20 sie 2020

Piotr Dapkiewicz o Czesławie Miłoszu


Na 16. rocznicę śmierci Miłosza pod wpływem bodźca od znajomego ruszyłam sprawdzić, o czym pisałam wtedy. Otóż robiłam wywiad z Piotrem Dapkiewiczem, który teraz, od pięciu już lat z Miłoszem może w karty sobie gra. 

Ale jednocześnie w alternatywnym wymiarze, w sierpniu 2004 roku wspomina:
 
- Związek mojej rodziny z dworem brał się może stąd, że gospodarstwo Dapkiewiczów w Żegarach było przed wojną jednym z najlepszych, tym bardziej, ze dziadek był pszczelarzem, a Kunatowie, następnie Lipscy, mieli pasiekę, a nie było jej komu doglądać. Dziadek był tam wzywany, kiedy pszczoły się roiły, kiedy było miodobranie. Mam dwa jego zdjęcia zrobione z panią Lipską. 
 

   W międzyczasie przyjeżdżał tam jej kuzyn Miłosz, obecnie nieżyjący, i zdarzyło się, że odwiedził on nas. Poznał się z moim ojcem. Stało się to może nie tyle przez pszczoły, ale przez wodę. Krasnogruda nigdy nie miała wykopanej dobrej studni, zresztą do dziś tak jest. I oni tą wodę brali od nas, nie wiem nawet w jaki sposób ją dowozili. Od 1926 roku w naszym gospodarstwie istniała studnia o bardzo dobrej wodzie.

Zawsze sądziłem, że mój ojciec Kazimierz był jednoroczny z Czesławem, ale teraz okazuje się, że był trzy lata starszy. Ich przyjaźń tak przetrwała, że Miłosz nie zapomniał nawet w czasie okupacji, chociaż się nie widzieli. Moi zostali wysiedleni do Niemiec, on też wiele przeżyć miał.


  Pamiętam jako dziecko, że siostry Kunatówny (Gabriela, po mężu Lipska i Janina, prowadziły we dworze pensjonat, w którym bywał ich kuzyn Czesław – przyp. M.K.) właścicielki Krasnogrudy, to był 1946 rok, one zatrzymały się u nas. Skąd one wróciły? Chyba z Gdańska. Przyjechały do Krasnogrudy, ale wiadomo, że jak była polityka nienawiści do panów, to pracownicy bali się i nawet nie mieli warunków przetrzymać je. Więc przez dwa, trzy tygodnie te panie u nas mieszkały. Mama dała im pokoik i dwa łóżka.


  Wiele lat później Andrzej, on jest młodszy od Czesława, on przyjeżdżał, ale tylko incognito, jeszcze przed Czesławem. Oni jakby się obawiali, bo to było za Polski Ludowej. Wiedzieliśmy, że przyjeżdża zawsze po miód, jak lato przychodziło. Kupował u Wilkialisów w Dusznicy. Odwiedzał niektórych pracowników dworu Krasnogruda, Czeropskich zwłaszcza, bo to takie trzy rodziny były Czeropskich, synowie woźnicy, który powoził przed wojną. A przyjeżdżając Andrzej zamieszkiwał w Ogrodnikach.

My o tym wiedzieliśmy, i jak już ogłosili Czesława noblistą i wyszedł ten film “Dolina Issy”, ja może pierwszy z okolicy pojechałem do Suwałk obejrzeć go, wiedziałem, że jest dobrze pokazane, choć tej książki nie czytałem. Ciągle moja mama wspominała o tych Miłoszach.


  Kiedy Czesław po raz drugi był na Litwie, po tym, jak wręczali mu honorowe obywatelstwo Litwy, to był 1992 rok, słuchałem w radio o jego spotkaniu z pracownikami dworu w rejonie kiejdańskim, tego, w którym się urodził. Najdłużej trwała rozmowa Miłosza ze starą służącą, nie pamiętam jak się nazywała. Jej matka przekazała przed śmiercią - ja nie doczekam, bo takie okropne czasy, ale jak spotkasz kogoś z rodu Miłoszów – pamiętaj, wycałuj go. No i ta staruszka chwyciła tego Czesława i jego brata Andrzeja i serdecznie wycałowała.


