19 cze 2016

Ani Mazury, ani Podlasie, czyli jak nas odróżnić?


  Sezon turystyczny właściwie jest już w toku. Z tej doniosłej okazji warto może trochę poroztrząsać ważną kwestię: gdzie jesteśmy? - lub w wersji dla wczasowiczów: gdzie przyjechaliśmy?
Jeśli macie znajomych, którzy wybierają się do was z drugiego końca Polski, względnie prowadzicie usługi agro i przyjmujecie gości w większej liczbie, lub ostatecznie ani to, ani to, ale trafia was szladżek kiedy kolejny raz słyszycie, jak to pięknie na tych naszych Mazurach i wspaniałe to nasze Podlasie, to może trzeba podjąć działania uświadamiające.

  Będę rozważać zupełnie z pamięci, czysto schematycznie i po łebkach, nie sięgając do źródeł, a kto zechce, będzie mógł mnie kłuć datami, lub współrzędnymi geograficznymi. I tak niewiele osiągnie, bo gdzie pojawiają się cyfry, tam u mnie w głowie ciemność i pustkowie (choć w swojej karierze zawodowej podjęłam raz z banku kwotę ponad 100 tys. zł i w ciągu kilku godzin wypłaciłam ją kilkudziesięciu osobom z dobrym wynikiem, jednak wolę tego doświadczenia nie powtarzać). Poza tym, są to silnie subiektywne rozważania.

  Wracając do rzeczy. Dlaczego mówiąc o Sejneńszczyźnie nie mówimy ani o Podlasiu, ani o Mazurach? Z historycznego punktu widzenia jest to kraina odrębna. Przed zaborami, czyli w I Rzeczpospolitej Obojga Narodów leżała ta ziemia w obrębie Wielkiego Księstwa Litewskiego, mocno różniącego się od tzw. Korony. Różnice przejawiały się w składzie etnicznym, języku/ach, nazewnictwie, tradycjach, zwyczajach, wierze lub zabobonach, postawach przedsiębiorczych poszczególnych ludzi lub braku tych postaw. Inne budowano dwory (mniejsze), inne było chłopstwo, inne stosunki między klasami społecznymi. Następnie w okresie zaborów znajdowaliśmy się w obrębie rosyjskiej właści, na niezwykle tylko krótki okres popadając  w zabór pruski, który zdaje się nie odcisnął wielkiego piętna na ludności, a wspomina się go głównie ze względu na kasatę sejneńskiego klasztoru dominikańskiego i likwidację różnych szkół. Zabór rosyjski zaś trwał dłużej i solidnie się ugruntowywał, wpływając na pewne zwyczaje i zachowania, np. przyuczając nas nieszczęsnych do łapownictwa.

  W moim odczuciu byłoby naiwnością sądzić, że po kilkuset latach wielkoksiążęcej odrębności nagle w peerelu dobiliśmy ze wszystkim do dawnej Korony, stając się drugimi Mazowszanami, Mało- czy Wielkopolanami. Nie i jeszcze raz nie. Jest to ciekawy kawałek terenu, który leży w obrębie równego zainteresowania ze strony Polski i Litwy i chociaż szczęśliwie nie toczymy już o niego bratobójczej  walki, to owo zainteresowanie nie minie. I nie powinno, zamieszkują go ludzie-hybrydy, a jak pokazał biblijny przykład z królem Salomonem i dzieckiem dwóch matek, cięcie szablą nic nie daje, tylko niszczy. Natomiast bycie podzbiorem, czy częścią wspólną stawia nas w sytuacji wyjątkowej i nadaje walor niezwykłości, z którą możemy robić, co chcemy: chwalić się nią, tkać w oczy mieszkańcom jednolitych etnicznie i przez to banalnych części kraju, handlować nią i zarabiać na niej, czerpać z niej dumę i co kto jeszcze chce. Jak krótkowzrocznym trzeba być, żeby tę wyjątkowość od siebie odpychać, żądać podziału, jasnych granic i opowiadania się, kto jest kim? Obserwuję to u niektórych spośród swoich znajomych i jednocześnie mi ich żal, bo bardzo muszą bać się stanu niedookreślenia, a jednocześnie zastanawia mnie, czy wzorem króla Salomona opuszczą w końcu rękę z mieczem i przyznają kiedyś, że tak tylko się wygłupiali i już więcej nie będą. Tyle dygresji na temat kwestii narodowościowych.

  Granica wizualna między dawnymi ziemiami pruskimi, a tutejszymi wielkoksiążęcymi pagórkami pośród łąk zielonych, jest równie wyraźna. Podróżnik, który przemierza północną Polskę z zachodu na wschód, mniej - więcej na wysokości Olecka zacznie tracić z oczu mnogość murowanych budynków, ceramicznych dachówek i czerwonej cegły. Im bliżej linii Suwałk, tym mniej ich, a za Suwałkami zaczyna się kraj pozbawionych niemal ozdób drewnianych domków, domów, stodół, kurników, przybudówek, sławojek - raczej indywidualnych, niż składkowskich, rzadko rozsianej zabudowy. Podkreślam, że murowańce też tu są, ale zupełnie inne. Podróżny powinien gołym okiem odróżnić jednorodzinne klocki z lat 70. od widzianych przed Oleckiem licznych, a robiących wrażenie gospodarstw z kamiennymi stodołami, oborami, domami, które na pierwszy rzut oka nie mają nic wspólnego z okresem gierkowszczyzny.

Giżycko na Mazurach. Dawny budynek gospodarczy

Jedna z giżyckich szkół (pruski Królewski Zakład Przygotowawczy
z 1907 roku)

  Generalnie rzecz biorąc ta zmiana z kamiennego na drewniane oznacza, że taki podróżnik z całą pewnością opuścił Mazury, tereny zamieszkiwane przez spory odsetek ludności, skierowanej tam z różnych części kraju w ramach kolonizacji "ziem odzyskanych". Na tym polega wyraźna granica między krainą zamieszkałą po IIWŚ przez ludzi przyjezdnych: albo zmuszonych do jej zasiedlenia i noszących nieraz o to żal, albo takich, których skierowała tam ciekawość, czy chęć ucieczki przed grzechami poprzedniego życia (to Mazury), a krainą, gdzie lwia większość mieszkańców pochodzi od przodków, którzy też przymaszerowali tu albo z południowego zachodu albo z północnego wschodu, ale kilkaset lat temu i trwają, trwają, trwają, XX wiek ich szarpał i poszarpał, ale niezbyt skutecznie (to Sejneńszczyzna z Suwalszczyzną).

