Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sejny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sejny. Pokaż wszystkie posty

12 sie 2019

Piotr Nesterowicz "Jeremiasz", czyli kiedy ostatnio czytaliście powieść o Sejnach?


  Ktokolwiek spodziewał się wydania współcześnie powieści, której akcja dzieje się w jednej trzeciej na Sejneńszczyźnie, to na pewno nie ja. Nie teraz, kiedy u państwa pisarzy nie ma już tego typowego dla lat PRL-u sentymentu do prowincji. Na szybko potrafię teraz wymienić z tamtej epoki "Poziomkowe lato" Doroty Lubomirskiej-Hosowicz, czy fragment "Za tyle pięknych dni" Joanny Iwaszkiewicz. Z nowszych - thriller amerykańskiego autora, którego nazwisko, tak jak i tytuł książki utonęły w mojej pamięci i za nic nie chcą wrócić. 


   Do mnie sceptycznej trafiła wydana rok temu przez W.A.B. powieść historyczna Piotra Nesterowicza "Jeremiasz". Rzecz jest o względnie młodym człowieku, śledczym służącym w III Oddziale Kancelarii Osobistej Jego Cesarskiej Mości w Grodnie, u schyłku XIX wieku. Jeremiasz przybywa do Supraśli, aby przyjrzeć się sprawie morderstw popełnionych na supraskich fabrykantach i ihumenie tamtejszego klasztoru. Zaczyna się to więc jak rasowy kryminał, jednak zmierza w stronę powieści inicjacyjnej. Oto bowiem Jeremiasz, jak biblijny prorok o tym samym imieniu, zaczyna odbierać komunikaty boskie, głosić je i zarazem podążać ścieżką samopoznania. 

    Nie wie, czemu ten ciężar spada na niego, syna samotnej matki, wychowanego w nieprzyjaznych Berżnikach w atmosferze izolacji, jako dziecko zdrajcy Cyriaka Accorda - sejnianina, jednego z naczelników Powstania Styczniowego. Accord ojciec uciekł z powstańczą kasą i zmienił wiarę na islam, wskutek czego domniemany syn łykał w berżnickiej szkółce upokorzenie i odbierał kuksańce od kolegów. W sejneńskim gimnazjum przyklasztornym pojął, że rozum powinien tryumfować nad duchem. Ale odepchnięty Bóg miał wobec niego inne plany i nieszczęsny Jeremiasz peregrynuje między Supraślą, Grodnem, Białymstokiem, Krynkami, Mułami, Berżnikami, aby w finałowych scenach znaleźć się w Sejnach i Pogorzelcu, gdzie przed laty doznał największej z życiowych strat. Czy choćby ten katalog nazw miejscowości nie działa dostatecznie wabiąco? Są tu jeszcze prorok Ilija z Grzybowszczyzny, okołosejneńska szlachta i nasi Staroobrzędowcy, a co oni czynią Jeremiaszowi, tego nie zdradzę.

   Nie jest to historia z happy endem, bo bohater w chwili uzyskania pełnej samoświadomości traci ją zapewne na zawsze. Ale cóż stąd, jeśli podróżując z nim można potrenować wyobraźnię w poznawaniu Podlasza (i opisów ówczesnych Sejn, włącznie z mieszkańcami) w epoce chaosu i strachu przed bliskim końcem świata. Dlaczego Podlasza? Wrażliwi na dopisywanie Sejneńszczyzny do Podlasia powinni zacząć lekturę od krótkiego posłowia na końcu, gdzie autor wyjaśnia m.in., jakie poczynił zmiany i przyznaje, że dołączył Suwalszczyznę do powieściowego Podlasza, krainy bardzo podobnej do tej realnej, ale jednak nie do końca. To dobry sposób na uniknięcie irytacji i zrozumienie autorskich intencji, pomocny w spokojnym odbiorze całości. A że warto odebrać całość, w to ja ani chwili nie wątpię. Dla nas ta powieść to absolutny must read, a przynajmniej rzecz, która powinna znaleźć się na półce w każdym szanującym się sejneńskim domu. 

   Za egzemplarz "Jeremiasza" serdecznie dziękuję panu redaktorowi Filipowi Modrzejewskiemu z Wydawnictwa W.A.B. (Grupa Wydawnicza Foksal).

19 gru 2018

Lilka wywyższona


   Stało się. W Warszawskiej Królikarni (Muzeum rzeźby im. Xawerego Dunikowskiego) w zimny wieczór 16 grudnia otwarto wystawę "Pomnik. Europa Środkowo-Wschodnia 1918-2018".

  W sali zwieńczonej kopułą jako jeden z eksponatów - jedyny fragment pomnika rozebranego w myśl ustawy o dekomunizacji z 2016 roku - stoi popiersie, a właściwie połowa postaci sejneńskiej Lilki. Sala zawiera części ostatniej z sekcji wystawy: "Rozkład", ilustrującej recykling, burzenie, usuwanie pomników. Uczestniczący w wystawie warszawianie wyraźnie skupiali się na kawałku pomnika Dzierżyńskiego, który do 1989 r. stał na Placu Bankowym (wówczas jeszcze imienia przywódcy CzeKi). Co ciekawe, z bliska trudno nie zauważyć, że Lilka dłuta Stanisława Wakulińskiego różni się na korzyść "krwawego Feliksa" Zbigniewa Dunajewskiego nie tylko szlachetnym materiałem (ona - piaskowiec, on - zbrojony beton, brązową "pozłotą" markujący spiż). W tej samej sali można zobaczyć dłoń księcia Pepi dłuta Thorvaldsena, z pomnika zniszczonego przez Niemców po upadku Powstania Warszawskiego, czy pokruszone figurki-pamiątki pomnika Aleksandra Macedońskiego ze Skopje (Macedonia), które dojechały na wystawę w kawałkach.

Wobec rozmiarów pałacowej sali popiersie traci na wielkości



Reakcje? Najżywsze odnotowałam ze strony zwiedzającej wystawę młodzieży. Padały stwierdzenia: "poczekaj, muszę zobaczyć, co ona ma w ręce", albo "szkoda, że to tylko część".

W tle odtwarzana jest videoinstalacja "Czarne słońce" H. Czerepoka


Po sąsiedzku - część pomnika Feliksa Dzierżyńskiego, zdemontowanego w 1989 r.


W innych sekcjach wystawy m.in. wycinek z "Gazety Białostockiej" (?) z 1970r.
   Na marginesie: w uroczystości odsłonięcia pomnika Wolności/XXV-lecia PRL uczestniczyła delegacja z Oszmiańskiego w Białoruskiej SRR. Czy doczekamy się czasów, kiedy sejneńskie fety będą nawiedzać goście nie tylko z Łoździej, Mariampola i w ogóle Litwy, ale też z wolnej Białorusi? Jeśli tak, pierwsza przyjadę wziąć w tym udział.

1971 r.

 
Fot. nn, "Montaż pomnika XXV-lecia PRL"

Sala z modelami rzeźb z pracowni X. Dunikowskiego
Sala inspiracji

Poświęcenie pomnika ofiar I Wojny Światowej w Targu Jiu (Rumunia), 1938r.

Dziś pomnik zaprojektowany przez Constantina Brancusiego zwany jest Kolumną Nieskończoności


Nim warszawska Nike w 1964 stanęła na Placu Teatralnym...

    Wystawę można oglądać do 10 kwietnia 2019 roku. Nie wyobrażam sobie, żeby miały ją pomijać sejneńskie wycieczki szkół ponadgimnazjalnych, bo to dobra okazja do pokazania, jak fenomen poczciwej, zapomnianej i niedocenianej przed rozbiórką sejneńskiej Lilki wpisuje się w podobne procesy upamiętniania, zapominania i burzenia, toczące się w naszej części świata.

19 cze 2016

Ani Mazury, ani Podlasie, czyli jak nas odróżnić?


  Sezon turystyczny właściwie jest już w toku. Z tej doniosłej okazji warto może trochę poroztrząsać ważną kwestię: gdzie jesteśmy? - lub w wersji dla wczasowiczów: gdzie przyjechaliśmy?
Jeśli macie znajomych, którzy wybierają się do was z drugiego końca Polski, względnie prowadzicie usługi agro i przyjmujecie gości w większej liczbie, lub ostatecznie ani to, ani to, ale trafia was szladżek kiedy kolejny raz słyszycie, jak to pięknie na tych naszych Mazurach i wspaniałe to nasze Podlasie, to może trzeba podjąć działania uświadamiające.

