Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lata 80. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lata 80. Pokaż wszystkie posty

16 paź 2020

Praga cz. II Golędzinów

   Mgła opada, a wzrok się wyostrza. Niepojęte rzeczy, znajdowane na golędzinowskim brzegu Wisły, zaczynają się ukazywać we właściwym świetle. I wcale nie tracą na atrakcyjności.

   Schodząc jednak z poezji - co jakiś czas wracam sobie na policyjne osiedle i przylegający do niego teren Wydziału Transportu miejscowej komendy, obejmujący Fort Śliwickiego/Jasińskiego, który na "rympał", bez specjalnego podkładu historycznego zwiedzałam tutaj. Za każdym razem odkrywam nowe zjawiska, które powstały w latach, kiedy w forcie stacjonowały oddziały Zmotoryzowanych Odwodów Milicji Obywatelskiej. Przy okazji jednak załatwiam i inne, bardziej bieżące sprawy.

   Taką sprawą jest tragiczny stan działobitni południowej. To jedna z trzech działobitni tego fortu, szczelnie zagrodzona płytami, ustawionymi przez Zarząd Gospodarki Nieruchomościami - Praga Północ. Ponieważ z poziomu trawnika niewiele widać, na moją prośbę zdjęcie z wyższych pięter policyjnego bloku zrobił pan Marek. Dzięki niemu wiemy (ja, a także nieoceniony radny praski, Grzegorz Walkiewicz, który interpeluje do miasta w tej sprawie), jak się naprawdę rzeczy mają. 

Jak widać - mają się fatalnie

   Sprawa jest w toku, tymczasem można więc przejść do przyjemniejszych zagadnień. Podczas wcześniejszego kręcenia się po było-nie było policyjnym terenie, najpierw oczywiście uległam urokowi potężnych, grubościennych fortecznych budynków - koszar, działobitni, także środkowej, bo tym właśnie okazał się tajemniczy budynek wśród starodrzewu, nad którym rozpływałam się poprzednio. 

   Widziałam też przylegający do dużego parkingu obiekt, z tyłu zasłonięty dużymi tujami. Na pierwszy rzut oka wyglądał na kanał naprawczy, skojarzenie całkiem uzasadnione, w końcu to koszary i gdzieś mechanicy musieli robić swoje.

   Ostatecznie obadany bliżej, obiekt okazał się trybuną, prawdziwą trybuną pochodzącą prawdopodobnie z czasów ZOMO, a skąd to przypuszczenie - o tym dalej. 

Wejście od tyłu

   Od tylnej strony po obu stronach schodków mamy kratki, piękne kratki z epoki, wykonane z prętów. Na lewej zachowały się litery OP, właśnie w takim porządku. To nie daje mi spokoju, bo jeśli należy to rozumieć jako fragment skrótu z frazą "Oddziały Policji", to trzeba by uznać trybunę za późniejszą, jakieś lata 90. 

------ Edit: jak nic, chodziło o "Oddziały Prewencji". Ponieważ powstały one rozporządzeniem Ministerstwa Spraw Wewnętrznych w 1989 roku, likwidującym jednocześnie oddziały ZOMO, muszę chcąc nie chcąc uznać, że barierki są późniejsze niż myślałam (marzyłam :3)



   Jednak towarzyszy jej zarówno zardzewiały maszt flagowy, jak i cała reszta małej architektury (np. słup latarniany) ewidentnie z przełomu lat 70 i 80 (sejnianie mogą pamiętać, identyczne mieliśmy w Borku, do czasu gdy nadleśniczy nakazał przywrócenie stanu sprzed budowy muszli i całej reszty).

Trybuna z przodu

 Na relikt z interesującej mnie epoki wskazuje też fatalny stan materiałów, rozpadającej się na płatki cegły, spróchniałego drewna, którym wykończony jest "pulpit" tej specyficznej ambony. Konstrukcja, choć ogólnie bardzo prosta, ma też pewien ozdobnik - wcięte niczym talia przednie kanty, pomalowane na czerwono. Ma się rozumieć, że w latach 90. nikt nie malowałby trybuny na taki kolor, skojarzenie było zbyt świeże i nieodległe w czasie, aby tak ryzykować.

