Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wspomnienia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wspomnienia. Pokaż wszystkie posty

14 paź 2021

"Plac Leńskiego" Daniel Wyszogrodzki. Recenzja

   Ciężka, dla wielu nieznośna estetycznie architektura placu Hallera (w PRL - placu Leńskiego), doczekała się swego literackiego odzwierciedlenia. Na prawie 600 stronach Daniel Wyszogrodzki zaludnił ten niewielki kawałek Warszawy postaciami ze swojego dzieciństwa, przypadającego na przełom lat 60 i 70.  

  Książka nosi stempel "powieść". Mimo to Wyszogrodzki - tłumacz i propagator m.in. twórczości Leonarda Cohena, wykładowca Akademii Teatralnej, dziennikarz specjalizujący się w dziedzinie musicali, wspierający muzyczne teatry (w tym także Operę i Filharmonię w Białymstoku), nie kryje choćby w trakcie spotkań autorskich, że nie jest to fikcja literacka. Bohater - Danek, to sam autor. Baju, Trefniak, Trojan, Malborek, czy Giniol, to jego koledzy ze szkoły, z wakacyjnych wypraw albo z innego podwórka.

  Danek mieszka na Pradze II z dziadkami, którzy przejęli nad nim opiekę po śmierci matki. Tu przeistacza się z ciekawskiego kilkulatka w przedwcześnie dojrzałego nastolatka, który stale poszerza granice swojego świata, jednocześnie mierząc się z problemami: przemocą ze strony gitowców w szkole; szarzyzną PRL-u, która ogranicza jego młodzieńczą ekspansję; z byciem niedostrzeganym przez opiekunów, pogrążonych w wiecznej żałobie po córce i majątku, utraconym na rzecz komunistów.

Tu, w kinach Mewa i Albatros Danek z kumplami spędzali wagary
 

 Widownią tych "niepokojów wychowanka Danka" są mury wspomnianego placu i w ogóle Nowej Pragi. Od szkoły na skrzyżowaniu ul. Dąbrowszczaków i Brechta do kin "Mewa" i "Albatros" przy ul. Skoczylasa, z kin do cukierni pod filarami placu, z cukierni zaś do przychodni zdrowia, którą otwierał znany doktor-ojciec Danka i w której pracował dziadek Baja (na marginesie - przychodnia tak bardzo nie gra architektonicznie z placem, że do dziś na miejskich spacerach ludzie pytają przewodników, skąd to UFO w tak zharmonizowanym stylowo miejscu).

  Dalej: z przychodni do fontanny w centrum placu, a spod niej - do kawiarni "Miś" i legendarnej restauracji "Pod Niedźwiedziem". To nad nią na trzecim piętrze bloku bohater mieszka z dziadkami, obserwując nocne bójki lub malownicze scenki, gdy artykuły spożywcze "opuszczają" kuchnię przez okna lokalu na tyłach budynku.

 

W miejscu sklepu działała knajpa "Pod Niedźwiedziem"

  

Okna na tyłach "Niedźwiedzia"

   Wszędzie jest blisko, wszędzie chłopcy chodzą "z buta" lub jadą rowerem, bez końca rozmawiając o błahostkach i rzeczach wagi ciężkiej, bawiąc się słowami i formułując puenty, nieśmieszne, toporne - takie, jakie są w prawdziwym życiu, niezaostrzone upływem czasu, który potrafi nadać dzieciństwu pastelowych, wyidealizowanych barw.

   Bohaterowie nie są typowymi prażanami, mają się lepiej w całej tej mizerii komuny. Wyznacznikiem bycia z dobrej rodziny są fundowane przez ojca zagraniczne wakacje w krajach demoludów, rzucająca się w oczy elegancja babci i dziadka, szeroki zasób słów, który w konsekwencji sprawia, że Danek zostaje "apropakiem", jak notorycznie kiblujący w szkole gitowcy nazywają inteligenckie dzieci, potencjalnych użytkowników frazy "a propos".

Spotkanie z D. Wyszogrodzkim przy (niemal) placu Leńskiego


    Mogłabym posłużyć się tą powieścią tylko jako przewodnikiem turystyczno-historycznym po Pradze II. W tym świecie oświetlonym neonami "Pod Niedźwiedziem" i "Dom Książki" rolę guide'a pełni po prostu nieco zarozumiały i niezbyt sympatyczny chłopiec, polujący na płyty Beatlesów i traktujący dziewczyny jak mięso do zaspokajania swoich budzących się seksualnych potrzeb. 

  W końcu ja też, po przeprowadzce na Pragę II, identycznie jak ten chłopiec poszerzałam pole ekspansji. Najpierw spacery wokół ZOO, potem Mostem Śląsko-Dąbrowskim na Stare Miasto i wreszcie "wielka pętla bieszczadzka", jak nazwał tę trasę dziadek Danka: ZOO-Most Śląsko-Dąbrowski-Stare Miasto-Nowe Miasto-Most Gdański i do domu.