  Będę rozważać zupełnie z pamięci, czysto schematycznie i po łebkach, nie sięgając do źródeł, a kto zechce, będzie mógł mnie kłuć datami, lub współrzędnymi geograficznymi. I tak niewiele osiągnie, bo gdzie pojawiają się cyfry, tam u mnie w głowie ciemność i pustkowie (choć w swojej karierze zawodowej podjęłam raz z banku kwotę ponad 100 tys. zł i w ciągu kilku godzin wypłaciłam ją kilkudziesięciu osobom z dobrym wynikiem, jednak wolę tego doświadczenia nie powtarzać). Poza tym, są to silnie subiektywne rozważania.

  Wracając do rzeczy. Dlaczego mówiąc o Sejneńszczyźnie nie mówimy ani o Podlasiu, ani o Mazurach? Z historycznego punktu widzenia jest to kraina odrębna. Przed zaborami, czyli w I Rzeczpospolitej Obojga Narodów leżała ta ziemia w obrębie Wielkiego Księstwa Litewskiego, mocno różniącego się od tzw. Korony. Różnice przejawiały się w składzie etnicznym, języku/ach, nazewnictwie, tradycjach, zwyczajach, wierze lub zabobonach, postawach przedsiębiorczych poszczególnych ludzi lub braku tych postaw. Inne budowano dwory (mniejsze), inne było chłopstwo, inne stosunki między klasami społecznymi. Następnie w okresie zaborów znajdowaliśmy się w obrębie rosyjskiej właści, na niezwykle tylko krótki okres popadając  w zabór pruski, który zdaje się nie odcisnął wielkiego piętna na ludności, a wspomina się go głównie ze względu na kasatę sejneńskiego klasztoru dominikańskiego i likwidację różnych szkół. Zabór rosyjski zaś trwał dłużej i solidnie się ugruntowywał, wpływając na pewne zwyczaje i zachowania, np. przyuczając nas nieszczęsnych do łapownictwa.

  W moim odczuciu byłoby naiwnością sądzić, że po kilkuset latach wielkoksiążęcej odrębności nagle w peerelu dobiliśmy ze wszystkim do dawnej Korony, stając się drugimi Mazowszanami, Mało- czy Wielkopolanami. Nie i jeszcze raz nie. Jest to ciekawy kawałek terenu, który leży w obrębie równego zainteresowania ze strony Polski i Litwy i chociaż szczęśliwie nie toczymy już o niego bratobójczej  walki, to owo zainteresowanie nie minie. I nie powinno, zamieszkują go ludzie-hybrydy, a jak pokazał biblijny przykład z królem Salomonem i dzieckiem dwóch matek, cięcie szablą nic nie daje, tylko niszczy. Natomiast bycie podzbiorem, czy częścią wspólną stawia nas w sytuacji wyjątkowej i nadaje walor niezwykłości, z którą możemy robić, co chcemy: chwalić się nią, tkać w oczy mieszkańcom jednolitych etnicznie i przez to banalnych części kraju, handlować nią i zarabiać na niej, czerpać z niej dumę i co kto jeszcze chce. Jak krótkowzrocznym trzeba być, żeby tę wyjątkowość od siebie odpychać, żądać podziału, jasnych granic i opowiadania się, kto jest kim? Obserwuję to u niektórych spośród swoich znajomych i jednocześnie mi ich żal, bo bardzo muszą bać się stanu niedookreślenia, a jednocześnie zastanawia mnie, czy wzorem króla Salomona opuszczą w końcu rękę z mieczem i przyznają kiedyś, że tak tylko się wygłupiali i już więcej nie będą. Tyle dygresji na temat kwestii narodowościowych.

  Granica wizualna między dawnymi ziemiami pruskimi, a tutejszymi wielkoksiążęcymi pagórkami pośród łąk zielonych, jest równie wyraźna. Podróżnik, który przemierza północną Polskę z zachodu na wschód, mniej - więcej na wysokości Olecka zacznie tracić z oczu mnogość murowanych budynków, ceramicznych dachówek i czerwonej cegły. Im bliżej linii Suwałk, tym mniej ich, a za Suwałkami zaczyna się kraj pozbawionych niemal ozdób drewnianych domków, domów, stodół, kurników, przybudówek, sławojek - raczej indywidualnych, niż składkowskich, rzadko rozsianej zabudowy. Podkreślam, że murowańce też tu są, ale zupełnie inne. Podróżny powinien gołym okiem odróżnić jednorodzinne klocki z lat 70. od widzianych przed Oleckiem licznych, a robiących wrażenie gospodarstw z kamiennymi stodołami, oborami, domami, które na pierwszy rzut oka nie mają nic wspólnego z okresem gierkowszczyzny.

Giżycko na Mazurach. Dawny budynek gospodarczy

Jedna z giżyckich szkół (pruski Królewski Zakład Przygotowawczy
z 1907 roku)

  Generalnie rzecz biorąc ta zmiana z kamiennego na drewniane oznacza, że taki podróżnik z całą pewnością opuścił Mazury, tereny zamieszkiwane przez spory odsetek ludności, skierowanej tam z różnych części kraju w ramach kolonizacji "ziem odzyskanych". Na tym polega wyraźna granica między krainą zamieszkałą po IIWŚ przez ludzi przyjezdnych: albo zmuszonych do jej zasiedlenia i noszących nieraz o to żal, albo takich, których skierowała tam ciekawość, czy chęć ucieczki przed grzechami poprzedniego życia (to Mazury), a krainą, gdzie lwia większość mieszkańców pochodzi od przodków, którzy też przymaszerowali tu albo z południowego zachodu albo z północnego wschodu, ale kilkaset lat temu i trwają, trwają, trwają, XX wiek ich szarpał i poszarpał, ale niezbyt skutecznie (to Sejneńszczyzna z Suwalszczyzną).

  Co ciekawe, jeśli hipotetyczny podróżnik nie zatrzyma się na Sejneńszczyźnie, a pojedzie dalej, trzymając się równoleżnikowego kierunku jazdy, przekroczy granicę polsko-litewską i przekona się, że dalej jest tak samo i że na oko przynależność Sejneńszczyzny nie ma wiele wspólnego z Mazurami, choć i tu i tu są lasy i jeziora. Jeśli szukać już związków, to tylko z całą połacią Europy, rozciągającej się za naszą wschodnią granicą. Piszę to z entuzjazmem neofity, któremu w ciągu kilku ostatnich lat dane było zobaczyć tak Litwę, jak Łotwę i stwierdzić, że drewniane miasteczka ze wspaniałymi murowanymi świątyniami, czyli "Sejny" bis, są cechą charakterystyczną dawnych ziem Wielkiego Księstwa Litewskiego i tzw. Inflant Polskich. A granice z XX wieku wypadają w tym świetle jako twór sztuczny i czysto umowny.

Ulica Ogrodowa w Sejnach. A nie, czekaj...
(ulica w Rezekne, Łatgalia - dawne Inflanty)
Piłsudskiego w Sejnach, czy Żeromskiego w Suwałkach - pasowałoby.
A to Rezekne


Ul. Słowackiego w Sejnach? Nie, to Kiejdany na Kowieńszczyźnie
(w końcu Sejny i Kiejdany to jedno województwo trockie, a że przed
...set laty, to cóż)

  Przypuśćmy czysto teoretycznie, że podróżnik nie zboczy jednak za granicę, a w zamian za to skręci na południe. Już wjeżdżając do Augustowa znajdzie się na Podlasiu. Im dalej na południe, tym więcej będzie drewnianej architektury z mnóstwem ozdób - nadokienników i okiennic, ażurowych uszaków nad drzwiami i innych cudowności snycerskich. (Tu trzeba dodać, że dosłownie kilka-kilkanaście takich reliktów znajduje się i na Sejneńszczyźnie np. w Babańcach lub Budzie Ruskiej, ale jest wyjątkiem od reguły i zasługą rosyjskich cieśli-staroobrzędowców). Wsie nie będą rozrzucone po polach, a zgrupowane wzdłuż drogi, domy - karnie ustawione do niej szczytami, z wąskimi kiszkami podwórek (kto oglądał ekranizację "Nad Niemnem", ten pamięta wieś Bohatyrowicze i obejście Anzelma i Jana, o to właśnie chodzi).