   6 czerwca 1992 roku – mam wpisane w kronice rodzinnej, po południu przyjechał samochód z “Pogranicza” i wysiadł z niego noblista Czesław, którego znałem z telewizji i jego brat – Andrzej. Oni mnie pozdrowili po litewsku, ja do nich też po litewsku, a oni mówią – nie, my tylko tyle z dzieciństwa pamiętamy. Chcemy odwiedzić Kazimierza. Powiedziałem, że niestety, już nie żyje, zmarł w latach 50-tych. Przedstawiłem się jako pozostałość po Dapkiewiczach. 
 

   Był z nimi Czesława Miłosza syn, wyższy od ojca, on prosił: - opowiedz to, co pamiętasz. Prosił pokazać byłe własności majątku Krasnogruda. Ja ich zaprowadziłem na najwyższą górę w kolonii. Za jeziorem Gaładuś rozciągają się takie lasy, teraz nazywają się żegarskie, ale mój dziadek je nazywał i zachowało się w zapisach – krasnogrudzkie, bo to była ich własność.


Obaj bracia zachwycali się, a syn pyta: - czy tu można zrobić jakiś biznes? Pytam: - a o jakim pan myśli? On na to: - ja produkuję komputery. Porównałem wtedy dwa podejścia do wspomnień, ojca i syna. Akurat była pora obiadowa i żona na szybko przygotowała wiejski obiad. Pamiętam, że były bliny litewskie na liściach kapuścianych. Nie wiem, czy przesadzali, czy naprawdę im smakowały, ale bardzo je chwalili.

Wciąż wracali do swoich wspomnień, do stryja, którego pochowali w Paryżu, Oskara Miłosza, znanego z historii Litwy, bo był pierwszym ministrem kultury odrodzonej Litwy, przed wojną. Andrzej rozpytywał brata, jak ten grób jest zachowany, czy łatwo go znaleźć. Mnie to bardzo interesowało. Oskar Miłosz był też pisarzem, został wyklęty z rodziny, bo pojął za żonę dziewczynę narodowości żydowskiej, wtedy były takie czasy.


   I takie to było nasze miłe spotkanie. Tego dnia na pewno nie pojechali oglądać dworu, bo brat mówił, że tam wszystko jest zniszczone, lepiej zapamiętać to, co było kiedyś.

Takie mam związane z Miłoszem wspomnienia. Smutne, ale z tym piękne, że taką osobę poznałem. Czy Miłosz był Polakiem, czy Litwinem? Giedrojć kiedyś powiedział, że jest ostatnim obywatelem Wielkiego Księstwa Litewskiego. Miłosz to samo. 

Wywiad z Piotrem Dapkiewiczem ukazał się w 18 nr "Przeglądu Sejneńskiego" z 2004 roku. 

2 sie 2020

Praga cz. I Golędzinów


   Najciemniej pod latarnią - mówią, a najlepsze ma się pod nosem. Żyłam-byłam zwrócona twarzą w stronę placu Hallera, kierunek na Żerań mając za nieciekawy, bo teren magazynowo-przemysłowo-mieszkalny, z zasady swej ubogi w ciekawe obiekty. 

  Okazało się, że byłam w błędzie, co odnotowuję z przyjemnością. Po "mojej" stronie Mostu Gdańskiego znajduje się fort z czasów zaborów, będący obronnym przedmościem Cytadeli Warszawskiej, położonej po drugiej, żoliborskiej stronie Wisły. Fort powstając w latach 1835-1838 nadał kształt i sens powstającej wtedy również Nowej Pradze. Ze względu na niego przez długi czas nie wolno było tu budować domów innych niż drewniane i nie wyższych niż parterowe, aby nie mógł się w nich kryć nacierający wróg (ciekawe swoją drogą, jakiego to wroga ze wschodu spodziewało się Imperium Rosyjskie w Prywiślańskim Kraju). 