Park Praski, resztki wieży do skoków spadochronowych

   Mogłabym, gdyby autor raz po raz z całkowitą dezynwolturą nie odsłaniał beznadziei swojego dziecięco-młodzieńczego położenia. Fascynacji muzyką, która nie znalazła zrozumienia u dorosłych; brutalnego praskiego otoczenia, w którym bohater i jego równie wrażliwi koledzy musieli sobie radzić sami, znajdując sposoby na intelektualną dominację nad napakowanymi git-ludźmi; kontaktów z mało poważnym i zaangażowanym ojcem, który co prawda mógł dostarczyć synowi wielu niedostępnych w PRL przywilejów, ale jakoś nie mógł dostrzec go i zaakceptować takiego, jakim jest.

Resztki neonu Dom Książki, tę stronę placu Danek widział z okna

   Są w tej powieści dwa stosunkowo marginalne wątki-symbole, które nie wprost, a przez to najbardziej boleśnie wyciągają tę sytuację na światło dzienne. Bardziej nawet niż jawne inwokacje Daniela do nieżyjącej matki. Pierwszy z nich to prezent ojca dla syna - straszak, przypominający pierwszemu z nich prawdziwą broń i emocjonujące czasy partyzantki, a drugiego wprawiający w konsternację. Trudno o bardziej znaczący symbol niezrozumienia hipizującego syna.

  Drugi wątek to delikatność, z jaką ojciec Danka obchodzi się z Giniolem, małym Cyganem ze swego sąsiedztwa na Saskiej Kępie i z jaką ten stary-malutki przedstawiciel innej kultury odpowiada na zainteresowanie znanego pana doktora. Gdyby podobne relacje łączyły ojca z synem, być może nie byłoby późniejszego Danka-zdobywcy dup i cycków. Traktowany jak przedmiot, nauczył się traktować tak innych.

  Wyrażając ten kategoryczny sąd, jednocześnie wiem, że tak naprawdę nic nie wiem. Na spotkanie z Danielem Wyszogrodzkim w bibliotece przy (niemal) placu Hallera przyszła wcale niemała reprezentacja jego szkolnych kolegów i koleżanek. Wiadomo było, że są wśród nich współbohaterowie powieści, ale okazało się, że jest też koleżanka-rdzenna prażanka. Z dużym entuzjazmem podziękowała ona autorowi za "obronę dobrego imienia Pragi". A przecież ta dzielnica nie występuje w książce w siedmiu zasłonach niczym biblijna Salome. Wręcz przeciwnie! Jednak energiczna pani znalazła w powieści coś dla siebie, coś, co przekonało ją, że Danek był na Pradze w pełni "swój". 

  Mimo że momentami chciałam fizycznie rzucić jego powieścią, aby odrzucić jego, jednocześnie miałam poczucie, że Danek jest "swój", jak wszystkie dzieci, które przedwcześnie dojrzewając, tak naprawdę nie dojrzeją nigdy, i w których jak w książce - łatwo da się odczytać pustkę nieszczęśliwego dzieciństwa. I z tego właśnie powodu, wcale nie dla socrealistycznych powabów placu Leńskiego/Hallera, przy którym mieszkam, polecam przeczytać tę nietuzinkową powieść.

------------------------------------------------------

Za jej egzemplarz dziękuję stokrotnie leżącemu o rzut kamykiem przez Wisłę 

Wydawnictwu Marginesy




20 sie 2020

Piotr Dapkiewicz o Czesławie Miłoszu


Na 16. rocznicę śmierci Miłosza pod wpływem bodźca od znajomego ruszyłam sprawdzić, o czym pisałam wtedy. Otóż robiłam wywiad z Piotrem Dapkiewiczem, który teraz, od pięciu już lat z Miłoszem może w karty sobie gra. 

Ale jednocześnie w alternatywnym wymiarze, w sierpniu 2004 roku wspomina:
 
- Związek mojej rodziny z dworem brał się może stąd, że gospodarstwo Dapkiewiczów w Żegarach było przed wojną jednym z najlepszych, tym bardziej, ze dziadek był pszczelarzem, a Kunatowie, następnie Lipscy, mieli pasiekę, a nie było jej komu doglądać. Dziadek był tam wzywany, kiedy pszczoły się roiły, kiedy było miodobranie. Mam dwa jego zdjęcia zrobione z panią Lipską. 
 

   W międzyczasie przyjeżdżał tam jej kuzyn Miłosz, obecnie nieżyjący, i zdarzyło się, że odwiedził on nas. Poznał się z moim ojcem. Stało się to może nie tyle przez pszczoły, ale przez wodę. Krasnogruda nigdy nie miała wykopanej dobrej studni, zresztą do dziś tak jest. I oni tą wodę brali od nas, nie wiem nawet w jaki sposób ją dowozili. Od 1926 roku w naszym gospodarstwie istniała studnia o bardzo dobrej wodzie.

Zawsze sądziłem, że mój ojciec Kazimierz był jednoroczny z Czesławem, ale teraz okazuje się, że był trzy lata starszy. Ich przyjaźń tak przetrwała, że Miłosz nie zapomniał nawet w czasie okupacji, chociaż się nie widzieli. Moi zostali wysiedleni do Niemiec, on też wiele przeżyć miał.