Wieś Kaniuki na Podlasiu

Wieś Kaniuki na Podlasiu

Znów Kaniuki


Kaniuki. Dzieło pana W. Naumiuka

    Tak zaczyna się domena "tutejszych", Białorusinów i Ukraińców, a kto mieszka gdzie, nie podejmuję się pisać. Miałam okazję uczestniczyć w wieczornym ognisku, zorganizowanym dla gości przez społeczność pewnej białoruskiej wsi na Podlasiu. Około północy wybuchła awantura i regularna bójka między organizatorami. Większość z nich optowała za tym, że wszyscy oni są Białorusinami, o czym świadczyć ma ich język i zwyczaje. Mniejszość uważała natomiast, że są Ukraińcami, bo na to wskazują elementy ich języka i tradycje. Rzucano konkretnymi słowami, na dowód, że są białoruskie, a nie, bo właśnie ukraińskie. Policja nie przyjechała na miejsce. Policja bowiem brała udział w tej awanturze. To doświadczenie nauczyło mnie, że nie należy dzielić włosa (tutejszych) na dwoje i lepiej oględnie rozróżniać, gdzie jest granica między Suwalszczyzną a Podlasiem, bez wnikania w szczegóły. W każdym razie chcę powiedzieć, że z punktu widzenia rodowitego mieszkańca Suwalszczyzny, czy Podlasia, czy też Mazur wreszcie, całe to pojawiające się ostatnio bajanie o Wielkiej Polsce i czystej krwi wydaje się snem wariata, zwłaszcza w ustach kogoś stąd. I nie pragnę dożyć czasu, kiedy salomonowy miecz zacznie śmigać i dzielić każdego z osobna według składu jego krwi, bo jest jasne, że nie wyjdę z tego w jednym kawałku. Ale wróćmy do rzeczy przyjemniejszych.

  Skoro nieszczęsna (albo właśnie szczęśliwa odmiennością) Sejneńszczyzna nie leży na Podlasiu, to co robi w województwie podlaskim? To bardzo dobre pytanie. Przewijało się ono w prasie w 1998 roku, kiedy to rząd zaczął ruchy w kierunku reformy administracyjnej i jej efektem była likwidacja województwa suwalskiego, o granicach świetnie zarysowujących podział między Mazurami, nami, a Podlasiem, o którym pisałam wcześniej. Przez łamy przetaczała się wówczas gorąca debata: do kogo z tych sąsiadów mają nas przyłączyć? Nie miałam możliwości śledzić jej tak, jakbym chciała, bo mieszkałam wtedy gdzie indziej (a np. obiady jadłam wtedy w barze mlecznym przy wielkim majdanie, na którym swego czasu Litwini stacjonowali, czekając na zakończenie rokowań Sejmu lubelskiego), ale co-nieco pamiętam. Listy, głosy oburzenia. Mazurskie? Nie, nie mamy z nimi wiele wspólnego. Podlaskie? Boże broń! Jeszcze mniej. Ostatecznie padło na Podlaskie, czemu - nie wiem, być może ze względu na historyczne tradycje, bo Sejneńszczyzna leżała w województwie białostockim II RP. Czy dobrze, czy źle się stało? Do dziś województwo suwalskie wspominane jest z rozrzewnieniem jako czas samostanowienia i okres, w którym nie trzeba było wieszać się u klamek w dalekim Białymstoku, a co gorsza - wyjaśniać podlaskim władzom rzeczy niewyjaśnialnych, dla miejscowych zupełnie oczywistych.

   Na koniec wreszcie czas się zastanowić, po co u licha gość z drugiego końca Polski ma wiedzieć, że odpoczywa nie na Mazurach, ani na Podlasiu. Ważne dla niego, żeby była cisza, spokój, woda i czyste powietrze. Okazuje się jednak, że z tej niewiedzy mogą wynikać przeróżne nieporozumienia. Jakiś czas temu miałam wielką płynącą z serca chęć pomocy w znalezieniu u nas domu na sprzedaż, mającego służyć za letnią daczę. Kiedy usłyszałam, że najlepiej, żeby to był stary dom do remontu, położony w lesie, po prostu zgłupiałam. Ale jak to? Przecież u nas nie ma starych domów w lesie. Jak wytłumaczyć, że wcześniej las był królewski i jedyni mieszkańcy, czyli osocznicy stawiali budy, po których nie zostało śladu. Potem las stał się państwowy i jeśli stanął w nim jakiś dom, to była leśniczówka albo gajówka. I co znaczy "stary" w tym przypadku? Czy może to być jedna z nie tak licznych leśnych dacz, wystawionych jakieś 10-15 lat temu przez np. warszawiaka? Ot, zagwozdka. Potem zdałam sobie sprawę, że pytanie było chyba bardzo a propos, ono po prostu nie dotyczyło tutejszego terenu. Najprawdopodobniej na Mazurach występują poniemieckie stare domy po lasach, a pewnie i niejeden dawny młyn, czy gospoda. A my, cóż my. My nie leżymy na Mazurach :)


25 sty 2016

Jedli, pili i palili. Gdzie? Cz. III

   Dziś będzie o knajpie mojego dzieciństwa. Zestawienie słów "knajpa" i "dzieciństwo" brzmi okropnie, ale po pierwsze - z dzisiejszej perspektywy widzę siebie tamtą kompletnym dzieckiem, po drugie - chodziłam do knajp i to jest fakt. Piętnastolatki po lekcjach, albo czasem i w trakcie, pijące fusiastą kawę i zagryzające kwaśnymi snackami o smaku pizzy. Siedzące w piwnicznej izbie, na czarnych miękkich fotelach lub kanapach. Uważające się, a jakże, za bardzo dorosłe.

Nora zajmowała piwnicę pałacu biskupiego.
Wieczorami okienka "jarzyły" się, lub nie i stąd wiadomo
było, czy jest czynna.
 Początki Nory, które ja pamiętam, to absolutnie nietypowy pomysł stworzenia kawiarni "państwowej", podlegającej pod Miejsko-Gminny Ośrodek Kultury. Pamiętam trwającą kilka dni i nocy decydującą fazę przed otwarciem tego lokalu. Miałam wtedy okazję tam być i obserwować powstawanie chyba najciekawszego elementu wystroju. Były to fantastyczne freski w damskiej i męskiej toalecie. Rzecz bez precedensu, przygotowana i zrealizowana przez panią Ulę, plastyczkę. Całe ściany pomieszczeń były pokryte figurami modeli (w męskim WC) i modelek (w żeńskim), prezentujących typową modę przełomu lat 80. i 90., czyli kimonowe płaszcze i bluzy, spodnie typu "marchewki" oraz fryzury typu "enerdowski piłkarz" (niektórzy modele byli w stetsonach na głowach). Część z tych dekoracji istniała tak naprawdę jeszcze przed którymś z ostatnich remontów toalet. Dziś mogę sobie tylko pluć w brodę, że o czasie nie zrobiłam im ani jednego zdjęcia.

  W każdym razie wtedy to wszystko było absolutną nowością. W tym mniej-więcej czasie raczej nie było lokali, które tłumnie odwiedzałaby młodzież. "Bajka" była zamknięta na głucho i ruszyła nieco później. Podobnie snackbar, działający na ul. Zawadzkiego, w pomieszczeniu zajętym dziś przez Top-Market vel Groszek. Kawiarnia "Pod gruszą" raczej istniała, lecz chyba też nieco później.

Żywy dowód na istnienie. W którymś
momencie był tu napis Nora, niestety
nie pamiętam w jakiej formie. Możliwe,
że tablicy na ścianie.
  Do restauracji szanujący się nastolatek raczej nie chadzał, bo była zarezerwowana dla panów z teczkami. Jaki to był czas? Niedługo wcześniej pojawiło się takie zjawisko, jak fast foody. Ktoś gdzieś, na wycieczce w górach posmakował jakiejś bułki pszennej z wydrążonym środkiem, wypełnionej sosem z pieczarek. Ale w Sejnach takich kulinarnych inicjatyw wtedy nie było. Były pierwsze chrupki, produkowane gdzieś w Polsce przez prywaciarzy. Do tamtej chwili słowo 'chrupki' oznaczało tylko i wyłącznie produkowane państwowo i pakowane w worki z białej folii kukurydziane pałki, dziś dawane niemowlętom jako przekąska. Słowem tym można było ewentualnie nazwać równie rzadko spotykane w sklepach płatki kukurydziane (też w białej, nieprzezroczystej folii z rozmazanymi napisami).
To nowe, kapitalistyczne oblicze chrupek to były obłędnie jadące spalonym olejem prażynki. Tłuste i słone, pakowane po kilkanaście sztuk do przezroczystych torebek. Na zachętę producent dodawał do tego bonus - karteczkę wielkości banknotu z wizerunkiem zespołów muzycznych, będących wówczas "na czasie". Karteczki nie były kolorowe w dzisiejszym rozumieniu. Z oszczędności były albo zielone, albo rdzawo-brązowe, był na nich Limahl, sam lub z Kajagoogoo, CC Catch, Samantha Fox lub Sabrina. Rzadziej kartki były zadrukowane zielonym wizerunkiem dolara. Oczywiście po konsumpcji śmierdzący tłuszczem bonus lądował wklejony w odpowiednim zeszycie. W tamtym czasie nastolatki miały takie obowiązkowo. Zawierały zdjęcia gwiazdorów wycięte z czasopism, spisane dowcipy, teksty harcerskich piosenek, miłosne wróżby itp.