  Co ciekawe, jeśli hipotetyczny podróżnik nie zatrzyma się na Sejneńszczyźnie, a pojedzie dalej, trzymając się równoleżnikowego kierunku jazdy, przekroczy granicę polsko-litewską i przekona się, że dalej jest tak samo i że na oko przynależność Sejneńszczyzny nie ma wiele wspólnego z Mazurami, choć i tu i tu są lasy i jeziora. Jeśli szukać już związków, to tylko z całą połacią Europy, rozciągającej się za naszą wschodnią granicą. Piszę to z entuzjazmem neofity, któremu w ciągu kilku ostatnich lat dane było zobaczyć tak Litwę, jak Łotwę i stwierdzić, że drewniane miasteczka ze wspaniałymi murowanymi świątyniami, czyli "Sejny" bis, są cechą charakterystyczną dawnych ziem Wielkiego Księstwa Litewskiego i tzw. Inflant Polskich. A granice z XX wieku wypadają w tym świetle jako twór sztuczny i czysto umowny.

Ulica Ogrodowa w Sejnach. A nie, czekaj...
(ulica w Rezekne, Łatgalia - dawne Inflanty)
Piłsudskiego w Sejnach, czy Żeromskiego w Suwałkach - pasowałoby.
A to Rezekne


Ul. Słowackiego w Sejnach? Nie, to Kiejdany na Kowieńszczyźnie
(w końcu Sejny i Kiejdany to jedno województwo trockie, a że przed
...set laty, to cóż)

  Przypuśćmy czysto teoretycznie, że podróżnik nie zboczy jednak za granicę, a w zamian za to skręci na południe. Już wjeżdżając do Augustowa znajdzie się na Podlasiu. Im dalej na południe, tym więcej będzie drewnianej architektury z mnóstwem ozdób - nadokienników i okiennic, ażurowych uszaków nad drzwiami i innych cudowności snycerskich. (Tu trzeba dodać, że dosłownie kilka-kilkanaście takich reliktów znajduje się i na Sejneńszczyźnie np. w Babańcach lub Budzie Ruskiej, ale jest wyjątkiem od reguły i zasługą rosyjskich cieśli-staroobrzędowców). Wsie nie będą rozrzucone po polach, a zgrupowane wzdłuż drogi, domy - karnie ustawione do niej szczytami, z wąskimi kiszkami podwórek (kto oglądał ekranizację "Nad Niemnem", ten pamięta wieś Bohatyrowicze i obejście Anzelma i Jana, o to właśnie chodzi).

Wieś Kaniuki na Podlasiu

Wieś Kaniuki na Podlasiu

Znów Kaniuki


Kaniuki. Dzieło pana W. Naumiuka

    Tak zaczyna się domena "tutejszych", Białorusinów i Ukraińców, a kto mieszka gdzie, nie podejmuję się pisać. Miałam okazję uczestniczyć w wieczornym ognisku, zorganizowanym dla gości przez społeczność pewnej białoruskiej wsi na Podlasiu. Około północy wybuchła awantura i regularna bójka między organizatorami. Większość z nich optowała za tym, że wszyscy oni są Białorusinami, o czym świadczyć ma ich język i zwyczaje. Mniejszość uważała natomiast, że są Ukraińcami, bo na to wskazują elementy ich języka i tradycje. Rzucano konkretnymi słowami, na dowód, że są białoruskie, a nie, bo właśnie ukraińskie. Policja nie przyjechała na miejsce. Policja bowiem brała udział w tej awanturze. To doświadczenie nauczyło mnie, że nie należy dzielić włosa (tutejszych) na dwoje i lepiej oględnie rozróżniać, gdzie jest granica między Suwalszczyzną a Podlasiem, bez wnikania w szczegóły. W każdym razie chcę powiedzieć, że z punktu widzenia rodowitego mieszkańca Suwalszczyzny, czy Podlasia, czy też Mazur wreszcie, całe to pojawiające się ostatnio bajanie o Wielkiej Polsce i czystej krwi wydaje się snem wariata, zwłaszcza w ustach kogoś stąd. I nie pragnę dożyć czasu, kiedy salomonowy miecz zacznie śmigać i dzielić każdego z osobna według składu jego krwi, bo jest jasne, że nie wyjdę z tego w jednym kawałku. Ale wróćmy do rzeczy przyjemniejszych.

  Skoro nieszczęsna (albo właśnie szczęśliwa odmiennością) Sejneńszczyzna nie leży na Podlasiu, to co robi w województwie podlaskim? To bardzo dobre pytanie. Przewijało się ono w prasie w 1998 roku, kiedy to rząd zaczął ruchy w kierunku reformy administracyjnej i jej efektem była likwidacja województwa suwalskiego, o granicach świetnie zarysowujących podział między Mazurami, nami, a Podlasiem, o którym pisałam wcześniej. Przez łamy przetaczała się wówczas gorąca debata: do kogo z tych sąsiadów mają nas przyłączyć? Nie miałam możliwości śledzić jej tak, jakbym chciała, bo mieszkałam wtedy gdzie indziej (a np. obiady jadłam wtedy w barze mlecznym przy wielkim majdanie, na którym swego czasu Litwini stacjonowali, czekając na zakończenie rokowań Sejmu lubelskiego), ale co-nieco pamiętam. Listy, głosy oburzenia. Mazurskie? Nie, nie mamy z nimi wiele wspólnego. Podlaskie? Boże broń! Jeszcze mniej. Ostatecznie padło na Podlaskie, czemu - nie wiem, być może ze względu na historyczne tradycje, bo Sejneńszczyzna leżała w województwie białostockim II RP. Czy dobrze, czy źle się stało? Do dziś województwo suwalskie wspominane jest z rozrzewnieniem jako czas samostanowienia i okres, w którym nie trzeba było wieszać się u klamek w dalekim Białymstoku, a co gorsza - wyjaśniać podlaskim władzom rzeczy niewyjaśnialnych, dla miejscowych zupełnie oczywistych.

   Na koniec wreszcie czas się zastanowić, po co u licha gość z drugiego końca Polski ma wiedzieć, że odpoczywa nie na Mazurach, ani na Podlasiu. Ważne dla niego, żeby była cisza, spokój, woda i czyste powietrze. Okazuje się jednak, że z tej niewiedzy mogą wynikać przeróżne nieporozumienia. Jakiś czas temu miałam wielką płynącą z serca chęć pomocy w znalezieniu u nas domu na sprzedaż, mającego służyć za letnią daczę. Kiedy usłyszałam, że najlepiej, żeby to był stary dom do remontu, położony w lesie, po prostu zgłupiałam. Ale jak to? Przecież u nas nie ma starych domów w lesie. Jak wytłumaczyć, że wcześniej las był królewski i jedyni mieszkańcy, czyli osocznicy stawiali budy, po których nie zostało śladu. Potem las stał się państwowy i jeśli stanął w nim jakiś dom, to była leśniczówka albo gajówka. I co znaczy "stary" w tym przypadku? Czy może to być jedna z nie tak licznych leśnych dacz, wystawionych jakieś 10-15 lat temu przez np. warszawiaka? Ot, zagwozdka. Potem zdałam sobie sprawę, że pytanie było chyba bardzo a propos, ono po prostu nie dotyczyło tutejszego terenu. Najprawdopodobniej na Mazurach występują poniemieckie stare domy po lasach, a pewnie i niejeden dawny młyn, czy gospoda. A my, cóż my. My nie leżymy na Mazurach :)