 





    Odkrycie trybuny rozjaśniło mi w głowie cały układ otoczenia. Wielki parking Wydziału Transportu, na którym, jak pisałam poprzednio, bywa gęsto od policyjnych busów, to plac świąteczno-defiladowy, na którym w czasach ZOMO musiały się odbywać capstrzyki, parady, wręczenia awansów i odznaczeń oraz tym podobne. 

Widok z trybuny na parking i budynek Wydziału Transportu

 Flaga wówczas wjeżdżała na maszt, a wieńce na sto procent kładziono tutaj:


   Można się tylko domyślać, jaka tablica została zdjęta z kamienia: pamięci poległych milicjantów? Poległych zomowców? Podczas likwidacji band po wojnie, czy może tłumienia zamieszek później? Może znajdę w swoim czasie odpowiedź na to pytanie. 

   Przy okazji - obok jest kolejna przyjemna samoróbka, widomy efekt społecznego czynu - podstawa ławeczki, wykonana z kamienia:

Sejneńczaki, słup! Takie stały przy muszli w Borku

   W tle zaś krzepki główny budynek fortu, czyli koszary, w których ostatnio nie było wcale garaży, jak myślałam, tylko... stajnie dla policyjnych koni. Jak wszystkie pozostałe elementy fortu, zaprojektowany został przez Jana Pawła Lelewela, brata Joachima, po 1830 roku (podawane są różne przedziały czasowe, być może biorą się z kolejności powstawania budynków).


   Ustalając, gdzie może leżeć działobitnia północna, co do której w sieci są rozbieżne zdania (istnieje, nie istnieje, są, ale już tylko ruiny itd.), zajrzałam do map satelitarnych. Okazało się, że za budynkiem Wydziału Transportu widać coś kropka w kropkę, jak spektakularna fontanna z poprzedniej części, istna "diamentowa kula" z kawałka Lombardu, pochodzącego z tamtej epoki. Obiekt równie okrągły, z cypelkiem na środku, tylko mniejszy. Czy to możliwe? Czy naprawdę jedna fontanna, zbudowana przez zomowców, to nie jest już wystarczająco, jak na ludzką wyobraźnię? O, nie, nie.

   Z defiladowym parkingiem sąsiaduje drugi, ogrodzony siatką, przez który przechodzi się w stronę gęstego zagajnika. Za nim jest już budynek VI Komendy Rejonowej Policji. A w zagajniku ścieżka, prowadząca do drugiej fontanny. 


Na niewielkiej polance znalazłam to oto cudo, zdobione gomółkami szklanymi, tym razem brązowymi. Nie wszędzie są to kawałki szkła rodem z huty, jak to było w przypadku poprzedniej fontanny. W widoczny sposób milicjanci sztukowali tu i ówdzie stłuczką z butelek, być może po oranżadzie. 

   Obok ex-fontanny ktoś trzyma... ule. Naprawdę, gdyby ktoś opowiadał mi o takim zestawieniu, uznałabym, że opisuje surrealistyczny obraz, albo sen po tak zwanych środkach. Jestem w stanie uwierzyć, że policjanci w przerwach na kawę wychodzą podebrać trochę świeżego miodu...



  Wodotrysk uległ działaniu czasu i rozpadł się, dzięki czemu widać, że kopułkę ochotnicy wymurowali na pniu ściętego drzewa, po którym została tylko obwódka z korą.



     W bezpośrednim sąsiedztwie fontanny stoi budynek bardzo podobny do kilku innych, rozsianych po całym terenie. Jestem słaba w zgadywaniu, co to mogło być, jest kilka wejść do niewielkich pomieszczeń. Łaźnia? Sprawdzić, czy nie zostało w środku jakichś charakterystycznych śladów nie mogę, bo gospodarze mają zwyczaj zatykać drzwi stertami chrustu. 

 


Identycznie zrobili w działobitni środkowej, do której i tak nikt nie wszedłby, bo jest ogrodzona ażurowym parkanem. Zakładam, że taka przeszkoda nie powstrzymałaby prawdziwych urbexiarzy, ale mnie tak. Wygląda to, niczym z horroru. 

   Co dalej? Zamierzam powoli, w swoim tempie, nie płosząc stróżów prawa nadmiernym pobudzeniem godnym szura, dążyć do działobitni północnej lub jej marnych resztek.