  Gdzie kupowało się te pierwsze chrupki z prawdziwego zdarzenia, czyli snacki (nowe słowo dołączyło do wcześniej poznanego "gratisa", stosowanego przez lodziarza, pana R., mającego swój punkt w werandzie domu przy ul. Ogrodowej, dziś tą werandą wchodzi się do salonu fryzjerskiego i gabinetu manicure)? Najczęściej w następujących sklepach: ogrodniczym mieszczącym się na ul. Piłsudskiego (dziś kosmetyczny Ewton); prywatnym ogrodniczym nieodżałowanej pani Melanii (mniejsza odnoga Piłsudskiego, dziś jest tam ciuchland Moni), a także w spożywczym przy Piłsudskiego, w którym stała pani K. (dziś sklep "Krysia", czyli Wszystko za x złotych, na wysokości kaplicy św. Agaty). 

Tu, w domku państwa S. działał sklep pani Melanii

   Wracając jednak do Nory - lokal musiał powstać później, w 1990 lub 1991. Wiem to, bo wówczas w handlu były już snacki stojące wyżej w rozwoju. W zadrukowanych kolorowo, srebrzystych w środku opakowaniach, produkowane przez polską firmę "Star Foods" z Tomaszowa Mazowieckiego. Na YT można obejrzeć kompromitującą reklamę z 1991 roku, z czasów kiedy spółka ruszyła z tym smażonym koksem. Ciekawe, że ten rodzaj żywności, o którym dziś w grubych tomach pisze się jako o śmiertelnej pułapce, wtedy reklama bez żenady głosami śpiewających dzieci opisywała jako "tanie i zdrowe, smak i wdzięk".
  Pewnie głupio jest pisać o lokalu dla dorosłych, pomijając kwestie alkoholu, czy innych dopalaczy, a koncentrując się na takich duperelach, jak snacki. Faktem jednak jest, że takie właśnie rzeczy miał wtedy człowiek w głowie. Niesamowite, jak to wygląda inaczej z dzisiejszej dorosłej perspektywy, kiedy do dowolnej knajpy w Sejnach wchodzi się, jak do siebie, po prostu siadając, czy podchodząc do baru. Wtedy miało się szczęście, jeśli w progu ktoś z dorosłych nie zapytał: A ty gdzie? i jeśli udało się wejść dalej, niż poza korytarz.

  O wiele łatwiej było w tygodniu, w zwykłe popołudnia. To właśnie wtedy, w pustawej Norze raczyłyśmy się z koleżanką kawą-plujką pod pizzowe snacki Star Foods. Wejście do lokalu w weekendowe wieczory - to dopiero było wielkie przeżycie. Za drzwiami, wówczas jeszcze starego typu, z wstawionymi szybkami, można było wejść na lewo, do sali tanecznej, lub na prawo, po schodach, kończących się wymurowaną ścianą, zamykającą zejście z parteru pałacu biskupiego do piwnic. Wzdłuż schodów zamontowano wieszaki, i to ciemne miejsce robiło za szatnię, a także - nie ukrywajmy - całowalnię. Korytarz dalej prowadził do sali barowej, a po drodze na prawo skręcało się do toalet. Vis a vis wejścia do nich stały czarne skórzane fotele i przyznaję, że często to miejsce było wystarczająco satysfakcjonujące dla smarkul naszego pokroju. Dlaczego? Bo wejście dalej, do sal zajętych przez dorosłych wymagał zebrania się w sobie. Mnie osobiście np. odwagi wystarczało, żeby wejść do środka, ale już "na salony" można było tylko z koleżanką. Koniecznie u boku, koniecznie dotykając się łokciami dla kurażu. Dzisiaj też obserwuję takie zachowania u nastolatek, ale tylko mnie drażnią, bo najczęściej kurczowe trzymanie się bok-do-boku kilku dziewcząt jest równoznaczne z tarasowaniem przez nie całej szerokości chodników lub ulic. Ale nie będę kłamać, że jest mi to obce, bo nie jest.


Drzwi wejściowe były wtedy inne, dwuskrzydłowe, filongowe,
z szybkami.

  Salony to tak naprawdę trzy piwniczne pomieszczenia w szeregu. Pierwsze z barem, drugie z okienkiem w ścianie, w którym za drzwiczkami stał sprzęt grający i trzecie, najbardziej oddalone od centrum dowodzenia, w którym siedziało często najbardziej szemrane towarzystwo. Z tego miejsca półokrągłe przejście prowadziło do sali tanecznej, a z niej do korytarza wejściowego, w sumie więc można było chodzić po lokalu w kółko. To wbrew pozorom miało swoje znaczenie. Otóż w państwowym lokalu raz, czy dwa w tygodniu rządził klub seniora pod wodzą bardzo energicznej sejneńskiej arystokratki, pani Eugenii (nawiasem mówiąc jej wnuczka była ostatnią właścicielką tego klubu przed jego definitywnym zamknięciem). Najczęściej w te dni rezydowało tam kilku panów grających w szachy, w tym niezapomniany pan S. (zdaje się, że strażak-ochotnik-emeryt), tubalnym głosem komentujący swoje ruchy na szachownicy. Pani Eugenia, jeśli była, źle znosiła najazdy małolatów na klub i żądała opuszczenia przybytku. No, więc opuszczało się go w ten sposób, że z korytarza skręcało się do sali tanecznej i wracało po cichu do ostatniego pomieszczenia. Czasem takie ganianki powtarzały się kilka razy w ciągu jednego popołudnia.   

W dni nie-budne, tj. w weekendy Nora obfitowała w wiele pól do obserwacji. Stanowisko naprzeciwko toalet na ten przykład. Trzeba tam było być, kiedy opuściwszy je jedna z najładniejszych i najpopularniejszych dziewczyn w Sejnach nie sprawdziła stanu swojej garderoby i z korytarza energicznie weszła do sali barowej, mając spódnicę z tyłu zadartą i wsadzoną za gumę od majtek. Jeszcze się wtedy nie miało w sobie tyle obywatelskiej świadomości, żeby starszą o jakieś 5-6 lat koleżankę powstrzymać, czy jakoś ostrzec.
Te początki samorządowej Nory były, zdaje się, grzeczniejsze. Potem lokal zaczął zmieniać właścicieli na w stu procentach prywatnych i - zdaje się - zmieniał nawet nazwy na Nora II, czy III. Z tego pocztu patronów ja pamiętam co najmniej trzech. Pamiętam, jak serwowali pizzę, wychodząc w białych fartuchach z gigantycznego zaplecza, jak improwizowali seanse filmowe z użyciem telewizora zawieszonego pod sufitem oraz super-modnego wtedy odtwarzacza video. Filmy? Raczej strzelanki klasy C, może jakiś Rambo. Jakieś komedie amerykańskie i przeżyty szok, kiedy jeden z sejneńskich badboy'ów zakończył atak rechotu upadkiem z fotela na podłogę i zupełnie serio napadem alkoholowej padaczki, powstrzymanej przez patrona w fartuchu za pomocą jakichś kropli z brązowej buteleczki.
Tak, nie zawsze było do śmiechu, bywało też i do strachu, bo czasy były niepewne, w lokalach strzelano do siebie i graniczne konflikty nieraz rozstrzygano między sobą przy kawiarnianych stolikach. A dziś co? Można wspomnieć, że spośród kilku kolejnych właścicieli Nory dwóch od dawna nie żyje. Bez związku ze strzelaninami, na szczęście. Spośród klienteli, wówczas bardzo młodej, też nie wszyscy dziś są z nami (ten od ataku padaczki również).