14 maj 2016

Ostatni Mohikanie


  Tym razem trochę tortur, absolutne minimum potrzebne, moim zdaniem, do uświadomienia sobie, co było, a czego nie będzie. Sejneńszczyzna leżąca na Suwalszczyźnie miała swój spadek w postaci tradycyjnego budownictwa drewnianego. Nieco unijnego grosza plus zamiłowanie do nowości i styropianu sprawiły, że spadek ten został przehulany. Oceniam, że za jakieś 10-15 lat, jeśli nadgorliwy nauczyciel zechce przypomnieć o tym spadku w ramach tzw. ścieżki regionalnej (jest jeszcze w szkołach coś takiego?) swoim uczniom, niezbędne będzie wynajęcie autokaru, zawieszenie innych lekcji na kołku i przejażdżka do Suwalskiego Parku Krajobrazowego. My już swój spadek z grubsza przejedliśmy, może ktoś nam pozwoli powąchać, a nawet polizać ze swojego talerza.

  Póki co, są dwie sytuacje, w których onieśmielony fetyszysta mojego pokroju może jeszcze gdzieś pojechać i coś wyszukać. Bardzo ogólnie ujmując, pierwsza z nich to ta, kiedy dana nieruchomość ma tak wielu i tak skłóconych właścicieli, że dla własnego dobra nie ruszają oni schedy po przodkach. Druga zaś to ta, gdy nieruchomość nabędzie warszawiak, ślązak, względnie poznaniak, któremu niespieszno do burzenia i budowy daczy, lub który zakupił ziemię ze starym siedliskiem jako lokatę kapitału i w najbliższym czasie nie zamierza z nią nic zrobić. W tych to sytuacjach budynki starzeją się z godnością i w swoim tempie. Wtedy wkraczam na cudzą "ziemnię" ja, mój aparat, mój rumak i moje niezdrowe skłonności ku butwiejącemu drewnu.

Tyle tytułem wstępu, teraz do rzeczy. Jesteśmy w Gawiniańcach.

Widok od strony drogi Radziucie-Gawiniańce, z lewej dom,
z prawej - świronek


Świron (czyli po polsku spichlerz) z podcieniem


Z przodu (wersalka-nieważna)


Drzwi

Próg (idealne wejście dla myszy, kiedyś też
dbali o swoje "pety" ;-)
Świron z boku, widok spod domu

Świron z głębi podwórka



Dom z sionką od strony ulicy

Klasyczne docieplenie drzwi, znane mi z domu
rodzinnego

Klasyczna klamka. Chcesz wyjść? Cztery palce łapią za uchwyt,
kciuk naciska płaski element. Wtedy "probój"...

...unosi zewnętrzną klamkę, założoną za hak wbity w obramowanie
drzwi. Droga wolna

Tak mniej-więcej wygląda to unoszenie klamki "probojem". Kłódka?
Zamek? A po co - zapytaliby w czasach, w których dom powstał.


W sieni mydło i powidło. Fantastyczne meble i drewniany kosz.
W takim kiedyś nosiłyśmy z koleżankami klasowymi
drzewka w czasie czynu społecznego -sadzenia lasu.
(Próg sieni nie został przekroczony, więc nie naruszyłam
miru domowego, jakby coś)

Dom od podwórka

Dom od strony Radziuć, czyli od północy



Dom i studnia, widziane z głębi podwórka

Detal, który ma swoją nazwę, lecz ja jej nie znam. Kiedyś syn sąsiadów
przeszedł po takiej belce, dzielącej poziomo szczyt domu na część dachową
i ścianę. Żyje
Dom na podwalinach, czyli bez murowanych fundamentów.
Duża rzadkość


W głębi podwórza, bliżej lasu -coś jak chlewik, lecz raczej nie stodoła.
W najgorszej kondycji, ale przecież nie bez wersalki
Budynek gospodarczy z boku, z przylepioną świątynią dumania
Sama świątynia

Zgranie sęków, albo interwencja ręki
ludzkiej
Studnia i budynek gospodarczy

25 sty 2016

Jedli, pili i palili. Gdzie? Cz. III

   Dziś będzie o knajpie mojego dzieciństwa. Zestawienie słów "knajpa" i "dzieciństwo" brzmi okropnie, ale po pierwsze - z dzisiejszej perspektywy widzę siebie tamtą kompletnym dzieckiem, po drugie - chodziłam do knajp i to jest fakt. Piętnastolatki po lekcjach, albo czasem i w trakcie, pijące fusiastą kawę i zagryzające kwaśnymi snackami o smaku pizzy. Siedzące w piwnicznej izbie, na czarnych miękkich fotelach lub kanapach. Uważające się, a jakże, za bardzo dorosłe.

Nora zajmowała piwnicę pałacu biskupiego.
Wieczorami okienka "jarzyły" się, lub nie i stąd wiadomo
było, czy jest czynna.
 Początki Nory, które ja pamiętam, to absolutnie nietypowy pomysł stworzenia kawiarni "państwowej", podlegającej pod Miejsko-Gminny Ośrodek Kultury. Pamiętam trwającą kilka dni i nocy decydującą fazę przed otwarciem tego lokalu. Miałam wtedy okazję tam być i obserwować powstawanie chyba najciekawszego elementu wystroju. Były to fantastyczne freski w damskiej i męskiej toalecie. Rzecz bez precedensu, przygotowana i zrealizowana przez panią Ulę, plastyczkę. Całe ściany pomieszczeń były pokryte figurami modeli (w męskim WC) i modelek (w żeńskim), prezentujących typową modę przełomu lat 80. i 90., czyli kimonowe płaszcze i bluzy, spodnie typu "marchewki" oraz fryzury typu "enerdowski piłkarz" (niektórzy modele byli w stetsonach na głowach). Część z tych dekoracji istniała tak naprawdę jeszcze przed którymś z ostatnich remontów toalet. Dziś mogę sobie tylko pluć w brodę, że o czasie nie zrobiłam im ani jednego zdjęcia.

  W każdym razie wtedy to wszystko było absolutną nowością. W tym mniej-więcej czasie raczej nie było lokali, które tłumnie odwiedzałaby młodzież. "Bajka" była zamknięta na głucho i ruszyła nieco później. Podobnie snackbar, działający na ul. Zawadzkiego, w pomieszczeniu zajętym dziś przez Top-Market vel Groszek. Kawiarnia "Pod gruszą" raczej istniała, lecz chyba też nieco później.