Prawdopodobnie działobitnia południowa (kaponiera)

  Fort nosił swego czasu imię porucznika Śliwickiego, poległego w Powstaniu Listopadowym i pochowanego w tym miejscu, potem - po odzyskaniu niepodległości - generała Jakuba Jasińskiego, poległego 2 km stąd podczas Obrony Pragi. Ale nie o nazwę dziś chodzi. W roku 1936 fort przejęła Policja Państwowa, umieszczając tam oddziały, zajmujące się rozpędzaniem zamieszek wzniecanych przez niezadowolonych z rządów. To jest już druga warstwa historyczna, która mogła się odcisnąć na tym terenie, ale którą najtrudniej mi rozpoznać, czy odszukać.

  Jest i trzecia warstwa, najbardziej widoczna. W czasach PRL w budynkach fortu stacjonował najpierw Korpus Bezpieczeństwa Wewnętrznego (znany jako pogromca żołnierzy wyklętych), a o wiele później - Zmotoryzowane Oddziały Milicji Obywatelskiej. Pamiątkowa tablica zaświadcza, że w latach 1976-77 w czynie społecznym funkcjonariusze ZOMO odnowili budynek fortowy, zaprojektowany przez Jana Pawła Lelewela ok. 1835 roku. Imponujący gmach o dwóch skrzydłach (na fot. lotniczych przypomina otwarty scyzoryk) i grubych ścianach stoi dziś zamknięty na cztery spusty. 

Otoczenie budynku robi za parking i miejsce spacerów.


Główne wejście


Tablica pamiątkowa czynu społecznego ZOMO

Szczyt budynku, po prawej przez bramę widać zdziczałe tyły.
Większość drzwi przypomina te garażowe.


Zamurowane, pierwotnie pewnie służyły do ostrzeliwania się.


  Nie ma z kolei tablicy upamiętniającej, ale jej nie potrzeba - małą infrastrukturę koszar ZOMO. Fontanna, kwietniki, sadzawka itp. ewidentnie powstawały własnym sumptem funkcjonariuszy w latach 70-80. i pozostały niezmienione do dziś.


Rząd kwietników okala trójkątny skwer przy wjeździe na teren fortu.

Kolejny raz okazuje się, że najlepsze skanseny są nie na peryferiach kraju, ale w jego centrum (infrastruktura Borku w Sejnach nie istnieje, a jej rówieśnicy stołeczni trzymają się dzielnie i opierają się czasowi, a tzw. flanerzy, czyli miejscy włóczędzy, ciągną do nich jak muchy do miodu).


Brodzik/sadzawka/źródełko rekreacyjne

Pod warstwą zielonej farby widać płytki, znane z sejneńskiego Borku



Wspaniała fontanna na zarośniętym skwerze

Gomuły szklane ani chybi z huty szkła, niektóre mają wielkość pięści


 
  Glob w centrum chrupiącej suchym mchem misy fontanny to przemyślna konstrukcja z żelaznych obręczy, wypchanych gruzem i ułomkami eternitu, wymazanych cementem i inkrustowanych gomułami szklanymi wielkości moich dwu pięści. Czas odwrócił ten proces budowy milicyjnego dzieła i ujawnił szczegóły jego anatomii. 


Tu widać nawet kawałki dachówek eternitowych.
  Fontannie towarzyszyła wiata do celów uciesznych. Wygląda na niestarą, ale ostatnio z niej korzystający nie byli raczej ludźmi, co lubią sobie i rodzinom urządzać grilla. Połamane krzesła, butelki po najtańszych trunkach itp. litościwie przykrywa obalony daszek.

Dawno nie było tu imprezy

Snycerskie ślady na dachu wiaty


 Skwer z fontanną i perzem wysokości dorosłego człowieka sąsiaduje z romantycznym, ale obudowanym z każdej strony obiektem, przy którym rosną drzewa, jak nic pamiętające czasy, gdy nie było ani fortu, ani w ogóle Nowej Pragi. Really, really huge, jak emocjonują się nierdzenni Amerykanie. 

Niebezpiecznie, skoro się nie remontuje.

Wspaniały matuzalem.


Wole oczko


Rzut oka przez zamkniętą bramę


Chrust bezwstydnie korzysta z wejścia.