20 sie 2020

Piotr Dapkiewicz o Czesławie Miłoszu


Na 16. rocznicę śmierci Miłosza pod wpływem bodźca od znajomego ruszyłam sprawdzić, o czym pisałam wtedy. Otóż robiłam wywiad z Piotrem Dapkiewiczem, który teraz, od pięciu już lat z Miłoszem może w karty sobie gra. 

Ale jednocześnie w alternatywnym wymiarze, w sierpniu 2004 roku wspomina:
 
- Związek mojej rodziny z dworem brał się może stąd, że gospodarstwo Dapkiewiczów w Żegarach było przed wojną jednym z najlepszych, tym bardziej, ze dziadek był pszczelarzem, a Kunatowie, następnie Lipscy, mieli pasiekę, a nie było jej komu doglądać. Dziadek był tam wzywany, kiedy pszczoły się roiły, kiedy było miodobranie. Mam dwa jego zdjęcia zrobione z panią Lipską. 
 

   W międzyczasie przyjeżdżał tam jej kuzyn Miłosz, obecnie nieżyjący, i zdarzyło się, że odwiedził on nas. Poznał się z moim ojcem. Stało się to może nie tyle przez pszczoły, ale przez wodę. Krasnogruda nigdy nie miała wykopanej dobrej studni, zresztą do dziś tak jest. I oni tą wodę brali od nas, nie wiem nawet w jaki sposób ją dowozili. Od 1926 roku w naszym gospodarstwie istniała studnia o bardzo dobrej wodzie.

Zawsze sądziłem, że mój ojciec Kazimierz był jednoroczny z Czesławem, ale teraz okazuje się, że był trzy lata starszy. Ich przyjaźń tak przetrwała, że Miłosz nie zapomniał nawet w czasie okupacji, chociaż się nie widzieli. Moi zostali wysiedleni do Niemiec, on też wiele przeżyć miał.


  Pamiętam jako dziecko, że siostry Kunatówny (Gabriela, po mężu Lipska i Janina, prowadziły we dworze pensjonat, w którym bywał ich kuzyn Czesław – przyp. M.K.) właścicielki Krasnogrudy, to był 1946 rok, one zatrzymały się u nas. Skąd one wróciły? Chyba z Gdańska. Przyjechały do Krasnogrudy, ale wiadomo, że jak była polityka nienawiści do panów, to pracownicy bali się i nawet nie mieli warunków przetrzymać je. Więc przez dwa, trzy tygodnie te panie u nas mieszkały. Mama dała im pokoik i dwa łóżka.


  Wiele lat później Andrzej, on jest młodszy od Czesława, on przyjeżdżał, ale tylko incognito, jeszcze przed Czesławem. Oni jakby się obawiali, bo to było za Polski Ludowej. Wiedzieliśmy, że przyjeżdża zawsze po miód, jak lato przychodziło. Kupował u Wilkialisów w Dusznicy. Odwiedzał niektórych pracowników dworu Krasnogruda, Czeropskich zwłaszcza, bo to takie trzy rodziny były Czeropskich, synowie woźnicy, który powoził przed wojną. A przyjeżdżając Andrzej zamieszkiwał w Ogrodnikach.

My o tym wiedzieliśmy, i jak już ogłosili Czesława noblistą i wyszedł ten film “Dolina Issy”, ja może pierwszy z okolicy pojechałem do Suwałk obejrzeć go, wiedziałem, że jest dobrze pokazane, choć tej książki nie czytałem. Ciągle moja mama wspominała o tych Miłoszach.


  Kiedy Czesław po raz drugi był na Litwie, po tym, jak wręczali mu honorowe obywatelstwo Litwy, to był 1992 rok, słuchałem w radio o jego spotkaniu z pracownikami dworu w rejonie kiejdańskim, tego, w którym się urodził. Najdłużej trwała rozmowa Miłosza ze starą służącą, nie pamiętam jak się nazywała. Jej matka przekazała przed śmiercią - ja nie doczekam, bo takie okropne czasy, ale jak spotkasz kogoś z rodu Miłoszów – pamiętaj, wycałuj go. No i ta staruszka chwyciła tego Czesława i jego brata Andrzeja i serdecznie wycałowała.


