy autobusów, zatrzymujących się na pętli na placu Hallera mają do wyboru dwa toi-toie lub, o ile posiadają klucz do tego kiosku, toaletę z prawdziwego zdarzenia. Trafiła mi się okazja "zanurkować" w korytarzyk za panem kierowcą. I ciach!
![]() |
| Wejście na dyżurkę dyspozytora |
Lud warszawski ma obywatelskie zacięcie, dlatego też czekająca na odjazd starsza pani zainteresowała się, po co tam zaglądam. Wdawszy się w wyjaśniającą rozmowę dowiedziałam się, że "burzyć na pewno tego nie będą, a jeśli będą, to nie pozwolimy". Brawo :) Dla mnie pobyt w Warszawie może skończyć się trafieniem do kozy, ale póki co uważam, że warto.
---------------------------------------
Kiosk ZTM to nie jedyny plan, który wykorzystali twórcy "53 wojen". Kamienice otaczające Plac Hallera mają wkomponowane podcienia (ja naliczyłam ich cztery), każde w nieco innym stylu i z innymi detalami. W filmie pojawia się jedno z nich - w scenie, gdy Anka pośród kolumnady goni przypadkowo spotkaną młodą Czeczenkę, żądając, aby zostawiła w spokoju jej męża, Witka.
![]() |
| Tu bohaterka w ataku psychozy skrzyczała młodą Czeczenkę |
![]() |
| To podcienie, jako jedyne, ma tak zdobną posadzkę |
CDN niebawem. Będzie dotyczył Placu Hallera jako scenerii prawdziwego, niefilmowego romansu, który mocno wpłynął na polską poezję drugiej połowy XX wieku. Chwała książkom, jako prezentom pod choinkę!
19 gru 2018
Lilka wywyższona
W sali zwieńczonej kopułą jako jeden z eksponatów - jedyny fragment pomnika rozebranego w myśl ustawy o dekomunizacji z 2016 roku - stoi popiersie, a właściwie połowa postaci sejneńskiej Lilki. Sala zawiera części ostatniej z sekcji wystawy: "Rozkład", ilustrującej recykling, burzenie, usuwanie pomników. Uczestniczący w wystawie warszawianie wyraźnie skupiali się na kawałku pomnika Dzierżyńskiego, który do 1989 r. stał na Placu Bankowym (wówczas jeszcze imienia przywódcy CzeKi). Co ciekawe, z bliska trudno nie zauważyć, że Lilka dłuta Stanisława Wakulińskiego różni się na korzyść "krwawego Feliksa" Zbigniewa Dunajewskiego nie tylko szlachetnym materiałem (ona - piaskowiec, on - zbrojony beton, brązową "pozłotą" markujący spiż). W tej samej sali można zobaczyć dłoń księcia Pepi dłuta Thorvaldsena, z pomnika zniszczonego przez Niemców po upadku Powstania Warszawskiego, czy pokruszone figurki-pamiątki pomnika Aleksandra Macedońskiego ze Skopje (Macedonia), które dojechały na wystawę w kawałkach.
![]() | ||||
| Wobec rozmiarów pałacowej sali popiersie traci na wielkości |
Reakcje? Najżywsze odnotowałam ze strony zwiedzającej wystawę młodzieży. Padały stwierdzenia: "poczekaj, muszę zobaczyć, co ona ma w ręce", albo "szkoda, że to tylko część".
![]() |
| W tle odtwarzana jest videoinstalacja "Czarne słońce" H. Czerepoka |
![]() |
| Po sąsiedzku - część pomnika Feliksa Dzierżyńskiego, zdemontowanego w 1989 r. |
![]() |
| W innych sekcjach wystawy m.in. wycinek z "Gazety Białostockiej" (?) z 1970r. |
![]() |
| 1971 r. |
![]() |
| Fot. nn, "Montaż pomnika XXV-lecia PRL" |
![]() |
| Sala z modelami rzeźb z pracowni X. Dunikowskiego |
![]() |
| Sala inspiracji |
![]() |
| Poświęcenie pomnika ofiar I Wojny Światowej w Targu Jiu (Rumunia), 1938r. |
![]() |
| Dziś pomnik zaprojektowany przez Constantina Brancusiego zwany jest Kolumną Nieskończoności |
![]() |
| Nim warszawska Nike w 1964 stanęła na Placu Teatralnym... |
Wystawę można oglądać do 10 kwietnia 2019 roku. Nie wyobrażam sobie, żeby miały ją pomijać sejneńskie wycieczki szkół ponadgimnazjalnych, bo to dobra okazja do pokazania, jak fenomen poczciwej, zapomnianej i niedocenianej przed rozbiórką sejneńskiej Lilki wpisuje się w podobne procesy upamiętniania, zapominania i burzenia, toczące się w naszej części świata.
5 lis 2018
Białoruś cz. IV Niezabudź
Jesień, więc czas znów, jak w wodę, wstąpić w białoruskie klimata. Tym razem wspomnieć pamiątki, zostawione przez ludzi, po których została może garstka kostek, a może i to nie. Jedni zapisali się w historii Rzeczpospolitej Obojga Narodów, inni - jakby ich nigdy nie było. A jednak są i promieniują urokiem przez wieki.
![]() |
| Kościół w Zdzięciole |
Barokowy kościół w Zdzięciole (białor. Dziatlawa, obwód grodzieński) ufundował w 1624 roku podkanclerzy litewski i zarazem poseł ziemi słonimskiej Kazimierz Lew Sapieha, syn Lwa, kanclerza wielkiego litewskiego i Elżbiety Radziwiłłówny. Poświęcenie świątyni odbyło się w 1646 roku. O możnym fundatorze, władającym siedmioma językami absolwencie wszystkich liczących się europejskich akademii, przypomina plakieta na frontonie:
W Zdzięciole mieli swoją siedzibę powiązani rodzinnie z Sapiehami Radziwiłłowie. O nich będzie ta opowieść. Co prawda ich zniszczonego pałacu nie udało mi się zobaczyć, ale w kościele znalazłam smakowity rebus w sam raz na zimne wieczory (o którym próżno szukać wiadomości w sieci).