 Do całej tej carsko-milicyjno-policyjnej otoczki dochodzą kolejne szczegóły. Po 1989 roku, kiedy ZOMO przeszło do historii, teren ten należał do policyjnych oddziałów konnych. Kręcąc się tam nie znalazłam śladów, świadczących o istnieniu stajni. Jednakowoż obok, bliżej wiślanego brzegu działa stajnia prowadząca hipoterapię dla dzieci specjalnej troski. Pytanie, czy wcześniej ten teren nie był całością z fortem i czy stajnia nie przejęła obszaru, wcześniej zajmowanego przez konie na służbie?

  Tyle o koniach, a teraz o okolicy. Z jednej strony w zespół fortecznych budynków wjeżdża osiedle, zbudowane w 2001 roku w stosownym stylu, nazywanym dziś Polska 2000 (wszyscy wiemy, o co chodzi, sejnianie wyobrażają sobie aptekę "Malwa" lub blok naprzeciwko parkingu pod synagogą, na zakręcie Piłsudskiego w 1-Maja). Na osiedlu tym ni stąd ni zowąd pojawiają się pozostałości koszar.

Bramka donikąd, kiedyś z drutem kolczastym.


Płotek a la lata 70/80, pożerany żywcem.

  Co ciekawe, osiedle to, ganione przez szurniętych na punkcie zabytków za bezpardonowe wtargnięcie w zabytkowy teren, jest "policjantowem", czyli miejscem osiedlania się byłych i obecnych funkcjonariuszy. Żeby było jeszcze pieprzniej, to teren forteczny znajduje się na tyłach VI Komendy Rejonowej i sąsiaduje z jej budynkami. Tak więc chodząc tam łatwo napotkać odpoczywające w busach patrole, parkujących prywatne auta funkcjonariuszy itp. Z osiedla na spacery po tym zadrzewionym terenie przychodzą policyjne żony z dziećmi. Teraz nieco o wjeździe na ten teren.

  Do fortu można dostać się przez otwartą bramkę z osiedla policyjnego lub przez główną bramę, ciekawą, bo sugerującą, iż był to oficjalny wjazd z czasów PRL, a według mnie też wcześniejszy, bo leży przy "romantycznym" budynku ze starodrzewem. Dowodów jest zresztą więcej.

Strażnica-czatownia-punkt sprawdzania przepustek

Dowód koronny- dach czatowni to drewno najpóźniej z lat 20. XX wieku.

Szczyt czatowni
   Przez osiedlową, asfaltową uliczkę teren forteczny sąsiaduje z nowym osiedlem, na pierwszy rzut oka deweloperskim. Wiecie: brązowa cegła, osłony balkonowe z mlecznego szkła itp. Patrząc nieuważnie można się nabrać, że to jakiś Golędzinowski Raj, czy Zakątek nad Wisłą "ostatnie mieszkania w ofercie, nie zwlekaj, zadzwoń". Jednak jest to komunalne osiedle, które - jak wiele na to wskazuje - przejęło mieszkańców, wykwaterowanych z burzonych lub nienadających się do życia kamienic Starej Pragi. W efekcie rzut kłębkiem wełny od "policjantowa" mamy przejawy życia a la Szmulki, wrzaski, awantury, powyrzucane z okien przedmioty i inne atrakcje. Projekt całości osiedla zachwycił Filipa Springera, który poświęcił mu tekst w "Gazecie" i który przewidywał, że osiedle będzie budziło zazdrość i nienawiść wobec proletariatu, który dostał tam lokale.

Ten projekt zachwycił samego Springera


  Żeby nie kończyć smętnym akordem - wszystko to, co powyżej, znajduje się przy wjeździe na Most Gdański, u stóp wysokiego nasypu kolejowego i stacji Warszawa ZOO. Nad tym niesamowitym konglomeratem epok i stylów co jakieś 20 minut z ożywczym parsknięciem syreny przemykają SKM-ki i składy Kolei Mazowieckich. Podróżni, patrząc z okien, widzą zielony brzeg Wisły z czubkami wyższych bloków, a to co najlepsze, chowa się w zielonej toni i czeka na swoich Kolumbów z aparatami.

Tak, jak rok temu mój wehikuł czasu u basenów na Namysłowskiej z lat 1972-1976 sponsorowała #aktywnawarszawa i miły pan kierownik Ośrodka Namysłowska, tak w tym roku niespodziewaną podróż w czasie zafundowała mi #polskapolicja.