   6 czerwca 1992 roku – mam wpisane w kronice rodzinnej, po południu przyjechał samochód z “Pogranicza” i wysiadł z niego noblista Czesław, którego znałem z telewizji i jego brat – Andrzej. Oni mnie pozdrowili po litewsku, ja do nich też po litewsku, a oni mówią – nie, my tylko tyle z dzieciństwa pamiętamy. Chcemy odwiedzić Kazimierza. Powiedziałem, że niestety, już nie żyje, zmarł w latach 50-tych. Przedstawiłem się jako pozostałość po Dapkiewiczach. 
 

   Był z nimi Czesława Miłosza syn, wyższy od ojca, on prosił: - opowiedz to, co pamiętasz. Prosił pokazać byłe własności majątku Krasnogruda. Ja ich zaprowadziłem na najwyższą górę w kolonii. Za jeziorem Gaładuś rozciągają się takie lasy, teraz nazywają się żegarskie, ale mój dziadek je nazywał i zachowało się w zapisach – krasnogrudzkie, bo to była ich własność.


Obaj bracia zachwycali się, a syn pyta: - czy tu można zrobić jakiś biznes? Pytam: - a o jakim pan myśli? On na to: - ja produkuję komputery. Porównałem wtedy dwa podejścia do wspomnień, ojca i syna. Akurat była pora obiadowa i żona na szybko przygotowała wiejski obiad. Pamiętam, że były bliny litewskie na liściach kapuścianych. Nie wiem, czy przesadzali, czy naprawdę im smakowały, ale bardzo je chwalili.

Wciąż wracali do swoich wspomnień, do stryja, którego pochowali w Paryżu, Oskara Miłosza, znanego z historii Litwy, bo był pierwszym ministrem kultury odrodzonej Litwy, przed wojną. Andrzej rozpytywał brata, jak ten grób jest zachowany, czy łatwo go znaleźć. Mnie to bardzo interesowało. Oskar Miłosz był też pisarzem, został wyklęty z rodziny, bo pojął za żonę dziewczynę narodowości żydowskiej, wtedy były takie czasy.


   I takie to było nasze miłe spotkanie. Tego dnia na pewno nie pojechali oglądać dworu, bo brat mówił, że tam wszystko jest zniszczone, lepiej zapamiętać to, co było kiedyś.

Takie mam związane z Miłoszem wspomnienia. Smutne, ale z tym piękne, że taką osobę poznałem. Czy Miłosz był Polakiem, czy Litwinem? Giedrojć kiedyś powiedział, że jest ostatnim obywatelem Wielkiego Księstwa Litewskiego. Miłosz to samo. 

Wywiad z Piotrem Dapkiewiczem ukazał się w 18 nr "Przeglądu Sejneńskiego" z 2004 roku. 

25 sty 2016

Jedli, pili i palili. Gdzie? Cz. III

   Dziś będzie o knajpie mojego dzieciństwa. Zestawienie słów "knajpa" i "dzieciństwo" brzmi okropnie, ale po pierwsze - z dzisiejszej perspektywy widzę siebie tamtą kompletnym dzieckiem, po drugie - chodziłam do knajp i to jest fakt. Piętnastolatki po lekcjach, albo czasem i w trakcie, pijące fusiastą kawę i zagryzające kwaśnymi snackami o smaku pizzy. Siedzące w piwnicznej izbie, na czarnych miękkich fotelach lub kanapach. Uważające się, a jakże, za bardzo dorosłe.

Nora zajmowała piwnicę pałacu biskupiego.
Wieczorami okienka "jarzyły" się, lub nie i stąd wiadomo
było, czy jest czynna.
 Początki Nory, które ja pamiętam, to absolutnie nietypowy pomysł stworzenia kawiarni "państwowej", podlegającej pod Miejsko-Gminny Ośrodek Kultury. Pamiętam trwającą kilka dni i nocy decydującą fazę przed otwarciem tego lokalu. Miałam wtedy okazję tam być i obserwować powstawanie chyba najciekawszego elementu wystroju. Były to fantastyczne freski w damskiej i męskiej toalecie. Rzecz bez precedensu, przygotowana i zrealizowana przez panią Ulę, plastyczkę. Całe ściany pomieszczeń były pokryte figurami modeli (w męskim WC) i modelek (w żeńskim), prezentujących typową modę przełomu lat 80. i 90., czyli kimonowe płaszcze i bluzy, spodnie typu "marchewki" oraz fryzury typu "enerdowski piłkarz" (niektórzy modele byli w stetsonach na głowach). Część z tych dekoracji istniała tak naprawdę jeszcze przed którymś z ostatnich remontów toalet. Dziś mogę sobie tylko pluć w brodę, że o czasie nie zrobiłam im ani jednego zdjęcia.