Żywy dowód na istnienie. W którymś
momencie był tu napis Nora, niestety
nie pamiętam w jakiej formie. Możliwe,
że tablicy na ścianie.
  Do restauracji szanujący się nastolatek raczej nie chadzał, bo była zarezerwowana dla panów z teczkami. Jaki to był czas? Niedługo wcześniej pojawiło się takie zjawisko, jak fast foody. Ktoś gdzieś, na wycieczce w górach posmakował jakiejś bułki pszennej z wydrążonym środkiem, wypełnionej sosem z pieczarek. Ale w Sejnach takich kulinarnych inicjatyw wtedy nie było. Były pierwsze chrupki, produkowane gdzieś w Polsce przez prywaciarzy. Do tamtej chwili słowo 'chrupki' oznaczało tylko i wyłącznie produkowane państwowo i pakowane w worki z białej folii kukurydziane pałki, dziś dawane niemowlętom jako przekąska. Słowem tym można było ewentualnie nazwać równie rzadko spotykane w sklepach płatki kukurydziane (też w białej, nieprzezroczystej folii z rozmazanymi napisami).
To nowe, kapitalistyczne oblicze chrupek to były obłędnie jadące spalonym olejem prażynki. Tłuste i słone, pakowane po kilkanaście sztuk do przezroczystych torebek. Na zachętę producent dodawał do tego bonus - karteczkę wielkości banknotu z wizerunkiem zespołów muzycznych, będących wówczas "na czasie". Karteczki nie były kolorowe w dzisiejszym rozumieniu. Z oszczędności były albo zielone, albo rdzawo-brązowe, był na nich Limahl, sam lub z Kajagoogoo, CC Catch, Samantha Fox lub Sabrina. Rzadziej kartki były zadrukowane zielonym wizerunkiem dolara. Oczywiście po konsumpcji śmierdzący tłuszczem bonus lądował wklejony w odpowiednim zeszycie. W tamtym czasie nastolatki miały takie obowiązkowo. Zawierały zdjęcia gwiazdorów wycięte z czasopism, spisane dowcipy, teksty harcerskich piosenek, miłosne wróżby itp.

  Gdzie kupowało się te pierwsze chrupki z prawdziwego zdarzenia, czyli snacki (nowe słowo dołączyło do wcześniej poznanego "gratisa", stosowanego przez lodziarza, pana R., mającego swój punkt w werandzie domu przy ul. Ogrodowej, dziś tą werandą wchodzi się do salonu fryzjerskiego i gabinetu manicure)? Najczęściej w następujących sklepach: ogrodniczym mieszczącym się na ul. Piłsudskiego (dziś kosmetyczny Ewton); prywatnym ogrodniczym nieodżałowanej pani Melanii (mniejsza odnoga Piłsudskiego, dziś jest tam ciuchland Moni), a także w spożywczym przy Piłsudskiego, w którym stała pani K. (dziś sklep "Krysia", czyli Wszystko za x złotych, na wysokości kaplicy św. Agaty). 

Tu, w domku państwa S. działał sklep pani Melanii

   Wracając jednak do Nory - lokal musiał powstać później, w 1990 lub 1991. Wiem to, bo wówczas w handlu były już snacki stojące wyżej w rozwoju. W zadrukowanych kolorowo, srebrzystych w środku opakowaniach, produkowane przez polską firmę "Star Foods" z Tomaszowa Mazowieckiego. Na YT można obejrzeć kompromitującą reklamę z 1991 roku, z czasów kiedy spółka ruszyła z tym smażonym koksem. Ciekawe, że ten rodzaj żywności, o którym dziś w grubych tomach pisze się jako o śmiertelnej pułapce, wtedy reklama bez żenady głosami śpiewających dzieci opisywała jako "tanie i zdrowe, smak i wdzięk".
  Pewnie głupio jest pisać o lokalu dla dorosłych, pomijając kwestie alkoholu, czy innych dopalaczy, a koncentrując się na takich duperelach, jak snacki. Faktem jednak jest, że takie właśnie rzeczy miał wtedy człowiek w głowie. Niesamowite, jak to wygląda inaczej z dzisiejszej dorosłej perspektywy, kiedy do dowolnej knajpy w Sejnach wchodzi się, jak do siebie, po prostu siadając, czy podchodząc do baru. Wtedy miało się szczęście, jeśli w progu ktoś z dorosłych nie zapytał: A ty gdzie? i jeśli udało się wejść dalej, niż poza korytarz.

  O wiele łatwiej było w tygodniu, w zwykłe popołudnia. To właśnie wtedy, w pustawej Norze raczyłyśmy się z koleżanką kawą-plujką pod pizzowe snacki Star Foods. Wejście do lokalu w weekendowe wieczory - to dopiero było wielkie przeżycie. Za drzwiami, wówczas jeszcze starego typu, z wstawionymi szybkami, można było wejść na lewo, do sali tanecznej, lub na prawo, po schodach, kończących się wymurowaną ścianą, zamykającą zejście z parteru pałacu biskupiego do piwnic. Wzdłuż schodów zamontowano wieszaki, i to ciemne miejsce robiło za szatnię, a także - nie ukrywajmy - całowalnię. Korytarz dalej prowadził do sali barowej, a po drodze na prawo skręcało się do toalet. Vis a vis wejścia do nich stały czarne skórzane fotele i przyznaję, że często to miejsce było wystarczająco satysfakcjonujące dla smarkul naszego pokroju. Dlaczego? Bo wejście dalej, do sal zajętych przez dorosłych wymagał zebrania się w sobie. Mnie osobiście np. odwagi wystarczało, żeby wejść do środka, ale już "na salony" można było tylko z koleżanką. Koniecznie u boku, koniecznie dotykając się łokciami dla kurażu. Dzisiaj też obserwuję takie zachowania u nastolatek, ale tylko mnie drażnią, bo najczęściej kurczowe trzymanie się bok-do-boku kilku dziewcząt jest równoznaczne z tarasowaniem przez nie całej szerokości chodników lub ulic. Ale nie będę kłamać, że jest mi to obce, bo nie jest.


Drzwi wejściowe były wtedy inne, dwuskrzydłowe, filongowe,
z szybkami.