  Pamiętam też z Nory momenty wzniosłe. W niewyjaśniony dla mnie sposób pokolenie o kilka lat starszych ode mnie kolegów na zawsze i na amen wpadło w sidła zespołu U2. To owszem, były czasy, kiedy każdy z nas w większym czy mniejszym stopniu nasiąkał new wave'em, ale trudno byłoby o tej grupce powiedzieć, że to fani konkretnego typu muzyki. To byli zaprzysięgli niewolnicy Bono i U2. Może nie bez wpływu na ten stan miało żywe zainteresowanie zespołu tzw. krajami bloku komunistycznego i poświęcanie im utworów. A może szło o klimat. Dość, że wśród młodych sejnian zdarzali się absolutnie wyróżniający się właściciele kucyków a la wokalista U2, Bono Vox. No i co z tego, powie zwolennik Korwina, młodzieniec z roczników urodzenia 90.? Ano to, że w szkołach średnich za takie ozdoby można było nie tylko zostać w tej samej klasie, ale i stracić część włosów wskutek działania nauczycielskiej ręki, nawijającej nieszczęsny symbol niezależności na dłoń i ciągnącej aż do wystąpienia trzasku. Widziałam takie sceny, to wiem. Dziś właścicieli tych kucyków być może mijacie na ulicy. Ten ma posturę, jak Ferdek Kiepski i zasiada na urzędzie, drapiąc się w łysinę. A tamten, wierny swoim norowym ideałom wciąż nosi koński ogon a la Bono. Z tym, że już od dawna nie przypomina gwiazdora tamtych lat, Billy Idola o błękitnym, przenikającym wskroś wejrzeniu. Gdzie są chłopcy z tamtych lat? Zbyt wielu z nich utopiło się w alkoholu. Ale wtedy jeszcze o coś im chodziło. I pamiętam te wzniosłe chwile, kiedy ten czy ów właściciel łaskawie włączał na sprzęcie grającym "New year's day", "In the name of love", "I still have'nt found...", albo "With or without you" i oni chwytając się za bary krążyli po sali tanecznej, śpiewając w rytuale swojej chłopcowatości. Dziwne, ale dziś to nie słuchanie hitów italo disco z dyskotek w "jedynce" pod lasem, a właśnie U2 pomaga mi teleportować się pamięcią do czasu, kiedy miałam mało lat. 

5 lut 2014

Drżący lis


 Od kiedy pamiętam, kutą bramę prowadzącą na tyły pałacu biskupiego zdobi lis. Być może z założenia miał to być tur z herbu Sejn, ale długi nos i brak rogów (albo uszu) powoduje, że w moich oczach raczej go nie przypomina.


 Z lisem związana jest następująca historia. Około 2004 roku północno-wschodnią Polskę nawiedziło trzęsienie ziemi. Epicentrum było w obwodzie kaliningradzkim, ale i do nas miały dotrzeć wstrząsy, przed czym odpowiednio wcześniej przestrzegały media. Wskazanego przez nie wrześniowego dnia wybrałam się do miasta załatwić kilka spraw, a przy okazji (być może) odczuć to sensacyjne trzęsienie, w które tak naprawdę trudno było mi uwierzyć.
Stanęłam w kolejce do pocztowego okienka. Przede mną i za mną stało kilka osób. Bezmyślnie błądziłam wzrokiem po wystawionych za plecami urzędniczek czasopismach i drobiazgach. Potem patrzyłam przez rozsunięte żaluzje za okno, gdzie było widać nieco pod kątem ten właśnie bramny panel z lisem. Nagle panel zaczął drżeć i wyginać się do przodu i do tyłu, jak cięciwa łuku po wypuszczeniu strzały. Jednocześnie poczułam fizyczne mdłości i dziwne zmieszanie zmysłów, jakby góra i dół pozamieniały się ze sobą.
- Zaczęło się! Zaczęło! - wrzasnęłam na cały głos w euforii. Pierwszy raz przeżywamy właśnie trzęsienie ziemi w Sejnach, powinniśmy chyba z ludźmi z kolejki podać sobie ręce, albo przynajmniej skomentować to, co się właśnie stało, pocieszyć, że to już wszystko, a my jesteśmy cali i zdrowi. Ale nic z tego, stojący w kolejce patrzyli na mnie ze zdziwieniem i niechęcią.
- Nie oglądali państwo wiadomości? Właśnie zatrzęsła się ziemia - spróbowałam jeszcze, ale na próżno. Wszyscy unikali mojego wzroku.
Trzęsienie miało siłę około pięciu stopni w skali Richtera. W Sejnach niejeden budynek nabawił się dzięki niemu nowych rys, w tym np. biurowiec Spółdzielni Mieszkaniowej. Ale co mi przyszło z tej wiedzy, skoro tak historycznej chwili nie miałam z kim dzielić? Do dziś zastanawiam się, jak kolejkowicze wytłumaczyli sobie moje zachowanie. Durna i tyle.

6 sty 2014

Dary i szczeniary


  Kiedyś lekcje religii odbywały się nie w szkołach a w salce katechetycznej, w amfiladzie sal sąsiadujących z zakrystią sejneńskiego kościoła. Zdarzało się, że w planie lekcji religia wypadała w połowie zajęć, trzeba więc było od pierwszej klasy biegać spod lasu do klasztoru i z powrotem. Najlepiej w zwartej grupie, bo nauczyciele nie znosili maruderów, spóźniających się na lekcje, gdy ich koledzy i koleżanki w czas i w porę zdążyli dobiec na początek zajęć.

W takich ławkach siedziało się na religii w salce katechetycznej
 

  Młodsze roczniki uczyła religii siostra katechetka ze zgromadzenia Franciszkanek Rodziny Maryi, starsze - zdaje się - ksiądz. Wieloletnią uwielbianą przez dzieci katechetką była siostra Teresa. Wybrańcy mogli odwiedzać ją w domu zgromadzenia przy ulicy Mickiewicza, a po jej przeprowadzce pod Warszawę korespondować z nią listownie. Z jednorazowej wizyty u siostry Teresy pamiętam, że otworzyła nam gospodyni, dziś znana sąsiadom z bloku z ekscesów, hodowli psów i awantur. Wtedy otworzyła drzwi i zawołała w głąb domu: siostro Teresko, owieczki przyszły do siostry!
Cała rozmowa z naszej strony polegała na kiwaniu głowami na tak i na nie, nie da się bowiem ukryć, że nie miałyśmy pojęcia, jak się rozmawia z osobami duchownymi. Po co więc ta wizyta? Bo z opowieści stałych bywalczyń domu wiedziało się, że siostry mają dary! Po Sejnach krążyły legendy o tym, jakie ubrania z darów dostała ta czy owa. Słyszało się nawet o kożuszkach czy futerkach, ba! Dżinsach!

  Może dziś powinnam wstydzić się tamtej interesowności, ale cóż. Nie pamiętam, żeby wtedy ktokolwiek chodził do sióstr z potrzeby duszy. A zachodnie ubrania podnosiły człowieka o kilka szczebli w szkolnej hierarchii, na której szczycie byli ci, co mieli dary w domu, bo ich rodzice nie mieli skrupułów, by osobiście pisać do Niemców po pomoc materialną. Chciało się do tego świata należeć, oj chciało. Dodam, że np. adres firmy Lego był w szkole przedmiotem handlu, a jego posiadacze szczęściarzami nie z tej ziemi. Po napisaniu nań listu ("Droga firmo Lego! Piszę do Ciebie,bo...") i podaniu swojego adresu otrzymywało się kopertę z katalogiem klocków, plan lekcji i zestaw naklejek na zeszyty. Boże, jak to pachniało, jakie miało kolory! Katalog był rwany na części, zdjęcia klocków i zabawek Duplo wycinane skrupulatnie nożyczkami i gumą arabską nalepiane na okładki zeszytów, stanowiąc odtąd jedyną ozdobę szarej tektury z przemiału. Kopertę przechowywało się ku podziwieniu własnemu i potomnych, aby jeszcze przyszłe pokolenia mogły się dowiedzieć, że firma Lego nie pisze adresów długopisem na kopercie, tylko drukuje na nalepkach, na gładkim jak jedwab papierze, a dopiero te nalepki umieszcza na kopertach. Ech, Zachodzie...