  W każdym razie wtedy to wszystko było absolutną nowością. W tym mniej-więcej czasie raczej nie było lokali, które tłumnie odwiedzałaby młodzież. "Bajka" była zamknięta na głucho i ruszyła nieco później. Podobnie snackbar, działający na ul. Zawadzkiego, w pomieszczeniu zajętym dziś przez Top-Market vel Groszek. Kawiarnia "Pod gruszą" raczej istniała, lecz chyba też nieco później.

Żywy dowód na istnienie. W którymś
momencie był tu napis Nora, niestety
nie pamiętam w jakiej formie. Możliwe,
że tablicy na ścianie.
  Do restauracji szanujący się nastolatek raczej nie chadzał, bo była zarezerwowana dla panów z teczkami. Jaki to był czas? Niedługo wcześniej pojawiło się takie zjawisko, jak fast foody. Ktoś gdzieś, na wycieczce w górach posmakował jakiejś bułki pszennej z wydrążonym środkiem, wypełnionej sosem z pieczarek. Ale w Sejnach takich kulinarnych inicjatyw wtedy nie było. Były pierwsze chrupki, produkowane gdzieś w Polsce przez prywaciarzy. Do tamtej chwili słowo 'chrupki' oznaczało tylko i wyłącznie produkowane państwowo i pakowane w worki z białej folii kukurydziane pałki, dziś dawane niemowlętom jako przekąska. Słowem tym można było ewentualnie nazwać równie rzadko spotykane w sklepach płatki kukurydziane (też w białej, nieprzezroczystej folii z rozmazanymi napisami).
To nowe, kapitalistyczne oblicze chrupek to były obłędnie jadące spalonym olejem prażynki. Tłuste i słone, pakowane po kilkanaście sztuk do przezroczystych torebek. Na zachętę producent dodawał do tego bonus - karteczkę wielkości banknotu z wizerunkiem zespołów muzycznych, będących wówczas "na czasie". Karteczki nie były kolorowe w dzisiejszym rozumieniu. Z oszczędności były albo zielone, albo rdzawo-brązowe, był na nich Limahl, sam lub z Kajagoogoo, CC Catch, Samantha Fox lub Sabrina. Rzadziej kartki były zadrukowane zielonym wizerunkiem dolara. Oczywiście po konsumpcji śmierdzący tłuszczem bonus lądował wklejony w odpowiednim zeszycie. W tamtym czasie nastolatki miały takie obowiązkowo. Zawierały zdjęcia gwiazdorów wycięte z czasopism, spisane dowcipy, teksty harcerskich piosenek, miłosne wróżby itp.

  Gdzie kupowało się te pierwsze chrupki z prawdziwego zdarzenia, czyli snacki (nowe słowo dołączyło do wcześniej poznanego "gratisa", stosowanego przez lodziarza, pana R., mającego swój punkt w werandzie domu przy ul. Ogrodowej, dziś tą werandą wchodzi się do salonu fryzjerskiego i gabinetu manicure)? Najczęściej w następujących sklepach: ogrodniczym mieszczącym się na ul. Piłsudskiego (dziś kosmetyczny Ewton); prywatnym ogrodniczym nieodżałowanej pani Melanii (mniejsza odnoga Piłsudskiego, dziś jest tam ciuchland Moni), a także w spożywczym przy Piłsudskiego, w którym stała pani K. (dziś sklep "Krysia", czyli Wszystko za x złotych, na wysokości kaplicy św. Agaty). 