--------------
Korzystałam z fantastycznej strony forty.waw.pl, kompendium wiedzy o Twierdzy Warszawa i innych mazowieckich fortalicjach.

15 kwi 2020

Donato Carrisi, Dziewczyna we mgle. Recenzja

Od dawna trwa u nas moda na kryminały skandynawskie o klimacie surowym jak tamtejsza przyroda, z powściągliwymi i skromnymi bohaterami, z licznymi odwołaniami do promowanej w Szwecji czy Norwegii równości społecznej, co sprawia, że w literaturze tym złym często bywa bogaty, a jego ofiarami osoby ze wspieranych socjalnie nizin społecznych. Skandynawskie kryminały wspaniale się w Polsce przyjęły, ale niejeden może już czuć przesyt tym imponującym literackim importem zza Bałtyku.

Tym ciekawiej jest sięgnąć po coś z przeciwnego krańca Europy. Okazji dostarczył Włoch Donato Carrisi, który nie tylko napisał kryminał, ale też zekranizował go w 2017 roku, zdobywając nagrodę David di Donatello, czyli włoskiego Oskara za najlepszy debiut reżyserski. „Dziewczyna we mgle” rozgrywa się w górskim miasteczku zamieszkanym przez wyznawców osobliwej sekty. Szesnastoletnia Anna Lou wychodzi do kościoła, ale nigdy z niego nie wraca, jakby rozpłynęła się we mgle. Rodzice są przekonani, że ich córka nie miała typowych dla nastolatek problemów, żadnych randek, narkotyków, zarwanych nocy. Czy aby na pewno?

Na miejsce przyjeżdża arogancki dandys, gwiazda telewizji, inspektor Vogel. Liczy, że ściągając do odizolowanej mieściny telewizję wywoła chaos, a wtedy sprawca zdradzi się sam. Zresztą, inspektorowi nie do końca zależy na znalezieniu prawdziwego sprawcy zaginięcia nastolatki. Najbardziej zależy mu na wykreowaniu chwytliwej historii, którą kupią masy zasiadające przed telewizorami, jak Włochy długie i szerokie. Swoją metodę już raz przetestował, ze złym skutkiem. Znów jest gotowy zaryzykować. Chce odzyskać reputację najlepszego detektywa, wystawiając przypadkową osobę na światła kamer i bezlitosny społeczny sąd. Lecz czy na pewno osobę przypadkową?

Cyniczny gracz wie co robi. Jednak i on jest tylko człowiekiem, niezdolnym do kontrolowania wszystkiego. Dochodzi do tajemniczego wypadku, Vogel traci pamięć i jest zmuszony do przyjęcia pomocy miejscowego psychiatry, doktora Floresa. To doświadczony specjalista, zachowuje dystans wobec miotającej niewielką społecznością tragedii, a badając rozstrojonego wypadkiem inspektora nie spieszy się i nie popędza. Bohater może więc złożyć swój los w jego ręce i spróbować mu zaufać. Zaraz, czy aby na pewno?

Czytelników lubiących jasno i klarownie rozwiązaną fabułę ze wskazaniem palcem na mordercę radzę z „Dziewczyną we mgle” uważać. Polecam ją zaś wszystkim, których bawi poruszanie się we mgle nieokreśloności do końca powieści, zdolnych samodzielnie wybrać rozwiązanie i uznać, że właśnie to, a nie inne ich satysfakcjonuje. Po drodze spotkają typy ludzkie odmienne od tych ze wspomnianych skandynawskich kryminałów, temperamentne, spontaniczne i czasem gwałtowne: bezwzględną reporterkę, nauczyciela, który z miłości do żony zaczyna od zera karierę na końcu świata, aspołecznego nastolatka, któremu społeczność nie ma nic do zaoferowania, to raczej on mimo osamotnienia próbuje ratować co się da z pełnego hipokryzji otoczenia.

Każde z nich pokaże ostatecznie inną twarz i tylko Vogel od początku do końca pozostanie sobą. Gdybym miała wskazać minus tej lektury, będzie nią właśnie jednostajna antypatyczność naszego inspektora. Mimo wszystko jednak, to chyba pierwszy przeczytany przeze mnie kryminał, którego główny bohater nie daje się polubić. I choćby dla tej przewrotności w wydaniu Donato Carrisiego warto się na tę jego powieść skusić.