  Pamiętam jako dziecko, że siostry Kunatówny (Gabriela, po mężu Lipska i Janina, prowadziły we dworze pensjonat, w którym bywał ich kuzyn Czesław – przyp. M.K.) właścicielki Krasnogrudy, to był 1946 rok, one zatrzymały się u nas. Skąd one wróciły? Chyba z Gdańska. Przyjechały do Krasnogrudy, ale wiadomo, że jak była polityka nienawiści do panów, to pracownicy bali się i nawet nie mieli warunków przetrzymać je. Więc przez dwa, trzy tygodnie te panie u nas mieszkały. Mama dała im pokoik i dwa łóżka.


  Wiele lat później Andrzej, on jest młodszy od Czesława, on przyjeżdżał, ale tylko incognito, jeszcze przed Czesławem. Oni jakby się obawiali, bo to było za Polski Ludowej. Wiedzieliśmy, że przyjeżdża zawsze po miód, jak lato przychodziło. Kupował u Wilkialisów w Dusznicy. Odwiedzał niektórych pracowników dworu Krasnogruda, Czeropskich zwłaszcza, bo to takie trzy rodziny były Czeropskich, synowie woźnicy, który powoził przed wojną. A przyjeżdżając Andrzej zamieszkiwał w Ogrodnikach.

My o tym wiedzieliśmy, i jak już ogłosili Czesława noblistą i wyszedł ten film “Dolina Issy”, ja może pierwszy z okolicy pojechałem do Suwałk obejrzeć go, wiedziałem, że jest dobrze pokazane, choć tej książki nie czytałem. Ciągle moja mama wspominała o tych Miłoszach.


  Kiedy Czesław po raz drugi był na Litwie, po tym, jak wręczali mu honorowe obywatelstwo Litwy, to był 1992 rok, słuchałem w radio o jego spotkaniu z pracownikami dworu w rejonie kiejdańskim, tego, w którym się urodził. Najdłużej trwała rozmowa Miłosza ze starą służącą, nie pamiętam jak się nazywała. Jej matka przekazała przed śmiercią - ja nie doczekam, bo takie okropne czasy, ale jak spotkasz kogoś z rodu Miłoszów – pamiętaj, wycałuj go. No i ta staruszka chwyciła tego Czesława i jego brata Andrzeja i serdecznie wycałowała.


   6 czerwca 1992 roku – mam wpisane w kronice rodzinnej, po południu przyjechał samochód z “Pogranicza” i wysiadł z niego noblista Czesław, którego znałem z telewizji i jego brat – Andrzej. Oni mnie pozdrowili po litewsku, ja do nich też po litewsku, a oni mówią – nie, my tylko tyle z dzieciństwa pamiętamy. Chcemy odwiedzić Kazimierza. Powiedziałem, że niestety, już nie żyje, zmarł w latach 50-tych. Przedstawiłem się jako pozostałość po Dapkiewiczach. 
 

   Był z nimi Czesława Miłosza syn, wyższy od ojca, on prosił: - opowiedz to, co pamiętasz. Prosił pokazać byłe własności majątku Krasnogruda. Ja ich zaprowadziłem na najwyższą górę w kolonii. Za jeziorem Gaładuś rozciągają się takie lasy, teraz nazywają się żegarskie, ale mój dziadek je nazywał i zachowało się w zapisach – krasnogrudzkie, bo to była ich własność.


Obaj bracia zachwycali się, a syn pyta: - czy tu można zrobić jakiś biznes? Pytam: - a o jakim pan myśli? On na to: - ja produkuję komputery. Porównałem wtedy dwa podejścia do wspomnień, ojca i syna. Akurat była pora obiadowa i żona na szybko przygotowała wiejski obiad. Pamiętam, że były bliny litewskie na liściach kapuścianych. Nie wiem, czy przesadzali, czy naprawdę im smakowały, ale bardzo je chwalili.

Wciąż wracali do swoich wspomnień, do stryja, którego pochowali w Paryżu, Oskara Miłosza, znanego z historii Litwy, bo był pierwszym ministrem kultury odrodzonej Litwy, przed wojną. Andrzej rozpytywał brata, jak ten grób jest zachowany, czy łatwo go znaleźć. Mnie to bardzo interesowało. Oskar Miłosz był też pisarzem, został wyklęty z rodziny, bo pojął za żonę dziewczynę narodowości żydowskiej, wtedy były takie czasy.


   I takie to było nasze miłe spotkanie. Tego dnia na pewno nie pojechali oglądać dworu, bo brat mówił, że tam wszystko jest zniszczone, lepiej zapamiętać to, co było kiedyś.

Takie mam związane z Miłoszem wspomnienia. Smutne, ale z tym piękne, że taką osobę poznałem. Czy Miłosz był Polakiem, czy Litwinem? Giedrojć kiedyś powiedział, że jest ostatnim obywatelem Wielkiego Księstwa Litewskiego. Miłosz to samo. 