  Salony to tak naprawdę trzy piwniczne pomieszczenia w szeregu. Pierwsze z barem, drugie z okienkiem w ścianie, w którym za drzwiczkami stał sprzęt grający i trzecie, najbardziej oddalone od centrum dowodzenia, w którym siedziało często najbardziej szemrane towarzystwo. Z tego miejsca półokrągłe przejście prowadziło do sali tanecznej, a z niej do korytarza wejściowego, w sumie więc można było chodzić po lokalu w kółko. To wbrew pozorom miało swoje znaczenie. Otóż w państwowym lokalu raz, czy dwa w tygodniu rządził klub seniora pod wodzą bardzo energicznej sejneńskiej arystokratki, pani Eugenii (nawiasem mówiąc jej wnuczka była ostatnią właścicielką tego klubu przed jego definitywnym zamknięciem). Najczęściej w te dni rezydowało tam kilku panów grających w szachy, w tym niezapomniany pan S. (zdaje się, że strażak-ochotnik-emeryt), tubalnym głosem komentujący swoje ruchy na szachownicy. Pani Eugenia, jeśli była, źle znosiła najazdy małolatów na klub i żądała opuszczenia przybytku. No, więc opuszczało się go w ten sposób, że z korytarza skręcało się do sali tanecznej i wracało po cichu do ostatniego pomieszczenia. Czasem takie ganianki powtarzały się kilka razy w ciągu jednego popołudnia.   

W dni nie-budne, tj. w weekendy Nora obfitowała w wiele pól do obserwacji. Stanowisko naprzeciwko toalet na ten przykład. Trzeba tam było być, kiedy opuściwszy je jedna z najładniejszych i najpopularniejszych dziewczyn w Sejnach nie sprawdziła stanu swojej garderoby i z korytarza energicznie weszła do sali barowej, mając spódnicę z tyłu zadartą i wsadzoną za gumę od majtek. Jeszcze się wtedy nie miało w sobie tyle obywatelskiej świadomości, żeby starszą o jakieś 5-6 lat koleżankę powstrzymać, czy jakoś ostrzec.
Te początki samorządowej Nory były, zdaje się, grzeczniejsze. Potem lokal zaczął zmieniać właścicieli na w stu procentach prywatnych i - zdaje się - zmieniał nawet nazwy na Nora II, czy III. Z tego pocztu patronów ja pamiętam co najmniej trzech. Pamiętam, jak serwowali pizzę, wychodząc w białych fartuchach z gigantycznego zaplecza, jak improwizowali seanse filmowe z użyciem telewizora zawieszonego pod sufitem oraz super-modnego wtedy odtwarzacza video. Filmy? Raczej strzelanki klasy C, może jakiś Rambo. Jakieś komedie amerykańskie i przeżyty szok, kiedy jeden z sejneńskich badboy'ów zakończył atak rechotu upadkiem z fotela na podłogę i zupełnie serio napadem alkoholowej padaczki, powstrzymanej przez patrona w fartuchu za pomocą jakichś kropli z brązowej buteleczki.
Tak, nie zawsze było do śmiechu, bywało też i do strachu, bo czasy były niepewne, w lokalach strzelano do siebie i graniczne konflikty nieraz rozstrzygano między sobą przy kawiarnianych stolikach. A dziś co? Można wspomnieć, że spośród kilku kolejnych właścicieli Nory dwóch od dawna nie żyje. Bez związku ze strzelaninami, na szczęście. Spośród klienteli, wówczas bardzo młodej, też nie wszyscy dziś są z nami (ten od ataku padaczki również).

  Pamiętam też z Nory momenty wzniosłe. W niewyjaśniony dla mnie sposób pokolenie o kilka lat starszych ode mnie kolegów na zawsze i na amen wpadło w sidła zespołu U2. To owszem, były czasy, kiedy każdy z nas w większym czy mniejszym stopniu nasiąkał new wave'em, ale trudno byłoby o tej grupce powiedzieć, że to fani konkretnego typu muzyki. To byli zaprzysięgli niewolnicy Bono i U2. Może nie bez wpływu na ten stan miało żywe zainteresowanie zespołu tzw. krajami bloku komunistycznego i poświęcanie im utworów. A może szło o klimat. Dość, że wśród młodych sejnian zdarzali się absolutnie wyróżniający się właściciele kucyków a la wokalista U2, Bono Vox. No i co z tego, powie zwolennik Korwina, młodzieniec z roczników urodzenia 90.? Ano to, że w szkołach średnich za takie ozdoby można było nie tylko zostać w tej samej klasie, ale i stracić część włosów wskutek działania nauczycielskiej ręki, nawijającej nieszczęsny symbol niezależności na dłoń i ciągnącej aż do wystąpienia trzasku. Widziałam takie sceny, to wiem. Dziś właścicieli tych kucyków być może mijacie na ulicy. Ten ma posturę, jak Ferdek Kiepski i zasiada na urzędzie, drapiąc się w łysinę. A tamten, wierny swoim norowym ideałom wciąż nosi koński ogon a la Bono. Z tym, że już od dawna nie przypomina gwiazdora tamtych lat, Billy Idola o błękitnym, przenikającym wskroś wejrzeniu. Gdzie są chłopcy z tamtych lat? Zbyt wielu z nich utopiło się w alkoholu. Ale wtedy jeszcze o coś im chodziło. I pamiętam te wzniosłe chwile, kiedy ten czy ów właściciel łaskawie włączał na sprzęcie grającym "New year's day", "In the name of love", "I still have'nt found...", albo "With or without you" i oni chwytając się za bary krążyli po sali tanecznej, śpiewając w rytuale swojej chłopcowatości. Dziwne, ale dziś to nie słuchanie hitów italo disco z dyskotek w "jedynce" pod lasem, a właśnie U2 pomaga mi teleportować się pamięcią do czasu, kiedy miałam mało lat. 

9 lis 2015

Rowerem cz. V - Kielczany, Bubele, Jenorajście


  Aby dotrzeć do najważniejszego w tym poście Jenorajścia, mogłam jechać prosto z Sejn na Radziucie i następnie skręcić w odpowiednim miejscu w lewo. Zamiast tego jeszcze raz ponowiłam eskapadę z wpisu "Rowerem cz. IV", której bohaterem były Janiszki.  I właśnie od nich wyprawiałam się dalej.

Rozjazd w Janiszkach (wg. map Google-Wesołówka)
Na lewo - do trasy Sejny-Krasnowo,
na prawo - do tej samej trasy, ale do centrum Bubel.

  Przejażdżka żwirówką nie jest zła, atakujących psów nie było. Po dotarciu do asfaltowej trasy na Krasnowo przecięłam ją i pojechałam dalej przed się. Tu pewnym problemem jest położone po prawej stronie żwirówki, nieco oddalone od traktu rozpadające się, ale zamieszkane gospodarstwo-widmo, z którego wyskakuje chmara agresywnych kundli. Przyznaję, że dopiero za drugim podejściem pokonałam tą trasę, właśnie ze względu na nie. Mea culpa, bo niepotrzebnie zatrzymałam się na kilka minut dla pogrzebania w internecie i psy mnie zwietrzyły. Za drugim razem mknęłam jak wiatr i jakoś poszło.