9 lis 2019

Praga III


   Wiało mocno, jesiennie, ale trzymałam się krzepko i nie dało rady wywiać mnie z dawnego traktu kowieńskiego (inaczej petersburskiego) miasta stołecznego Warszawy. Dość jednak, że zmieniłam osiedle z Pragi II na Pragę III. I o tej drugiej opowiem.

   Nowa Praga ma to do siebie, że kiedy nie ma się czasu na poważne wycieczki, wystarczy połazić z aparatem po najbliższym otoczeniu. Solo, albo dołączając do zorganizowanych wycieczek, które snują się tu po podwórkach i których "sprofilowanie" łatwo rozpoznać po tym, na  co ich uczestnicy patrzą. Bywają tu i amatorzy rodzimej motoryzacji (ci szukają Fabryki Samochodów Osobowych na Żeraniu), i wielbiciele peerelu (ci przyglądają się z upodobaniem witrynom sklepów przy placu Hallera, niezmienianym od dekad), i miłośnicy architektury, w tej liczbie zaś szczególnie socrealizmu i socmodernizmu.

  Praga III, tak jak Praga I i II, to żywy skansen PRL, z tym, że powstał nieco później, bo już nie za życia Stalina, a w latach 1961-1966. Grupę wieżowców między ulicami Namysłowską, Starzyńskiego, Jagiellońską i Szanajcy zaprojektował zespół pod kierownictwem Jerzego Czyża z Biura Projektów Zespołu Osiedli Robotniczych ZOR (to ten zespół, co odpowiada za osiedle Za Żelazną Bramą, czy osiedle na Kole, gdzie Picasso namalował syrenkę na ścianie).

    Pierwotnie miała to być właśnie grupa wieżowców, z których każdy otrzymał damskie imię i między którymi architekci przewidzieli duże połacie zieleni z małą architekturą dla dzieci, starców i odpoczywających robotników. Jednak, jak to w tych czasach, szybko się okazało, że luksusy są zbędne i trzeba nadmiar terenu zagęścić dodatkowymi budynkami, bo lokali dla robotników nadal brak. Tym sposobem między Anię, Jagienkę ("Krzyżaków" Ford nakręcił w 1960 r.), Krysię, Ewę i Basię wetknięto dodatkowe bloki, zapewniając ludowi pracującemu dach nad głową.

   Wśród nich ten: zbudowany w 1962 roku, bezimienny ośmiopiętrowiec. W przeciwieństwie do większości Pragi II i III nie jest wpisany do rejestru zabytków, stąd już niedługo zostanie pokryty dociepleniem. Uznałam, że ostatni to dzwonek na wycieczkę po i wokoło niego, bo kulki styropianu już zaczynają unosić się z wiatrem.

Nic specjalnego, gdzie mu do szalonej gigantomanii Pragi II

To prawdopodobnie pomysł współczesny, metoda zapobiegania brudowi



Klatka schodowa: resztka oryginalnego napisu "Czystość..."


Piwnica: oryginalna tabliczka, pomieszczenie niestety za kłódką
Piwniczny włącznik z ebonitu (?)
Wzruszający ślad po czasach budowy bloku
     Ponad 80 mieszkań miało w standardzie olejne lamperie z wtopionymi w farbę wiórkami drewna. Po co? Grom ich wie, być może miało to służyć zamaskowaniu zabrudzeń na zasadzie oka czepiającego się faktury, zamiast koloru. Co do wiórów jestem pewna, bo... wciąż istnieją. Natomiast odkrycie piwniczne kazało mi się zastanowić: po co jakiś szalony malarz ścienny przejeżdżałby kultowym gumowym wałkiem po przekroju ściany, gdyby nie pracował w tym bloku i nie miał w nim nic do roboty? Ano właśnie. Jest według mnie wielce prawdopodobne, że przyjeżdżający z najodleglejszych wsi przyszli robotnicy FSO na Żeraniu dostawali mieszkania z tzw. wałkiem w standardzie. Wałkiem kultowym, przypominającym rodzinne wiejskie domy, imitującym drogie tapety. Kto wie, czy w jakimś z mieszkań nie mają go jeszcze na ścianach?