Wywiad z Piotrem Dapkiewiczem ukazał się w 18 nr "Przeglądu Sejneńskiego" z 2004 roku. 

12 lip 2019

Praga II cz. 3 Baseny Namysłowska


 Kiedy wiosenne lato gwałtownie przechodzi w letnie przedwiośnie, a perspektywa opalania i kąpieli oddala się bezlitośnie z horyzontu, można trzeźwiejszym, a stęsknionym okiem przyjrzeć się miejscom do pływania. To konkretne polecam ludziom, którzy nie pogodzili się do dziś z likwidacją infrastruktury rekreacyjnej w Borku, i tym, co nie rozumieją skąd u osób w pewnym wieku ta tęsknota do zdziadziałej muszli i obłupanych murków, oraz zarośniętego basenu p-poż. z nieczynnym stawidłem. Otóż jest w Warszawie miejsce - rówieśnik Borku i to takie, w którym żaden leśniczy nie nakazał rozbiórki, dzięki czemu wsiadamy w wehikuł czasu i lądujemy wprost w latach 70.

W tych samych latach aktywny zawodowo był serialowy 40-latek :)

  Baseny przy ul. Namysłowskiej powstawały w latach 1972-1976 w stylu modernistycznym. To nie było tak ekskluzywne miejsce lansu, jak słynne odkryte baseny Gwardii, Skry, Warszawianki, Legii. Że te nie były słynne? No, jeśli opisywanie w książkach i pokazywanie w filmach to nie sława... Np. na basenie Gwardii dzieją się sceny jednego z odcinków "07 Zgłoś się" z 1981 roku, w których porucznik Borewicz niby to prowadzi istotną pracę operacyjną, ale żar leje się z nieba, a dziewczęta piękne i półnagie, więc zaraz zaczyna się flirt.

  Na Namysłowskiej raczej nie taplały się gwiazdy ekranu i radia, prędzej robotnicy żerańskiej fabryki, względnie szatańsko pachnącego w letnie dni Wedla, czyli wówczas Zakładów Przemysłu Cukierniczego im. 22-Lipca. Dziś trudno wyobrazić sobie tłumy w tym obiekcie, ale pustka i cisza powoduje, że łatwiej się skupić na modernej architekturze. Pustka, dodam, w tygodniu, bo w weekendy obiekt przeradza się w gigabazar, gdzie na plandekach ciuchy używane, torebki, kosmetyki z Niemiec i w ogóle namiastka pobliskiego Bazaru Europa (niech mu ziemia będzie lekką i dlaczego nie poczekał na mnie, aż przyjadę do Warszawy?).

  W tej ciszy można kontemplować elementy wyposażenia, przypominające osiedlowe instalacje przestrzenne z drugiej połowy XX wieku. Różnią się tym, że miały konkretne funkcje i o tym właśnie opowiem.

Modernistyczna brama wejściowa, miejsce pielgrzymek archimaniaków


Brama od środka
 W sześcianach "security" siedział ktoś z obsługi, kierujący ruchem wchodzących, żądnych schłodzenia w lekko szafowanej wtedy wodzie. Do wejścia służyły turnikiety, trudno dziś powiedzieć, czy pierwotnie były obrotowe, teraz nieruchome.

Turnikiet. Pewnie niejedna Annuszka rozbiła tu oranżadę...


Tylna "harmonijkowa" ściana budynku
  Z bramy ogrodzony siatką tunel prowadzi na tyłach jednego z budynków do centralnego wejścia od ul. Namysłowskiej. Na trawiastym terenie odkrytych basenów zadbano o wszystko, co potrzebne do rekreacji.

Jedno ze źródełek wody pitnej
Brodzik ze zjeżdżalnią dla dzieci
Uprasza się obywateli o ostrożne ślizganie!
Yin i Jang infrastruktury lat 70.
  Z brodzików młodzi mieszkańcy Pragi korzystali jeszcze ok. 11 lat temu, jednak frekwencja nie była stosowna do nakładów, jakie ośrodek musiał przeznaczać na to miejsce.

Wygląda znajomo?
  Właśnie na powyższym zdjęciu miłośnicy Borku powinni się skupić najbardziej. Kto pamięta, że identycznymi, tylko bardziej żółtymi kafelkami była wyłożona podłoga baru pana B.? Takie potłuczone kafelki jeszcze pod koniec lat 90. można było wykopać z darni na prawym brzegu basenu p-poż. w centrum Borku. Nie jestem w stu procentach pewna, ale czy czasem takież same kafelki nie pokrywały dna basenu od jego głębszej strony? W każdym razie pamiętam, że w czasie letnich festynów widywało się tam śmiałków w kąpielówkach, zażywających leśnej kąpieli.