   Ponieważ moim marzeniem był haftowany kolorową nicią kożuch, byłam gotowa znieść piekielne męki rozmowy z zakonną siostrą, byle go dostać. Nic takiego nie nastąpiło ani podczas tej wizyty, ani później. Druga próba miała miejsce w szkolnych okolicznościach. Na przerwie przed ostatnią lekcją wśród dziewczyn padł pomysł, żeby zajść po drodze do sióstr po dary. Zebrała się spora grupka chętnych, ale już w drodze odpadały po dwie, po trzy, w końcu pod dom zgromadzenia dotarłam ja i koleżanka z klasy. Jeszcze w drodze dodawałyśmy sobie animuszu, podgadując: "może dostanę kożuszek z wyszywaniami" (ja), "nie mam majteczek, siostry muszą mi dać jakieś majteczki" (koleżanka). Z duszami na ramieniu weszłyśmy w otwartą bramę. Gorącem wstydu przejmowała mnie myśl, że trzeba będzie się jakoś zaanonsować, a w domu pomysł żebrania o dary zawsze był potępiany. Brrrr... Aż tu nagle drzwi domu zakonnego otworzyły się i ze środka wyszły dwie dwójary!

  Nie da się oddać grozy, jaką uczennice jedynki pod lasem przejmowały postacie uczennic szkoły podstawowej nr 2, usytuowanej na osiedlu w centrum Sejn. Wiedziało się, że są to wyszczekane wydry, mają pomalowane pazury, biją się jak mało kto. Nic zresztą dziwnego, w piwnicy ich szkoły był basen, a one same były z miasta, z samego miasta, nie z gminy, czy z wiejskich obrzeży, gdzie krowy i rowy. Najgroźniejsza była R., starsza od nas drugo- trzecioklasistek, i to właśnie ona wyszła z drzwi wraz z inną dziewczyną. Obie dzierżyły reklamówki z napisem "Spar". Co to jest, nie wiem do dziś, ale wtedy torby te były symbolem dostępu do darów i z daleka dawały znać, że ich właściciele mają związek z mitycznymi Niemcami, a przynajmniej z towarami tam produkowanymi.
Wtedy zerwałyśmy się z koleżanką do szaleńczego biegu, w przekonaniu, że ratujemy swoje życie. Było się czego bać, naszą wspólną koleżankę R. z bandą zaatakowała kiedyś w drodze ze szkoły do domu. Wrzeszcząc "szczeniaro" porwały jej tornister i ukradły pozbierane po drodze kasztany.
Kiedy wreszcie zatrzymałyśmy się, zaczęłyśmy się nawzajem pocieszać, że trudno, siostry i tak nie dałyby nam darów, skoro R. i ta druga były przed nami czyli "przepierwszyły" nas.
Tak czy siak, widok R. i drugiej krwiożerczej dwójary podziałał na mnie leczniczo. Więcej po dary nie wyciągałam ręki. Chyba, że po te dystrybuowane przez szkołę. Raz były to płatki owsiane, zapakowane w kolorowe pudełko. Kilka razy solone masło, bardzo zresztą smaczne. Raz było to coś do ubrania...

  Pamiętam z domu wskazówki (bo już kilka dni przed rozdawaniem darów wszyscy wiedzieli o tym i w podnieceniu na to czekali), żeby koniecznie brać kurtkę, albo buty, tj. najtrudniej zdobywalne rzeczy. Niestety, kiedy wystałam swoje w kolejce do kancelarii, gdzie dary przydzielano i kiedy zobaczyłam stertę ubrań na podłodze, okazało się, że pani dyrektor osobiście wręcza po jednej sztuce ze stosu. Wcisnęła mi do ręki coś jakby stylonowe rajstopy bez stóp, wyszłam na korytarz i dopiero tu okazało się, że mają one otwór na wysokości dolnej części brzucha. Były to kalesony chłopięce. Koleżanki o większym szczęściu radziły zwrócić je pani dyrektor. Spróbowałam tego manewru, ale na nic. Ostrym głosem rusycystka powiedziała, żeby nie wybrzydzać. Drugi ochrzan zebrałam w domu.
Jeśli chodzi o R., czasami spotykam ją w sklepach i nadziwić się nie mogę tamtemu dawnemu uczuciu grozy. Beneficjentka pomocy społecznej, chyba nadużywająca alkoholu, ani się pewnie domyśla, że kiedyś drżały przed nią dzieci ze zbiorczej szkoły gminnej.

14 sty 2012

Jedli, pili i palili. Gdzie? Cz. II

Nie byłoby potrzeby wracać do pierwszego posta, gdyby nie czysty przypadek. W sklepie do dziś kojarzonym jako "Bajka" (chociaż neon "Bajka" dawno zniknął pod styropianem i 'strukturą') właśnie zaczął się remont. W związku z tym regały sklepowe odjechały w siną dal i oczom ludzkim ukazały się ściany, kilka lat temu prowizorycznie skuwane i wygładzane. Na szczęście prowizorycznie, bo dzięki temu ocalała niewielka część dekoracji ściennych, wykonanych przez Jerzego Srzednickiego dla dawnej kawiarni Luna/Bajka. Niby nic specjalnego nie widać, ale fragmenty dają pojęcie o tym, jaka była kolorystyka glinianego reliefu autorstwa mistrza Jerzego.

Tu widać kolory i linie. Z tego co pamiętam, to była jak gdyby rola, pole podzielone na skiby


Pole było tłem dla jelenia


Tu na żółtym obecnie polu znajdował się wspaniały rogacz, a nad nim płaskorzeźba słońca

"Ziemia" z glinianych buł, przylepionych do ściany

Ściana za dawnym barem/bufetem. Nie pamiętam, czy to były kwiaty, czy pióra?
Podziękowania dla właściciela sklepu K. D. za zgodę na fotografowanie

18 mar 2011

Karuzela

Na przełomie lat 70. i 80. sejneńskie osiedle liczyło co najmniej kilka bloków. Pamiętam świeżo zasiedlony blok przy ulicy Wojska Polskiego 15, do którego można  było się dostać, przekraczając bagienko przykryte belkami i płytami chodnikowymi.
Wyprawy na osiedle były dla mnie rzadkością, niedzielną eskapadą za rzekę, najczęściej na obiad do zaprzyjaźnionej rodziny. Droga z reguły prowadziła ulicą Emilii Plater, obok sklepu mleczarskiego (zawsze atrakcyjny, na szybach były niebieskie malowidła, co za cymes w czasach szarości!) i małego, zgarbionego domku z szyldem krawca (?) w oknie. Dziś w miejscu tego domku jest parking u zbiegu Emilii Plater i Parkowej. Dalej z prawej białootynkowany dom na wysokim fundamencie i ogród Pietruszkiewiczów. Zaraz zaczynało się osiedle, nieco zryta połać brunatnej ziemi z kilkoma ceglanymi "wieżowcami" i tym, co najbardziej atrakcyjne dla dziecięcego oka - huśtawkami i karuzelami.

Inne wyprawy na osiedle miały za cel pierwszy z rzędu trzech bloków na ulicy Konarskiego, gdzie mieszkała ciocia. W trakcie spacerów okołowizytowych w oko wpadło mi miejsce przed środkowym blokiem: betonowa platforma miała okrągły kształt, na wierzchu były kolorowo pomalowane barierki. Dopytywałam się, czy to jest karuzela - barierki były zrobione z takich samych rur, jak konstrukcje huśtawek na osiedlu. No i ten kolor, taka sama olejna farba, chyba żółta. Dorośli próbowali rozwiać moją pewność: to miało być duże blokowe szambo, a barierki zostały postawione, żeby "dzieci nie wchodziły na to, bo się zawali i wpadnie się do środka". Dla mnie argumentacja była mało przekonująca. W środku musiał być mechanizm, który napędza betonowe koło do kręcenia, a barierek należy się trzymać, żeby nie spaść. Na osiedlu nie takie cuda mają, jedna karuzela więcej, jedna mniej...
Barierek od dawna nie ma. Do dziś nie wiem, co to takiego jest.
Załóżmy więc, że stara karuzela.

22 wrz 2010

Jedli, pili i palili. Gdzie? cz. I



Kiedy eksplorujemy po nocach nasze „trzy na krzyż” sejneńskie knajpy, nie myślimy o clubbingu sprzed 20, 30 i więcej lat. A przecież kiedyś też szukano zapomnienia i rozrywki w tzw. lokalach. Co ciekawe, wtedy przemysł gastronomiczny nie szedł, jak obecnie, po najmniejszej linii oporu i dbał o klienta na całego, karmiąc, pojąc i estetycznie gładząc po główce. Choćby tym klientem był tylko robotnik z teczką, sumiennie przepijający wypłatę, zarobioną, jak to się wtedy mówiło – w zakładzie pracy.