  Trasa sama prowadzi wśród gospodarstw w kierunku dawnego PGR-u Jenorajście. Najpierw jest góra, potem wzdłuż zjazdu fantastyczne zabudowania: po lewej mieszkalne budynki pracowników, po prawej stodoła. Niestety zdjęć brak, to rzecz, którą nadrobię w przyszłym roku. W końcu po lewej stronie pokazuje się wśród licznych rabat, ogródków i fragmentu sadku - dawny dwór Jenorajście.

Zdjęcia robiłam z kolejnej góry, kiedy już go minęłam



Miałam kiedyś okazję zwiedzić go - dom jest większy,
niż można wnioskować, patrząc z zewnątrz

Otoczenie bardzo nietypowe, ani śladu podjazdu, okrągłego
klombu,  czasy pegeerowskie mocno na to wpłynęły.
 

Tak się składa, że jeśli chodzi o Jenorajście, miałam okazję zgłębić temat stokroć lepiej, niż innych dworów. A jak to było, opowiem. W sejneńskim klasztorze 20 lipca 2012 roku odbyła się uroczystość poświęcenia nowego witraża, który przedstawia Matkę Boską według obrazu Bartolomea Murillo, oraz świętych młodzianków: Alojzego Gonzagę i Stanisława Kostkę, adorujących jej postać. Autorem witraża jest Paweł Przyrowski, artysta związany rodzinnie z Sejnami, wnuk Salomei Przyrowskiej, legendarnej nauczycielki języka rosyjskiego i rysunku.
  Nowy witraż zastąpił wcześniejszy, zaginiony w tajemniczych okolicznościach po wojnie i znany (chyba) tylko z jednej pocztówki. Oryginalny witraż prawdopodobnie został umieszczony w oknie klasztoru w XIX wieku, kiedy gmach przechodził gruntowny remont. Witraż zdobił wejście do budynku od strony klasztornego ogrodu. Następnie w latach powojennych za sprawą ludowej władzy zdemontowano go i złożono w podziemiach klasztoru, gdzie w nieznanych okolicznościach został zniszczony. 


Krążąca po sieci pocztówka z Wyższego Biskupiego
Gimnazjum św. Kazimierza, mieszczącego się od 1923 r.
w klasztorze.

 A oto i replika, która, jak łatwo zauważyć, przewyższa oryginał, nie tylko liczbą detali.

Całość
     
Św. Alojzy Gonzaga


Św. Stanisław Kostka






Poświęcenie witraża, lipiec 2012. W uroczystości wzięli udział
przedstawiciele szlacheckich rodów Sejneńszczyzny


Co symboliczny powrót witraża do klasztornego okna ma wspólnego z dworem Jenorajście? Otóż ma. Fundatorką dzieła była pani Irena Kasperowicz-Ruka, córka przedwojennego właściciela dworu. O tym wszystkim miałam z nią możliwość porozmawiać (wywiad ukazał się w Przeglądzie Sejneńskim nr 15/2012).

"I. K.-R.: - Kasperowiczów w Polsce jest kilka gałęzi, ale jest to dosyć rzadkie nazwisko. My byliśmy Kasperowiczami z Jenorajścia. Tam mieszkali moi rodzice i dziadkowie. Tak się stało, że przed wojną tata podzielił to Jenorajście i miał po wojnie dokument, że na skutek podziału między rodzeństwem majątek nie podlega parcelacji, czy ustawom Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego. Kiedy właściciele ziemscy zostali pozbawieni swojej własności, na dodatek nie mogli osiedlać w pobliżu. Był taki zakaz osiedlania się – określano to w kilometrach – ile kilometrów dalej musiano zamieszkać. Stąd oni z przymusu rozpierzchli się po Polsce. Myśmy zostali ostatni z tym papierkiem, ale to się w tamtym czasie nie podobało, że wszyscy wyjechali, a my tu siedzimy. Pomimo podziału było wspólne gospodarowanie, no bo przecież nie było w stanie podzielić ziemi na cząstki i wybudować domów. To były przecież kwestie posiadania odpowiednich funduszy, żeby to zrobić, a to były straszne czasy powojenne, które ludzie z trudem przetrwali. W pewnym momencie przyszło trzech smutnych panów i poprosiło nas o opuszczenie domu, natychmiast. Nie zakazali osiedlania się w pobliżu. Mój ojciec zapakował wielopokoleniową rodzinę na furmankę, razem z podstawowymi sprzętami domowymi. Stanął pod świętą Agatą w Sejnach i zaczął się rozglądać, co tu robić? To było 30 marca, wczesna wiosna roku 1951. Ksiądz Antoni Wężyk i ksiądz Majewski zauważyli to, porozmawiali z ojcem i dali nam mieszkanie na plebanii, wiedząc, że faktycznie jesteśmy bezdomni.

M.K.: - Jak długo pani rodzina mieszkała w Sejnach?
I. K. -R.: - Mieszkaliśmy tam do do 1990 roku, czyli 39 lat. Chcieliśmy się wyprowadzić, nie dało się mieszkać na plebanii tak długo. Ojciec nie mógł dostać pracy. Muszę to powiedzieć, że nie mogąc dostać pracy, kupił konia i woził węgiel i piasek. Tutaj są starsze osoby, które to pamiętają. Moja mama miała wyższe wykształcenie. Skończyła wydział historii na Uniwersytecie Stefana Batorego w Wilnie i pracowała w gimnazjum, kiedy byliśmy jeszcze w Jenorajściu – tuż przed wojną i po wojnie. Kiedy znaleźliśmy się w Sejnach, nadal pracowała przez jakiś czas. W 1952 roku została usunięta w gimnazjum. Była rok bez pracy, po roku dostała posadę telefonistki w Urzędzie Miejskim, a po kolejnym roku otrzymała propozycję pracy w szkole podstawowej w Poćkunach, która to jest odległa o cztery i pół kilometra od Sejn. Pracowała tam też moja ciocia, która nie miała wyższego wykształcenia. Wówczas nie było autobusów, obie szły codziennie rano, a potem wracały na piechotę z Poćkun. Na palcach jednej ręki można było wówczas policzyć nauczycieli z wyższym wykształceniem, dla mojej mamy była to więc pewna degradacja. To był cios, bo najpierw zostaliśmy pozbawieni własności, środków do życia, potem mama została pozbawiona pracy. To były niełatwe czasy, ale panowała pogoda ducha, wszyscy robili co można było. Hodowali świnie, robili plisowane spódniczki, nawet sękacze piekli. Ludzie tutaj pamiętają, że plisowane spódniczki i sękacze robiono na plebanii. Rodzina robiła co mogła, szukała źródeł utrzymania i starała się utrzymać pogodę ducha, bez narzekania na los i utyskiwania. Taki hart ducha mieli.