Grzybek wodny
   Takich grzybków na terenie basenów i sąsiedniego obszaru bazarowego jest kilka. Fajnie to wygląda, jak handlarze obwieszają jeden z nich wieszakami ubrań. Tymczasem oryginalne rurki doprowadzające wodę wciąż są wewnątrz podstawy. Tu zgrzani podstawiali karki pod kaskady wody niczym w fontannie. A co, jeśli ktoś nie miał dzieci, miał za to inklinacje sportowe? Chciał na basen olimpijski, oczywiście. I nie było tak, że może umył się pod prysznicem, a może mu się nie chciało. O higienę trzeba dbać! Nikt nie chce się moczyć w wywarze z twojego spoconego cielska. Kto chciał "robić baseny", miał jedną opcję: 

Wejście przez bramę wodną

 U stóp widocznego łuku znajdowała się myjka do stóp. Delikwent wkraczał w nią, a tymczasem z góry...

...sikała woda, którą należało się opłukać.


I oto jest, basen właściwy, dziś za płotem w dni targowe i w budne.
  I to jest ten właściwy moment, aby podziękować Stołecznemu Centrum Sportu AKTYWNA WARSZAWA za życzliwość, pokazanie basenów i opowieść o nich. Warszawa różni się od Sejn wieloma rzeczami, w tym zrozumieniem dla maniaków historii i architektury. Dziękuję!

25 sty 2016

Jedli, pili i palili. Gdzie? Cz. III

   Dziś będzie o knajpie mojego dzieciństwa. Zestawienie słów "knajpa" i "dzieciństwo" brzmi okropnie, ale po pierwsze - z dzisiejszej perspektywy widzę siebie tamtą kompletnym dzieckiem, po drugie - chodziłam do knajp i to jest fakt. Piętnastolatki po lekcjach, albo czasem i w trakcie, pijące fusiastą kawę i zagryzające kwaśnymi snackami o smaku pizzy. Siedzące w piwnicznej izbie, na czarnych miękkich fotelach lub kanapach. Uważające się, a jakże, za bardzo dorosłe.

Nora zajmowała piwnicę pałacu biskupiego.
Wieczorami okienka "jarzyły" się, lub nie i stąd wiadomo
było, czy jest czynna.
 Początki Nory, które ja pamiętam, to absolutnie nietypowy pomysł stworzenia kawiarni "państwowej", podlegającej pod Miejsko-Gminny Ośrodek Kultury. Pamiętam trwającą kilka dni i nocy decydującą fazę przed otwarciem tego lokalu. Miałam wtedy okazję tam być i obserwować powstawanie chyba najciekawszego elementu wystroju. Były to fantastyczne freski w damskiej i męskiej toalecie. Rzecz bez precedensu, przygotowana i zrealizowana przez panią Ulę, plastyczkę. Całe ściany pomieszczeń były pokryte figurami modeli (w męskim WC) i modelek (w żeńskim), prezentujących typową modę przełomu lat 80. i 90., czyli kimonowe płaszcze i bluzy, spodnie typu "marchewki" oraz fryzury typu "enerdowski piłkarz" (niektórzy modele byli w stetsonach na głowach). Część z tych dekoracji istniała tak naprawdę jeszcze przed którymś z ostatnich remontów toalet. Dziś mogę sobie tylko pluć w brodę, że o czasie nie zrobiłam im ani jednego zdjęcia.

  W każdym razie wtedy to wszystko było absolutną nowością. W tym mniej-więcej czasie raczej nie było lokali, które tłumnie odwiedzałaby młodzież. "Bajka" była zamknięta na głucho i ruszyła nieco później. Podobnie snackbar, działający na ul. Zawadzkiego, w pomieszczeniu zajętym dziś przez Top-Market vel Groszek. Kawiarnia "Pod gruszą" raczej istniała, lecz chyba też nieco później.

Żywy dowód na istnienie. W którymś
momencie był tu napis Nora, niestety
nie pamiętam w jakiej formie. Możliwe,
że tablicy na ścianie.
  Do restauracji szanujący się nastolatek raczej nie chadzał, bo była zarezerwowana dla panów z teczkami. Jaki to był czas? Niedługo wcześniej pojawiło się takie zjawisko, jak fast foody. Ktoś gdzieś, na wycieczce w górach posmakował jakiejś bułki pszennej z wydrążonym środkiem, wypełnionej sosem z pieczarek. Ale w Sejnach takich kulinarnych inicjatyw wtedy nie było. Były pierwsze chrupki, produkowane gdzieś w Polsce przez prywaciarzy. Do tamtej chwili słowo 'chrupki' oznaczało tylko i wyłącznie produkowane państwowo i pakowane w worki z białej folii kukurydziane pałki, dziś dawane niemowlętom jako przekąska. Słowem tym można było ewentualnie nazwać równie rzadko spotykane w sklepach płatki kukurydziane (też w białej, nieprzezroczystej folii z rozmazanymi napisami).
To nowe, kapitalistyczne oblicze chrupek to były obłędnie jadące spalonym olejem prażynki. Tłuste i słone, pakowane po kilkanaście sztuk do przezroczystych torebek. Na zachętę producent dodawał do tego bonus - karteczkę wielkości banknotu z wizerunkiem zespołów muzycznych, będących wówczas "na czasie". Karteczki nie były kolorowe w dzisiejszym rozumieniu. Z oszczędności były albo zielone, albo rdzawo-brązowe, był na nich Limahl, sam lub z Kajagoogoo, CC Catch, Samantha Fox lub Sabrina. Rzadziej kartki były zadrukowane zielonym wizerunkiem dolara. Oczywiście po konsumpcji śmierdzący tłuszczem bonus lądował wklejony w odpowiednim zeszycie. W tamtym czasie nastolatki miały takie obowiązkowo. Zawierały zdjęcia gwiazdorów wycięte z czasopism, spisane dowcipy, teksty harcerskich piosenek, miłosne wróżby itp.