Tu, w domku państwa S. działał sklep pani Melanii

   Wracając jednak do Nory - lokal musiał powstać później, w 1990 lub 1991. Wiem to, bo wówczas w handlu były już snacki stojące wyżej w rozwoju. W zadrukowanych kolorowo, srebrzystych w środku opakowaniach, produkowane przez polską firmę "Star Foods" z Tomaszowa Mazowieckiego. Na YT można obejrzeć kompromitującą reklamę z 1991 roku, z czasów kiedy spółka ruszyła z tym smażonym koksem. Ciekawe, że ten rodzaj żywności, o którym dziś w grubych tomach pisze się jako o śmiertelnej pułapce, wtedy reklama bez żenady głosami śpiewających dzieci opisywała jako "tanie i zdrowe, smak i wdzięk".
  Pewnie głupio jest pisać o lokalu dla dorosłych, pomijając kwestie alkoholu, czy innych dopalaczy, a koncentrując się na takich duperelach, jak snacki. Faktem jednak jest, że takie właśnie rzeczy miał wtedy człowiek w głowie. Niesamowite, jak to wygląda inaczej z dzisiejszej dorosłej perspektywy, kiedy do dowolnej knajpy w Sejnach wchodzi się, jak do siebie, po prostu siadając, czy podchodząc do baru. Wtedy miało się szczęście, jeśli w progu ktoś z dorosłych nie zapytał: A ty gdzie? i jeśli udało się wejść dalej, niż poza korytarz.

  O wiele łatwiej było w tygodniu, w zwykłe popołudnia. To właśnie wtedy, w pustawej Norze raczyłyśmy się z koleżanką kawą-plujką pod pizzowe snacki Star Foods. Wejście do lokalu w weekendowe wieczory - to dopiero było wielkie przeżycie. Za drzwiami, wówczas jeszcze starego typu, z wstawionymi szybkami, można było wejść na lewo, do sali tanecznej, lub na prawo, po schodach, kończących się wymurowaną ścianą, zamykającą zejście z parteru pałacu biskupiego do piwnic. Wzdłuż schodów zamontowano wieszaki, i to ciemne miejsce robiło za szatnię, a także - nie ukrywajmy - całowalnię. Korytarz dalej prowadził do sali barowej, a po drodze na prawo skręcało się do toalet. Vis a vis wejścia do nich stały czarne skórzane fotele i przyznaję, że często to miejsce było wystarczająco satysfakcjonujące dla smarkul naszego pokroju. Dlaczego? Bo wejście dalej, do sal zajętych przez dorosłych wymagał zebrania się w sobie. Mnie osobiście np. odwagi wystarczało, żeby wejść do środka, ale już "na salony" można było tylko z koleżanką. Koniecznie u boku, koniecznie dotykając się łokciami dla kurażu. Dzisiaj też obserwuję takie zachowania u nastolatek, ale tylko mnie drażnią, bo najczęściej kurczowe trzymanie się bok-do-boku kilku dziewcząt jest równoznaczne z tarasowaniem przez nie całej szerokości chodników lub ulic. Ale nie będę kłamać, że jest mi to obce, bo nie jest.


Drzwi wejściowe były wtedy inne, dwuskrzydłowe, filongowe,
z szybkami.

  Salony to tak naprawdę trzy piwniczne pomieszczenia w szeregu. Pierwsze z barem, drugie z okienkiem w ścianie, w którym za drzwiczkami stał sprzęt grający i trzecie, najbardziej oddalone od centrum dowodzenia, w którym siedziało często najbardziej szemrane towarzystwo. Z tego miejsca półokrągłe przejście prowadziło do sali tanecznej, a z niej do korytarza wejściowego, w sumie więc można było chodzić po lokalu w kółko. To wbrew pozorom miało swoje znaczenie. Otóż w państwowym lokalu raz, czy dwa w tygodniu rządził klub seniora pod wodzą bardzo energicznej sejneńskiej arystokratki, pani Eugenii (nawiasem mówiąc jej wnuczka była ostatnią właścicielką tego klubu przed jego definitywnym zamknięciem). Najczęściej w te dni rezydowało tam kilku panów grających w szachy, w tym niezapomniany pan S. (zdaje się, że strażak-ochotnik-emeryt), tubalnym głosem komentujący swoje ruchy na szachownicy. Pani Eugenia, jeśli była, źle znosiła najazdy małolatów na klub i żądała opuszczenia przybytku. No, więc opuszczało się go w ten sposób, że z korytarza skręcało się do sali tanecznej i wracało po cichu do ostatniego pomieszczenia. Czasem takie ganianki powtarzały się kilka razy w ciągu jednego popołudnia.   