Młodzież gromadzi się na murku pod dzisiejszymi "Delikatesami"
lata 60. Fot. Jan Lupo

Sejny nocą przed 20-30 laty mogły budzić optymizm. Nie było to upadające miasteczko z gasnącymi w porze najlepszej zabawy latarniami. Sejny nocą świeciły i to na kolorowo. Potentatem w zakresie wykorzystywania światła do celów promocyjnych była Gminna Spółdzielnia „Samopomoc  Chłopska”.
Potentatem, rzecz jasna, jest i dziś, ale w dziedzinie chleba powszedniego i do niego wędliny. Wówczas jej sklepy i lokale stały neonem! Może nie były to neony na miarę Broadway'u, ale trzeba pamiętać, że w latach 70. w Warszawie świeciły takie instytucje, jak np. „Spółdzielnia Inwalidów”, a dziś wśród warszawian odżywa tęsknota za nimi. Myśmy też mieli neony na swoją miarę i jest za czym tęsknić. 
Dzisiaj kogo stać, jada w restauracjach, a kogo nie, progu takiego przybytku nie przekroczy. Jak się już rzekło, wtedy czasy były inne. Polska Rzeczpospolita Ludowa była państwem socjalistycznym i co za tym idzie, socjalnym. Każdy miał „knajpę” na swoją miarę i na możliwości swojej kieszeni.

Czas wymienić to bogactwo z imienia...

Gastrofazę można było zaspokoić w dwóch lokalach, obu należących do Gminnej Spółdzielni „Samopomoc Chłopska”. Pierwszy z nich – Restauracja „Skarpa” miał nieco skromniejszą bryłę architektoniczną, niż dziś. Za to przypominał podłużną witryną dzisiejszy budynek tzw. Delikatesów. W pierwszej, większej sali podawano kawę, a atmosfera była iście klubowa – popielniczki na każdym stoliku, swojski dymek ze „Sportów”, „Irysów” i „Klubowych” snuł się w powietrzu.


Zdjęcie z II tomu "Materiałów do dziejów Ziemi Sejneńskiej". Ach, te ziarno, typowe dla
wydawnictw z lat 50-60. Na zdjęciu widać neony "Hotel", "Restauracja Skarpa", a po lewej u góry "kłosek" - logo GS SCh. Przed witryną syrenka, obok łada lub fiat 125 p :)



Pocztówka "ruchowska". Neony, jak na dłoni. I te auta
gości (?) :)



Sala w głębi (która dziś jest pomieszczeniem dla palaczy) była rdzeniem tego przybytku. Na stolikach obrusy i firmowa zastawa „GS” z zielonym logo. W kącie bufet z podświetloną witrynką, w której można było zobaczyć zakąski z karty – różne śledziki z cebulką, galarety itp. Bufetowa pani Lena, piękna brunetka z opaską z białej koronki na włosach odbierała zamówienia także przy stolikach. Mnie było dane tam zjeść zupę owocową z makaronem typu gwiazdki. Jakim napawał mnie zachwytem, zrozumieć może tylko ten, kto pamięta, że takiego makaronu nie można było kupić w sklepach i że w czasach PRL wszystko było uproszczone, siermiężne, byle jakie. Tłoczenie makaronu w tak wyrafinowany, atrakcyjny dla dziecięcych oczu kształt wydawało się niewyobrażalnie luksusowe. 
Paczka "Popularnych"
(humor.ranek.pl)


Dodam, że zupa podana była także w firmowym talerzu z logo „GS”. Mały fragment tej królewskiej zastawy stał się moją własnością w czasach mojej pracy w Gminnej Spółdzielni. Podziękować za to muszę koleżankom z biura, paniom Marysi i Krystynie. Muszę też wyjaśnić, że zastawa z geesowskich lokali miała podwójne życie. Otóż w PRL niczego nie było pod dostatkiem, a najczęściej nie było nic w ogóle. Talerzy i sztućców nie szło kupić, ot tak sobie, w sklepach. Dlatego konsumpcja w eleganckiej restauracji kończyła się często zgarnianiem ze stołu a to łyżki, a to spodeczka. Tym sposobem po dziś dzień w wielu sejneńskich domach można te artefakty znaleźć. Spieszę wyjaśnić, że pani Marysia i pani Krysia doszły do posiadania tych skarbów w bardziej legalny sposób. Kiedy GS zamykał knajpy, pracownicy mogli za grosze wykupić wyposażenie i takim to sposobem moje starsze koleżanki zdobyły ceramikę z zielonym logo.


Zielone logo to leitmotiv ówczesnych sejneńskich ulic. Jak już się rzekło, zielonym stylizowanym kłoskiem świeciła w nocy Restauracja „Skarpa”, świeciły też inne „geesu” przybytki.



"Kłosek" - logo GS

W XIX-wiecznej kamienicy, miejscu, gdzie dziś prosperuje sklep rodziny Żytkowskich, do połowy lat 80. działała kawiarnia/jadłodajnia „GS”. Lokal we wczesnym okresie był kawiarnią (zastępował zamkniętą na czas remontu „Bajkę” - ale o tym niżej). W mojej pamięci zapisał się jako Jadłodajnia, tańsza wersja Restauracji „Skarpa”. Tutaj obyło się bez neonów, przeznaczenie lokalu wyjaśniał prosty szyld nad drzwiami ze znaczkiem skrzyżowanej łyżki i widelca, wszystko więc było jasne. Najtańsze obiady w Sejnach serwowano z okienek w ścianie (które schowane za regałami sklepowymi istnieją do dziś), jedzono je na tzw. klubowych stolikach. Były to niewielkie stoliki z kwadratowymi blatami z płyty, pod blatami miały zaś plecionkę z kabelków, na którą można było odłożyć np. gazetę, grę planszową. Stąd nazwa „stoliki klubowe” i powszechna ich obecność w wiejskich świetlicach, klubach i kawiarniach.
Wracając do „Jadłodajni”, nie pamiętam, czy używano tam obrusów, w każdym razie zastawa na pewno była skromniejsza, w grę wchodziły aluminiowe sztućce i porcelitowe kubki. Trzeba dodać, że zakłady pracy, pełniąc swą opiekuńczą funkcję wobec pracowników, fundowały im i ich rodzinom bony obiadowe. Takie bony w Sejnach realizowało się w lokalach gastronomicznych „GS”, zarówno w „Skarpie” jak i „Jadłodajni”.
Tyle o jedzeniu, ale przecież nie obowiązywała prohibicja i o alkoholu też należy wspomnieć. Ze swoich kilku pobytów w obu knajpach zapamiętałam barowe ćmy, nieświeżych panów z teczką, siedzących bez końca nad szkłem i popielniczką i w niewybrednych słowach sławiących urodę obsługujących kobiet. To były jednak widoki trochę przejmujące mnie grozą (swojego ojca widziałam pijanego raz w życiu, nie byłam przyzwyczajona) i starałam się omijać te osoby wzrokiem. 

Nie jadło się, lecz piło i godzinami siedziało nad popielniczką w słynnej, legendarnej w epoce Beatlesów Kawiarni „Bajka” (dziś jest tam sklep spożywczy nazywany potocznie „Bajką”). Powstała ona jako Kawiarnia „Luna” i pod tą nazwą funkcjonowała w latach 60. Czy świeciła w nocy? A jakże, front budynku zdobiły cztery płaskie litery z zamontowanymi z tyłu żarówkami. 
W „Lunie” moi rodzice spotykali się na koniaku lub wódce, tutaj siedziano pod parasolami na zewnętrznym tarasie, który do dziś istnieje.

Kawiarnia "Luna" (dziś sklep "Bajka"), pewnie jakoś na przełomie lat 60. i 70.
Fot. Jan Lupo



Kawiarnia "Luna" - widok z wnętrza na taras, czyli dzisiejszy
murek pod sklepem "Bajka". Fot. Jan Lupo

 Na przełomie lat 70. i 80. ktoś z geesowskiej góry podjął decyzję o remoncie „Luny”. Podobno decyzja była słuszna, bo od nieodłącznych „fajek” gości ściany i sufit były najzwyczajniej czarne. Remont trwał długo, na ten czas młodzież sejneńska przeniosła się do pra- Jadłodajni, tam sobie czyniąc gniazdo.

1-majowy pochód ulicami Sejn, lata 80. Widać neon GS SCh oraz napisy "Bar Restauracja" i "Bajka". Fot. z kroniki szkolnej ZS CKR w Sejnach
Po otwarciu „Luna” stała się „Bajką”. Świadczył o tym fantazyjny napis z – a jakże – neonowych rurek, umieszczony na ścianie. Napis, nie działający od lat został zakryty styropianem dopiero w tym roku. Ostatni sejneński neon przestał istnieć...