  Gdzie kupowało się te pierwsze chrupki z prawdziwego zdarzenia, czyli snacki (nowe słowo dołączyło do wcześniej poznanego "gratisa", stosowanego przez lodziarza, pana R., mającego swój punkt w werandzie domu przy ul. Ogrodowej, dziś tą werandą wchodzi się do salonu fryzjerskiego i gabinetu manicure)? Najczęściej w następujących sklepach: ogrodniczym mieszczącym się na ul. Piłsudskiego (dziś kosmetyczny Ewton); prywatnym ogrodniczym nieodżałowanej pani Melanii (mniejsza odnoga Piłsudskiego, dziś jest tam ciuchland Moni), a także w spożywczym przy Piłsudskiego, w którym stała pani K. (dziś sklep "Krysia", czyli Wszystko za x złotych, na wysokości kaplicy św. Agaty). 

Tu, w domku państwa S. działał sklep pani Melanii

   Wracając jednak do Nory - lokal musiał powstać później, w 1990 lub 1991. Wiem to, bo wówczas w handlu były już snacki stojące wyżej w rozwoju. W zadrukowanych kolorowo, srebrzystych w środku opakowaniach, produkowane przez polską firmę "Star Foods" z Tomaszowa Mazowieckiego. Na YT można obejrzeć kompromitującą reklamę z 1991 roku, z czasów kiedy spółka ruszyła z tym smażonym koksem. Ciekawe, że ten rodzaj żywności, o którym dziś w grubych tomach pisze się jako o śmiertelnej pułapce, wtedy reklama bez żenady głosami śpiewających dzieci opisywała jako "tanie i zdrowe, smak i wdzięk".
  Pewnie głupio jest pisać o lokalu dla dorosłych, pomijając kwestie alkoholu, czy innych dopalaczy, a koncentrując się na takich duperelach, jak snacki. Faktem jednak jest, że takie właśnie rzeczy miał wtedy człowiek w głowie. Niesamowite, jak to wygląda inaczej z dzisiejszej dorosłej perspektywy, kiedy do dowolnej knajpy w Sejnach wchodzi się, jak do siebie, po prostu siadając, czy podchodząc do baru. Wtedy miało się szczęście, jeśli w progu ktoś z dorosłych nie zapytał: A ty gdzie? i jeśli udało się wejść dalej, niż poza korytarz.

  O wiele łatwiej było w tygodniu, w zwykłe popołudnia. To właśnie wtedy, w pustawej Norze raczyłyśmy się z koleżanką kawą-plujką pod pizzowe snacki Star Foods. Wejście do lokalu w weekendowe wieczory - to dopiero było wielkie przeżycie. Za drzwiami, wówczas jeszcze starego typu, z wstawionymi szybkami, można było wejść na lewo, do sali tanecznej, lub na prawo, po schodach, kończących się wymurowaną ścianą, zamykającą zejście z parteru pałacu biskupiego do piwnic. Wzdłuż schodów zamontowano wieszaki, i to ciemne miejsce robiło za szatnię, a także - nie ukrywajmy - całowalnię. Korytarz dalej prowadził do sali barowej, a po drodze na prawo skręcało się do toalet. Vis a vis wejścia do nich stały czarne skórzane fotele i przyznaję, że często to miejsce było wystarczająco satysfakcjonujące dla smarkul naszego pokroju. Dlaczego? Bo wejście dalej, do sal zajętych przez dorosłych wymagał zebrania się w sobie. Mnie osobiście np. odwagi wystarczało, żeby wejść do środka, ale już "na salony" można było tylko z koleżanką. Koniecznie u boku, koniecznie dotykając się łokciami dla kurażu. Dzisiaj też obserwuję takie zachowania u nastolatek, ale tylko mnie drażnią, bo najczęściej kurczowe trzymanie się bok-do-boku kilku dziewcząt jest równoznaczne z tarasowaniem przez nie całej szerokości chodników lub ulic. Ale nie będę kłamać, że jest mi to obce, bo nie jest.


Drzwi wejściowe były wtedy inne, dwuskrzydłowe, filongowe,
z szybkami.