M.K.: - W tych czasach zaginął witraż zdobiący sejneński klasztor.
I. K.-R.: - W czasie najgorszych restrykcji witraż klasztorny został usunięty. Trudno dociec, kiedy. Wizerunek ten nie był zgodny z ówczesnymi potrzebami. Losy nasze w ten sposób zostały połączone. Warto nadmienić jeszcze, że na plebanii mieszkało więcej osób. Ksiądz ludziom w potrzebie udostępnił lewe skrzydło. W sumie mieszkały tam cztery rodziny. Każda z nich próbowała jakoś zły los inaczej pokierować, wiedząc, że na plebanii nie wypada mieszkać bez końca. Ojciec też kupił działkę od sióstr tutejszych, na górze w pobliżu szpitala. Wiele osób te działki kupiło. To były czasy, kiedy to się nie podobało władzom miejskim. Po kupnie działek wszyscy mieli plany budowy, chcieli stawiać domy. Wtedy przyszedł zakaz budowy przez dwadzieścia lat. Nie można było tam nic budować, bo były inne plany przestrzennego zagospodarowania. Tata dał za wygraną, zaczął budować dom w Legionowie, gdzie mieszkała przed wojną moja rodzina i gdzie dostał kawałek ziemi za darmo. Moja rodzina przeniosła się do Legionowa i tam wszyscy umarli, ale są pochowani na cmentarzu sejneńskim.
Ważne jest to, że mieszkaliśmy na plebanii tak długo, w dramatycznych okolicznościach i pomimo chęci nie mogliśmy się wyprowadzić, bo kiedy ojciec kupił tą działkę, pieniądze zostały zamrożone i nie można było kupić ziemi gdzie indziej. W związku z tym jaka była cierpliwość księży, że myśmy na tej plebanii mieszkali tak długo, którzy rozumieli to, że nie można inaczej. Ksiądz Wężyk, ksiądz Majewski, później ksiądz Rogowski podchodził do tego równie wyrozumiale. Z wielkim uznaniem tak samo o nim wspominam, bo ks. Rogowski to był wielki gospodarz. Zakładał wodę na plebanii, do której dostępu wcześniej nie było. I nam założył wodociąg. Proszę sobie wyobrazić czasy, że lokatorom, którzy siedzą komuś na głowie, zakłada się wodę. Na ogół się tą wodę odcina, żeby się wynieśli! A nam ksiądz założył, bo widział, jak ciężko nosić wodę na piętro. My opuściliśmy plebanię ostatni. Ja mając już czwórkę dzieci, mnóstwo obowiązków i pracy nie byłam w stanie wcześniej, ani finansowo, ani organizacyjnie o tym pomyśleć, ale zawsze o tym myślałam, żeby podziękować.

M.K.: - Jak powstał pomysł, aby w podzięce zrekonstruować witraż?
I. K.-R.: - Było dużo koncepcji, jedną z nich był remont szyb w kaplicy Matki Bożej. Modląc się widziałam, że są tam dziury i przez lata nie było finansowych możliwości, aby je zreperować. Myślałam, że może tam powinno się zrobić witraże? Może z postacią Jana Pawła II, zaczynał się wtedy proces beatyfikacyjny. Wiadomo też, że prymas Wyszyński również będzie objęty procesem beatyfikacji. Ale to jest kościół barokowy, a więc taki, w którym nie było tradycji witraży. A ja się nie znałam na witrażach i przystępując do tego dzieła nie miałam wielkiej wiedzy. Wrzuciłam w internetową wyszukiwarkę słowo „witraże” i pierwsze, co się ukazało, to była pracownia pana Przyrowskiego. Znane było mi to nazwisko, wiedziałam, że państwo Przyrowscy mieszkali w Sejnach, nasze rodziny były zaprzyjaźnione. Wiedziałam, że mieli wnuki: Anię i Pawełka. Zaczęłam porównywać daty i było coraz bardziej prawdopodobne, że jest to wnuk pani Salomei Przyrowskiej, ale doszłam do tego drogą dociekań. Przygotowana, zadzwoniłam i okazało się, że to się zgadza.

M.K.: - Czy bywała pani w Jenorajściu?
I. K.-R.: - Mój ojciec nigdy. Myśmy odzyskali niedawno to Jenorajście. Ja w tajemnicy przed tatą pojechałam z młodzieżą rowerem w latach sześćdziesiątych i tam był PGR. Pamiętam, że w naszym domu mieszkało pięć rodzin, że gospodarstwo działało, były traktory, budynki ojca, obory, stajnie i tak dalej. Kwitło życie. W momencie, kiedyśmy odzyskali to w 2006 roku i tam pojechałam, była martwa pustynia. Dom był sprzedany, ani jednego budynku mojego ojca. Dom był bardzo zniszczony i sprzedano go pracownikom PGR, którzy w sumie uratowali go od dalszego zniszczenia, bo najprawdopodobniej bez ich troski rozpadłby się. Trzeba powiedzieć, że dotrwał do naszych czasów, bo ktoś go wyremontował i do tej pory tam mieszka. Ja w tym domu się urodziłam, ten dom zbudował mój tata. On go więcej już nie zobaczył."


Witraż od zewnątrz


Widziany nocą
 

25 paź 2015

Rowerem cz. IV - Janiszki, Bubele, Gawiniańce


 Janiszki to miejsce, gdzie według opinii niektórych z moich rozmówców nie zostało zupełnie nic, ni dworu, ni parku. Ale najczęściej tam, gdzie ma być nic, jest sporo i przeżywam miłe rozczarowanie. Janiszki są teraz częścią Bubel, a mapy Google nazywają je Wesołówką (okazuje się, że to jedna ze zwyczajowych nazw, być może wzięta z przedwojennych map wojskowych, niedaleko są też Wojnary i Szklarnia, absolutnie widmowe nazwy, które pamiętają tylko starsi ludzie, a które bywa, że oznaczają nieistniejące siedliska, zaorane do szczętu).

  W każdym razie do Janiszek jechałam trasą na Kielczany. Za dawną zlewnią mleka, przerobioną na dom, drogowskaz i zakręt w prawo prowadzi na Bubele. Warto zawiesić wzrok na pierwszym po prawej gospodarstwie: piękny drewniany dom, stara kapliczka z zatartym napisem, pamiątki fascynującego procesu, jakim było osadnictwo na Sejneńszczyźnie. Sama nazwa Kielczany, od Kielc, wskazuje na jego istnienie. Osadnicy pochodzili jednak nie tylko z Kielecczyzny, ale też z Pomorza. Ich potomkowie do dziś noszą nazwiska bardzo odmienne od miejscowych, kończące się najczęściej na -ski lub -cki.

  Kilka zakrętów dalej, za gęstym zagajnikiem, zaczyna się widok na poważną kępę drzew. Jako pierwszy zwiastun dawnego parku pojawia się godna i dumna lipa.