Miła przewodniczka, profesorka uczelni w Baranowiczach, z pewnym zażenowaniem tłumaczyła stan budynku w środku. Borykający się z brakiem pieniędzy parafianie razem z gospodarzami świątyni przeprowadzili jej remont najlepiej, jak potrafili. I przyozdobili, jak umieli, rokokowe ołtarze cieniując niebieską farbą. Nic to jednak. Po drugiej stronie nawy głównej od ambony, wysoko nad chrzcielnicą znajduje się nietypowy nagrobek Mikołaja Faustyna Radziwiłła herbu Trąby. Magnat urodził się i zmarł w Zdzięciole, ale pogrzeb wyprawił mu jeszcze możniejszy kuzyn w Nieświeżu. Ukryte za nagrobkiem z mosiężnej blachy jest samo faustynowe serce.
![]() |
| Organ podobno jest schowany w naczyniu |
Metodą powiększeń i wyostrzania w miarę łatwo udało mi się odczytać nagrobny wiersz, poza miejscem, gdzie blachę na dobre zjadła śniedź:
Ten Nagrobek co znaczy (…) wiedzieli
Mikołay niebu duszę, serce światu dzieli
Bo Sercem dość wspaniałym
Gdy powszechnie wsławił
W Niezabudź na tym miejscu
Swe Serce zostawił.
A tak gdy twe żal szczery
Serce wskroś poruszy
Mów Boże bądź miłościw Mikołaya duszy.
Jeszcze wyżej nad sercem wisi pożerany przez czas portret Mikołaja Faustyna.
To jeszcze nie wszystko, bo z nieznanych przyczyn na gotowym nagrobku, korzystając z faktu, że miejsca było jeszcze trochę, upamiętniono zmarłego niedługo po ojcu Jerzego Radziwiłła. Dlaczego tylko jego, skoro Faustyn miał czternaścioro dzieci (w tym sześcioro nie dożyło dorosłości)? Nie wiadomo. Ale wiersz, mimo, że wyryty w blasze drobnym maczkiem, wyjaśnia co nieco, zrzucając winę na "affekta".
Jedna krew jedno serce
Choć śmierć dwóch ucina
Rozdzielić jednak z Ojcem niepotrafi Syna
Więc gdzie Faustyn tam Jerzy obu złączeni
(…) affektem jednym wiecznie połączeni.
Mikołaj Faustyn zmarł w lutym 1746 roku, syn Jerzy, wojewoda nowogródzki - w grudniu 1754 roku, do tego w Jaworze, w województwie świętokrzyskim (w wojennym pochodzie, może w drodze). Stąd nie wiem, co mógł mieć na myśli artysta, kiedy po lewej od epitafijnego wierszyka wyrył mikroliterami napis:
Umarł r. 1755 23 Xbra
Co należałoby chyba tłumaczyć, jako 23 decembra (października) 1755. Zagadka...
W kategorii "niezabudź" umieściłam też słonimskie wota, choć Słonim (obwód grodzieński) doczeka się odrębnego wpisu. W późnobarokowym kościele św. Andrzeja znajduje się wielki obraz św. Antoniego Padewskiego, ubranego w metalową suknię.
![]() |
| Kościół św. Andrzeja w Słonimiu |
![]() |
| Na progu w 1925 roku przypomniano datę rozpoczęcia budowy |
Wokoło postaci św. Antoniego z Padwy wisi nieco wot, zachowanych, mimo, że kościół ocalał cudem, zburzony częściowo w czasie I Wojny Światowej, zawalający się już po remontach międzywojnia, a na koniec w 1946 roku przeznaczony przez Rosjan na magazyn zboża, następnie soli.
I tak, wbrew wszystkiemu i wszystkim, przez wieki dowiadujemy się, co było ważne dla parafian i o co prosili świętego, specjalizującego się w odnajdywaniu zgub. Przecież to do niego wzdychały matrony w całym Wielkim Księstwie Litewskim, szepcząc:
Święty Antoni Padewski
Obywatelu niebieski
Niech się stanie wola twoja,
Niech się znajdzie zguba moja.
Pewien zaś obywatel ziemski ze Słonimszczyzny, Ipohorski-Lenkiewicz, prosił o powodzenie w istotnej dla siebie transakcji:
"Święti Antoni Padewski, módl się do Boga za mną grzesznim, abim szczęszliwie konia przedał. Michał Thadeusz Ipohorski Lenkiewicz. R. 1782 m:ca Januaria, dnia 23"
Czy Michał Tadeusz szczęśliwie i korzystnie "przedał" swojego konia, nie dowiemy się. Podobnie jak tego, czy był jakimś antenatem słynnych w Białorusi Ipohorskich-Lenkiewiczów, np. Wiesława, cichociemnego, który w czasie II Wojny Światowej kierował polskim wywiadem w zachodniej Ukrainie. Dość, że po koniu i jego właścicielu nie zostało nawet prochu, ale niezabudź jest.
Św. Antoni wydawał się jednak skuteczny w tego typu sprawach, nie tylko nogach i oczach (w kształcie których wota też są wokół niego). Bezgłośnie, ale jednak w końskim interesie apelował do Niego nieznany szlachcic, fundując inną srebrną płytkę:
![]() |
| Chodziło o sprzedaż, kupno, szczęśliwe wyleczenie ochwatu? |
Subskrybuj:
Posty (Atom)

























