  Salony to tak naprawdę trzy piwniczne pomieszczenia w szeregu. Pierwsze z barem, drugie z okienkiem w ścianie, w którym za drzwiczkami stał sprzęt grający i trzecie, najbardziej oddalone od centrum dowodzenia, w którym siedziało często najbardziej szemrane towarzystwo. Z tego miejsca półokrągłe przejście prowadziło do sali tanecznej, a z niej do korytarza wejściowego, w sumie więc można było chodzić po lokalu w kółko. To wbrew pozorom miało swoje znaczenie. Otóż w państwowym lokalu raz, czy dwa w tygodniu rządził klub seniora pod wodzą bardzo energicznej sejneńskiej arystokratki, pani Eugenii (nawiasem mówiąc jej wnuczka była ostatnią właścicielką tego klubu przed jego definitywnym zamknięciem). Najczęściej w te dni rezydowało tam kilku panów grających w szachy, w tym niezapomniany pan S. (zdaje się, że strażak-ochotnik-emeryt), tubalnym głosem komentujący swoje ruchy na szachownicy. Pani Eugenia, jeśli była, źle znosiła najazdy małolatów na klub i żądała opuszczenia przybytku. No, więc opuszczało się go w ten sposób, że z korytarza skręcało się do sali tanecznej i wracało po cichu do ostatniego pomieszczenia. Czasem takie ganianki powtarzały się kilka razy w ciągu jednego popołudnia.   

W dni nie-budne, tj. w weekendy Nora obfitowała w wiele pól do obserwacji. Stanowisko naprzeciwko toalet na ten przykład. Trzeba tam było być, kiedy opuściwszy je jedna z najładniejszych i najpopularniejszych dziewczyn w Sejnach nie sprawdziła stanu swojej garderoby i z korytarza energicznie weszła do sali barowej, mając spódnicę z tyłu zadartą i wsadzoną za gumę od majtek. Jeszcze się wtedy nie miało w sobie tyle obywatelskiej świadomości, żeby starszą o jakieś 5-6 lat koleżankę powstrzymać, czy jakoś ostrzec.
Te początki samorządowej Nory były, zdaje się, grzeczniejsze. Potem lokal zaczął zmieniać właścicieli na w stu procentach prywatnych i - zdaje się - zmieniał nawet nazwy na Nora II, czy III. Z tego pocztu patronów ja pamiętam co najmniej trzech. Pamiętam, jak serwowali pizzę, wychodząc w białych fartuchach z gigantycznego zaplecza, jak improwizowali seanse filmowe z użyciem telewizora zawieszonego pod sufitem oraz super-modnego wtedy odtwarzacza video. Filmy? Raczej strzelanki klasy C, może jakiś Rambo. Jakieś komedie amerykańskie i przeżyty szok, kiedy jeden z sejneńskich badboy'ów zakończył atak rechotu upadkiem z fotela na podłogę i zupełnie serio napadem alkoholowej padaczki, powstrzymanej przez patrona w fartuchu za pomocą jakichś kropli z brązowej buteleczki.
Tak, nie zawsze było do śmiechu, bywało też i do strachu, bo czasy były niepewne, w lokalach strzelano do siebie i graniczne konflikty nieraz rozstrzygano między sobą przy kawiarnianych stolikach. A dziś co? Można wspomnieć, że spośród kilku kolejnych właścicieli Nory dwóch od dawna nie żyje. Bez związku ze strzelaninami, na szczęście. Spośród klienteli, wówczas bardzo młodej, też nie wszyscy dziś są z nami (ten od ataku padaczki również).

  Pamiętam też z Nory momenty wzniosłe. W niewyjaśniony dla mnie sposób pokolenie o kilka lat starszych ode mnie kolegów na zawsze i na amen wpadło w sidła zespołu U2. To owszem, były czasy, kiedy każdy z nas w większym czy mniejszym stopniu nasiąkał new wave'em, ale trudno byłoby o tej grupce powiedzieć, że to fani konkretnego typu muzyki. To byli zaprzysięgli niewolnicy Bono i U2. Może nie bez wpływu na ten stan miało żywe zainteresowanie zespołu tzw. krajami bloku komunistycznego i poświęcanie im utworów. A może szło o klimat. Dość, że wśród młodych sejnian zdarzali się absolutnie wyróżniający się właściciele kucyków a la wokalista U2, Bono Vox. No i co z tego, powie zwolennik Korwina, młodzieniec z roczników urodzenia 90.? Ano to, że w szkołach średnich za takie ozdoby można było nie tylko zostać w tej samej klasie, ale i stracić część włosów wskutek działania nauczycielskiej ręki, nawijającej nieszczęsny symbol niezależności na dłoń i ciągnącej aż do wystąpienia trzasku. Widziałam takie sceny, to wiem. Dziś właścicieli tych kucyków być może mijacie na ulicy. Ten ma posturę, jak Ferdek Kiepski i zasiada na urzędzie, drapiąc się w łysinę. A tamten, wierny swoim norowym ideałom wciąż nosi koński ogon a la Bono. Z tym, że już od dawna nie przypomina gwiazdora tamtych lat, Billy Idola o błękitnym, przenikającym wskroś wejrzeniu. Gdzie są chłopcy z tamtych lat? Zbyt wielu z nich utopiło się w alkoholu. Ale wtedy jeszcze o coś im chodziło. I pamiętam te wzniosłe chwile, kiedy ten czy ów właściciel łaskawie włączał na sprzęcie grającym "New year's day", "In the name of love", "I still have'nt found...", albo "With or without you" i oni chwytając się za bary krążyli po sali tanecznej, śpiewając w rytuale swojej chłopcowatości. Dziwne, ale dziś to nie słuchanie hitów italo disco z dyskotek w "jedynce" pod lasem, a właśnie U2 pomaga mi teleportować się pamięcią do czasu, kiedy miałam mało lat. 