 Przyglądając się jej miałam nieodparte wrażenie, że ktoś tu bardzo dba o porządek. Kawałki kory, które oddzieliły się od ściętego pnia wyglądały na... uporządkowane, tak jakby ktoś je pieczołowicie poskładał z myślą, że jeszcze się przydadzą.

Ni to ołtarzyk, ni to święte miejsce. Komuś zależy-pomyślałam
  Miejscowi uprzedzali mnie, że tak właśnie jest u spadkobierców tego miejsca - porządnie i do rzeczy. No i fajnie, nie ma nic gorszego, niż obraz destrukcji i zniszczenia, jak to czasem w dawnych gniazdach szlachty bywa. Niestety, także i na Sejneńszczyźnie.

Park fantastyczny, drzewa stare

I rzut oka w tył, na przebytą już drogę z Kielczan

  Jak podaje w swoim przewodniku Irena Baturowa, Janiszki zostały wyodrębnione z dóbr sztabińskich gdzieś na etapie wojen szwedzkich. Zmieniali się właściciele, zmieniały granice. Janiszki miały też związek z nieodległymi Ochotnikami, o których jest w "Rowerem cz. I". W XIX wieku nabyli je Heybowiczowie i "trzymali" do 1904 roku, ale o tym przeczytałam już gdzie indziej. W każdym razie ostatnimi właścicielami majątku mieli być Świąteccy i od nich przejęło całość Towarzystwo Kredytowe Ziemskie na poczet zaciągniętych długów. Wracając do tego innego źródła, to jest to 34 numer Magazynu Podkowiańskiego z 2001/2002 roku (dostępny w internecie, warto poguglać). Grażyna Zabłocka w Podkowiańskim Słowniku Biograficznym podaje więcej ciekawych faktów na temat dawnych właścicieli Janiszek i ich potomków, biorących udział w powstaniach, ruchu oporu.

 Skądinąd wiem też, że z tej rodziny i z tego domu pochodziła organizatorka (w 1944 roku) i pierwsza dyrektor powojennego liceum sejneńskiego, Józefa Heybowicz.

Z wystawy ZSO w Sejnach


- Była to osoba delikatna, dość krucha, skromna, z błąkającym się uśmiechem na ustach. Szkoła to było jej życie – mówiła o swojej ciotce Józefie pani Krystyna Heybowicz-Gieros, z którą udało mi się porozmawiać w trakcie uroczystości 70-lecia liceum. Józefa Heybowicz w latach powojennych na skutek działania komunistycznych władz straciła zarząd nad szkołą i na dwa lata została karnie przeniesiona do Olecka. Po powrocie do Sejn nadal była nauczycielką, zmarła w 1976 roku i spoczywa - jeśli wierzyć internetowi - na Powązkach.

 
Z torebką - Józefa Heybowicz. Fot. "Dzieje Liceum Ogólnokształcącego
w Sejnach im. Szymona Konarskiego"w oprac. J. Olsztyn.
(Przy okazji - trzeci od lewej stoi mój nieżyjący już stryj, Franciszek)

 A teraz do rzeczy. Mijany po prawej stronie drogi park kończy się wraz z rozwidleniem drogi na część żwirową (prosto) i asfaltową (ostrym zakrętem w prawo). Przy tej drugiej "spragnionym oczom naszym" ukazuje się takie gospodarstwo:




Najpierw uwagę ściąga wpółuschłe drzewo, które według miejscowych poraził piorun.



   Moi informatorzy wyjaśnili mi, że dom, który można zobaczyć na miejscu, nie jest dworem, a tylko został zbudowany z materiału, jaki miał zostać po zniszczonym dworze. Tak, czy siak, aktualnie stojący tu budynek nie przypomina formą typowych wiejskich domów, i choćby przez to jest interesujący. Wiąże się z tym cała historia. W ramach osadnictwa - jeśli dobrze zrozumiałam - z okresu dwudziestolecia międzywojennego, dawny majątek dostał się zasłużonemu wojskowemu, który przeniósł się w te strony z Wileńszczyzny (na co wskazuje też jego nazwisko, którego nie mogę tu podać, a które występuje licznie na Wileńszczyźnie). Dzisiejsi mieszkańcy to jego potomkowie.

Szczyt domu

  Dom z budynkami gospodarczymi są ustawione w niezwykle wąską podkowę. Na tyle wąską, że widoku na fronton nie da się uzyskać inaczej, niż włażąc ludziom na podwórko, czego staram się unikać, jak dotąd. Dlatego zdjęcia "wycinają" tylko kawałki z całości. 

Jeszcze raz szczyt

Tył domu plus żywy inwentarz
Droga asfaltowa prowadzi od frontu domu, następnie między dawnymi stawami dworskimi, o których powiedziano mi, że było ich w sumie pięć. Po lecie 2015 właściwie trudno domyślić się, że to były stawy. Ale jest cieniście, zielono i bagiennie. Asfalt w tym miejscu chyba przeżywał depresję, bo nałożono na niego gruby garb, nieznośny nawet dla opon roweru typu MTB.

Gdy się już minie Janiszki i rzuci okiem wstecz

Park od "tyłu" od strony Bubel "właściwych"
Tyle przyjemności w tak krótkim czasie, dlatego krążyłam w tamtych stronach przez kilka letnich dni, żeby raz za razem wypatrywać jak najwięcej szczegółów, jednocześnie nie niepokojąc właścicieli. Robienie trasy Sejny-Kielczany-Janiszki-Bubele zawsze doprowadza do tego miejsca:



W tym naturalnym centrum Bubel wiele się dzieje. Kocich łbów co prawda już nie ma, ale są koniki pana K. i kilka ciekawych budynków. 



Piękny szczycik


Budynek gospodarczy i gołębnik, 2 w 1

Tu jeszcze w 2012 r. był bruk, którym - wg. legendy - wyłożono
cesarski trakt

Tak w 2010 r. wyglądał ostatni bruk na publicznej drodze
Sejneńszczyzny (jeśli nie liczyć ul. Konopnickiej w Sejnach)
Droga prowadzi dalej przez Gawiniańce, w których oczywiście najciekawsze są zabytkowe XIX-wieczne domy w "centrum", ale nie tylko one, bo przy drodze z Bubel też jest o co okiem zaczepić.
Dom-perełka, plus całe gospodarstwo takie


Budynek gospodarczy do kompletu

  Na koniec zahaczyłam jeszcze o jezioro gawiniańskie. Ponad 20 lat temu sporo ludzi z Sejn przyjeżdżało się tu kąpać i ścieżka prowadząca od asfaltu na brzeg była wydeptana. Teraz to przeprawa przez pastwisko, a dawna "plaża" jest zarośnięta młodnikiem, takim właśnie ponad 20-letnim.

Jezioro w Gawiniańcach, które według miejscowych ma na dnie
zestrzelony w czasie IIWŚ  niemiecki myśliwiec