W dni nie-budne, tj. w weekendy Nora obfitowała w wiele pól do obserwacji. Stanowisko naprzeciwko toalet na ten przykład. Trzeba tam było być, kiedy opuściwszy je jedna z najładniejszych i najpopularniejszych dziewczyn w Sejnach nie sprawdziła stanu swojej garderoby i z korytarza energicznie weszła do sali barowej, mając spódnicę z tyłu zadartą i wsadzoną za gumę od majtek. Jeszcze się wtedy nie miało w sobie tyle obywatelskiej świadomości, żeby starszą o jakieś 5-6 lat koleżankę powstrzymać, czy jakoś ostrzec.
Te początki samorządowej Nory były, zdaje się, grzeczniejsze. Potem lokal zaczął zmieniać właścicieli na w stu procentach prywatnych i - zdaje się - zmieniał nawet nazwy na Nora II, czy III. Z tego pocztu patronów ja pamiętam co najmniej trzech. Pamiętam, jak serwowali pizzę, wychodząc w białych fartuchach z gigantycznego zaplecza, jak improwizowali seanse filmowe z użyciem telewizora zawieszonego pod sufitem oraz super-modnego wtedy odtwarzacza video. Filmy? Raczej strzelanki klasy C, może jakiś Rambo. Jakieś komedie amerykańskie i przeżyty szok, kiedy jeden z sejneńskich badboy'ów zakończył atak rechotu upadkiem z fotela na podłogę i zupełnie serio napadem alkoholowej padaczki, powstrzymanej przez patrona w fartuchu za pomocą jakichś kropli z brązowej buteleczki.
Tak, nie zawsze było do śmiechu, bywało też i do strachu, bo czasy były niepewne, w lokalach strzelano do siebie i graniczne konflikty nieraz rozstrzygano między sobą przy kawiarnianych stolikach. A dziś co? Można wspomnieć, że spośród kilku kolejnych właścicieli Nory dwóch od dawna nie żyje. Bez związku ze strzelaninami, na szczęście. Spośród klienteli, wówczas bardzo młodej, też nie wszyscy dziś są z nami (ten od ataku padaczki również).

  Pamiętam też z Nory momenty wzniosłe. W niewyjaśniony dla mnie sposób pokolenie o kilka lat starszych ode mnie kolegów na zawsze i na amen wpadło w sidła zespołu U2. To owszem, były czasy, kiedy każdy z nas w większym czy mniejszym stopniu nasiąkał new wave'em, ale trudno byłoby o tej grupce powiedzieć, że to fani konkretnego typu muzyki. To byli zaprzysięgli niewolnicy Bono i U2. Może nie bez wpływu na ten stan miało żywe zainteresowanie zespołu tzw. krajami bloku komunistycznego i poświęcanie im utworów. A może szło o klimat. Dość, że wśród młodych sejnian zdarzali się absolutnie wyróżniający się właściciele kucyków a la wokalista U2, Bono Vox. No i co z tego, powie zwolennik Korwina, młodzieniec z roczników urodzenia 90.? Ano to, że w szkołach średnich za takie ozdoby można było nie tylko zostać w tej samej klasie, ale i stracić część włosów wskutek działania nauczycielskiej ręki, nawijającej nieszczęsny symbol niezależności na dłoń i ciągnącej aż do wystąpienia trzasku. Widziałam takie sceny, to wiem. Dziś właścicieli tych kucyków być może mijacie na ulicy. Ten ma posturę, jak Ferdek Kiepski i zasiada na urzędzie, drapiąc się w łysinę. A tamten, wierny swoim norowym ideałom wciąż nosi koński ogon a la Bono. Z tym, że już od dawna nie przypomina gwiazdora tamtych lat, Billy Idola o błękitnym, przenikającym wskroś wejrzeniu. Gdzie są chłopcy z tamtych lat? Zbyt wielu z nich utopiło się w alkoholu. Ale wtedy jeszcze o coś im chodziło. I pamiętam te wzniosłe chwile, kiedy ten czy ów właściciel łaskawie włączał na sprzęcie grającym "New year's day", "In the name of love", "I still have'nt found...", albo "With or without you" i oni chwytając się za bary krążyli po sali tanecznej, śpiewając w rytuale swojej chłopcowatości. Dziwne, ale dziś to nie słuchanie hitów italo disco z dyskotek w "jedynce" pod lasem, a właśnie U2 pomaga mi teleportować się pamięcią do czasu, kiedy miałam mało lat.