Na bramie vis-a-vis bloku

Na tej samej bramie - ostrzeżeń nigdy dość


Widok z Pragi III na Pragę II i jedną z monumentalnych "stalinówek"

Blok jest wciąż zarządzany przez Robotniczą Spółdzielnię Mieszkaniową
Tu, od szczytu, był prawdopodobnie klub robotniczy, teraz żłobek "Małe Szczęścia"
Od jezdni blok oddziela mały parczek. W nim, w krzakach, schowany jest nawet grill.
Od strony Mostu Gdańskiego mamy tu taki artefakt

    Wiek krzyża jest nieznany, wiadomo, że to największy krzyż w tej części Pragi. Jedyne źródło internetowe, na jakie udało mi się trafić, podaje, że w tym miejscu był jeden z wielu w okolicy cmentarzy epidemicznych i krzyż go upamiętnia. Do ubiegłego roku na chodniku przed krzyżem stała ławka, co zachęcało jednych do wieczornych modlitw, innych zaś do spożywania "Królewskiego" puszkowego. Możliwe, że dlatego ławeczka znikła.



    Co do tego typu cmentarzy, to najbardziej znany, a zarazem najbardziej tajemniczy jest położony niedaleko, po drugiej stronie torowiska PKP, którym pociągi jadą z Warszawy Wschodniej Mostem Gdańskim na lewy brzeg Wisły. Nie ma do niego dojścia, przynajmniej oficjalnie, nieoficjalnie krajoznawcy łażą na nielegalu, ryzykując mandaty, a mieszkańcy domagają się zbudowania ścieżki i  tunelu w nasypie kolejowym. Cmentarz choleryczny z 1872 roku ma dla mnie pewien wabik. Leżą na nim m.in. zmarli żołnierze, pochowani nakazem władz carskich właśnie tutaj, bo - jak mówią źródła - byli to bałwochwalcy. Cały ten teren był w przeszłości wojskowy, zajęty przez Fort Śliwicki Cytadeli Aleksandryjskiej i infrastrukturę służącą m. in. Orenburskiemu Pułkowi Kozaków.

    Kim było siedmiu żołnierzy-pogan, służących carowi? Wyobraźnia podsuwa mi jedno rozwiązanie: wyznawcami szamanizmu. Imperium rosyjskie zapędzało w kamasze także swoich azjatyckich obywateli, w tym Jakutów, Czuwaszy, Czukczów i inne ludy żółte. Widocznie w tamtych czasach nie ulegali oni tak łatwo akulturacji, jak później, za sprawą komunizmu i wódki. Dlatego też z prawosławnymi spocząć nie mieli prawa.

    Na koniec garść miłych detali z pogranicza Pragi II i III, na dowód, że w istocie mieszkam w skansenie.

Na Namysłowskiej - oryginalna tabliczka

     Żeby zobrazować sobie, jak to jest, wyobraźmy, że w Sejnach wciąż pod delikatesami jest wmontowany w rabatę kwietną betonowy herb z turem, ułożonym z tłuczonego szkła; że na daszku Ośrodka Kultury wciąż wisi neon "kino Polonez kino" (tak, z lewej kino, na środku Polonez, z prawej znów kino); że na budynku WDT-u wisi neon z kłoskiem GS-u (od którego zaczął swój żywot ten blog). Okazuje się, że Sejny parły i prą do nowoczesności bardziej, niż Warszawa.

Standardzik na Pradze II, wtyczki na flagi szturmowe

Jeden z wielu wzorów balkonowych kratek, zbliżony do ornamentyki z rówieśnika, PKiN-u
Kwietników z opon nie powstydziłby się żaden PGR

Karmniki sąsiada z ul. Szanajcy, krajoznawcy pielgrzymują tu, żeby im robić zdjęcia


 
Oryginalna latarenka adresowa (W. Skoczylas, zięć prof. Urbanowicza z Tauroszyszek!)
Zdaję sobie sprawę, że można zbrzydzić powtarzane tyle razy słowo 'oryginalny', ale najlepiej oddaje ono sytuację.