Wnętrze „Bajki” po remoncie zaskoczyło bywalców: zamiast pobielonych ścian brązowe boazerie, na ścianie na wprost wejścia niesamowite dzieło: ogromna płaskorzeźba z gliny przedstawiająca krajobraz o wschodzie słońca. Drzewa, krzewy, tarcza słoneczna nad horyzontem i wspaniały król puszczy – jeleń w centrum. Całość była dziełem Jerzego Srzednickiego, artysty plastyka, starego sejnianina z urodzenia i umiłowania, który w latach 80. zamieszkał w Smolanach, nie mogąc znieść zmian jakie zaszły w jego mieście – burzenia drewnianej architektury, budowania kloców z betonu.

Wtedy oczywiście Srzednicki był młody i w sile mocy twórczej. Dla „Bajki” zaprojektował specjalnie drewniane zydelki do siedzenia, wykonane później przez stolarza. Taką właśnie „Bajkę” pamiętam. W niedzielę, po kościele ojciec raz czy dwa wstąpił tam ze mną i siostrą na oranżadę. Pamiętam białe obrusy, koronkowe opaski kelnerek, kartonikowe ceny, wsunięte pod ustawione na lustrzanych półkach butelki. I oczywiście jelenia, który musiał powalać w czasach, kiedy nawet papierek po mydle był atrakcyjnym, bo kolorowym przedmiotem do zabawy. Wszechobecna szarość PRL – łatwo o niej zapomnieć w kolorowych czasach.

Wracając do sejneńskich neonów: nie tylko lokale były w ten sposób oświetlone nocą. Trzeba tu wymienić dwa sklepy, które również wyróżniały się w ten sposób. Pozostając w kręgu GS jako pierwszy wymienię Wiejski Dom Towarowy (WDT) przy ówczesnej ulicy Armii Czerwonej – dziś Piłsudskiego. Centrum handlowe sprzed 30 lat miało okazałe zielone neony na froncie.

Dawny Wiejski Dom Towarowy. Widać wyraźne ślady po zdemontowanym neonie "WDT",
przy rynnie po lewej pionowy ślad po zdjętym neonowym "kłosku" - logu GS "SCh"
W środku miało jeszcze większe, z dzisiejszego punktu widzenia, kurioza. Pamiętam wielkie lastrykowe powierzchnie podłogi, na nich zaś nieliczne obiekty pożądania np. pralka „Frania”, wirówka elektryczna, wszystko opatrzone kartonikiem „Tylko dla MM”. To był towar tylko dla Młodych Małżeństw i żeby móc kupić te wspaniałe ulepszacze życia, trzeba było przyjść z zaświadczeniem z Urzędu Stanu Cywilnego, że się czas jakiś określony temu wzięło ślub.
Pamiętam siebie w kolejce po pluszowy materiał zasłonowy w kolorze żółtawo- brązowym, rzucony na stoisko tekstylne (po lewej od wejścia). To była kolejka w rozumieniu ówczesnym, czyli cały parter (można go obejrzeć, jest tam dziś sklep RTV/AGD „Asta”) włącznie z częścią obuwniczą (na prawo od wejścia) był wypchany ludźmi, którzy co kilka godzin zmieniali się z członkami rodziny, znajomymi. Siostra i ja zmieniłyśmy naszą matkę i pamiętam swoje dylematy kilkulatki pod hasłem „ciemno się robi, czy zostaniemy tu na noc?” Na szczęście czy materiału zabrakło, czy mama wróciła po paru godzinach, dość, że nie nocowałyśmy w WDT, co tak w ogóle nie było niczym dziwnym i rzadkim w tamtych czasach i w tamtych sklepach.
Stoisko obuwnicze również pamiętam. To był czas, kiedy nie dopasowywało się butów do nóg, tylko odwrotnie – brało się, co rzucili, niezależnie, czy było dobre. Raz chyba uczestniczyłam w święcie zakupów, jako jego podmiot tj. służyłam stopami do mierzenia. Były tam osobliwe taboreciki dla mierzących, pokryte gumą. Czynności były nieprzyjemne, rozpaczliwe pytania mamy „dobre, no powiedz, nie cisną?” i nadzieja w jej głosie, że dobre i że przynajmniej jeden problem odpadnie. Sprzedawczyni (chyba siostra bufetowej Leny ze „Skarpy”) doradzała brać, bo następne nie wiadomo kiedy rzucą. W sumie wciąż odczuwam opłakane skutki noszenia za ciasnych butów w czasach kryzysu. Ale to temat na inną bajkę.

Dlatego tak akcentuję swoją jednorazową obecność przy zakupie butów, bo generalnie obuwie kupowano mi beze mnie i moich stóp. Jak? Ten patent znały wszystkie PRL-owskie matki. Nosiło się stale ze sobą patyczek ścięty z bzu lub leszczyny, dopasowany długością do dziecięcej stopy. Patyczek służył za miarkę, wystarczyło wsunąć go do buta i jeśli pasował z lekkim naddatkiem, to... Łatwo sobie wyobrazić, jakim ułatwieniem to było w sytuacji, gdy wieść o "rzuceniu" butów do sklepu dochodziła kobietę w pracy. Biec do domu po dziecko byłoby niepotrzebną stratą czasu, w tym czasie w sklepie tworzyła się kolejka, komitet kolejkowy, ustawiano rozkładane stołeczki, aby ułatwić sobie kilka dni stania itp. itd. A tak, magiczny patyczek pomagał. Nie do końca jednak, bo mierzenie nim nie uwzględniało "górzystości stopy", jej szerokości itd., stąd bolesne skutki.

Po latach wróciłam do upadającego WDT-u już nie jako klientka, ale jako pracownica GS, członkini komisji inwentaryzacyjnej. W połowie lat 90. resztki towaru sprzedawano na parterze: były jakieś materiały w belach, tasiemki, trochę tanich ubrań. O towarze „spod lady” i tym dla „MM” dawno wszyscy zapomnieli, WDT już nie był wtedy największą galerią handlową Sejneńszczyzny lat 80. Obowiązki pisarza komisji upoważniały mnie do błądzenia po zapleczach. Zobaczyłam tam resztki dawnej potęgi: taboret dla mierzących buty, jakieś ułomki manekinów.
Kilka lat później, po studiach znów wróciłam do pracy w GS. W 2001-2002 roku inspektor pracy nakazał bezwzględnie wyprowadzić biuro Spółdzielni z walącej się XIX-wiecznej kamienicy przy ul. Zawadzkiego. Wybór szefowej padł na WDT – piętro zostało wyremontowane i dostało oddzielne wejście na tyłach budynku. W trakcie przeprowadzki biura miałam okazję zajrzeć na strych (gdzie mieszczą się dwa fantastyczne lokaliki pod mieszkania, niestety do remontu, no i jak wchodzić do mieszkania przez zamknięte nocą biura?) W każdym razie strych był usiany resztkami pozostałości z czasów WDT. Zobaczyłam tam manekiny znane z dzieciństwa, tabliczki „Tylko dla MM”, „Dbaj o swoje miejsce pracy”. Nie wzięłam, choć mogłam. I chciałam, bo tak jak wielu trzydziestolatków odkrywam, że codzienne życie w PRL zaczyna tonąć w niepamięci.

Wracając do neonów: kolejny i chyba już ostatni (w mojej pamięci) sklep ze świecącą reklamą to pawilon ZURiT, czyli Zakładu Usług Radiotechnicznych i Telewizyjnych. Był to państwowy, sieciowy twór, w którym kupowało się radia, telewizory (czarno-białe, oczywiście), gramofony etc. Tam też był serwis naprawczy. Pawilon ZURiT stał dokładnie w miejscu dzisiejszego "Falmedu" przy ul. 1-Maja. Kto wie, czy przychodnia nie stoi nawet na tych samych fundamentach.

Fot. "Materiały do dziejów Ziemi Sejneńskiej". Pawilon ZURiT przy ul. Armii Czerwonej
(później 1-Maja), w tle ulica Lenina (dziś - Parkowa)

W tym sklepie byłam tylko raz, może dwa, słabo go pamiętam. Wiem, że kolejki i "MM" obowiązywały i tutaj. Pamiętam święcący po zmroku neon, ale jego treści już nie. Na zdjęciu widać jedynie "RADIO"