5 lut 2014

Drżący lis


 Od kiedy pamiętam, kutą bramę prowadzącą na tyły pałacu biskupiego zdobi lis. Być może z założenia miał to być tur z herbu Sejn, ale długi nos i brak rogów (albo uszu) powoduje, że w moich oczach raczej go nie przypomina.


 Z lisem związana jest następująca historia. Około 2004 roku północno-wschodnią Polskę nawiedziło trzęsienie ziemi. Epicentrum było w obwodzie kaliningradzkim, ale i do nas miały dotrzeć wstrząsy, przed czym odpowiednio wcześniej przestrzegały media. Wskazanego przez nie wrześniowego dnia wybrałam się do miasta załatwić kilka spraw, a przy okazji (być może) odczuć to sensacyjne trzęsienie, w które tak naprawdę trudno było mi uwierzyć.
Stanęłam w kolejce do pocztowego okienka. Przede mną i za mną stało kilka osób. Bezmyślnie błądziłam wzrokiem po wystawionych za plecami urzędniczek czasopismach i drobiazgach. Potem patrzyłam przez rozsunięte żaluzje za okno, gdzie było widać nieco pod kątem ten właśnie bramny panel z lisem. Nagle panel zaczął drżeć i wyginać się do przodu i do tyłu, jak cięciwa łuku po wypuszczeniu strzały. Jednocześnie poczułam fizyczne mdłości i dziwne zmieszanie zmysłów, jakby góra i dół pozamieniały się ze sobą.
- Zaczęło się! Zaczęło! - wrzasnęłam na cały głos w euforii. Pierwszy raz przeżywamy właśnie trzęsienie ziemi w Sejnach, powinniśmy chyba z ludźmi z kolejki podać sobie ręce, albo przynajmniej skomentować to, co się właśnie stało, pocieszyć, że to już wszystko, a my jesteśmy cali i zdrowi. Ale nic z tego, stojący w kolejce patrzyli na mnie ze zdziwieniem i niechęcią.
- Nie oglądali państwo wiadomości? Właśnie zatrzęsła się ziemia - spróbowałam jeszcze, ale na próżno. Wszyscy unikali mojego wzroku.
Trzęsienie miało siłę około pięciu stopni w skali Richtera. W Sejnach niejeden budynek nabawił się dzięki niemu nowych rys, w tym np. biurowiec Spółdzielni Mieszkaniowej. Ale co mi przyszło z tej wiedzy, skoro tak historycznej chwili nie miałam z kim dzielić? Do dziś zastanawiam się, jak kolejkowicze wytłumaczyli sobie moje zachowanie. Durna i tyle.

6 sty 2014

Dary i szczeniary


  Kiedyś lekcje religii odbywały się nie w szkołach a w salce katechetycznej, w amfiladzie sal sąsiadujących z zakrystią sejneńskiego kościoła. Zdarzało się, że w planie lekcji religia wypadała w połowie zajęć, trzeba więc było od pierwszej klasy biegać spod lasu do klasztoru i z powrotem. Najlepiej w zwartej grupie, bo nauczyciele nie znosili maruderów, spóźniających się na lekcje, gdy ich koledzy i koleżanki w czas i w porę zdążyli dobiec na początek zajęć.

W takich ławkach siedziało się na religii w salce katechetycznej
 

  Młodsze roczniki uczyła religii siostra katechetka ze zgromadzenia Franciszkanek Rodziny Maryi, starsze - zdaje się - ksiądz. Wieloletnią uwielbianą przez dzieci katechetką była siostra Teresa. Wybrańcy mogli odwiedzać ją w domu zgromadzenia przy ulicy Mickiewicza, a po jej przeprowadzce pod Warszawę korespondować z nią listownie. Z jednorazowej wizyty u siostry Teresy pamiętam, że otworzyła nam gospodyni, dziś znana sąsiadom z bloku z ekscesów, hodowli psów i awantur. Wtedy otworzyła drzwi i zawołała w głąb domu: siostro Teresko, owieczki przyszły do siostry!
Cała rozmowa z naszej strony polegała na kiwaniu głowami na tak i na nie, nie da się bowiem ukryć, że nie miałyśmy pojęcia, jak się rozmawia z osobami duchownymi. Po co więc ta wizyta? Bo z opowieści stałych bywalczyń domu wiedziało się, że siostry mają dary! Po Sejnach krążyły legendy o tym, jakie ubrania z darów dostała ta czy owa. Słyszało się nawet o kożuszkach czy futerkach, ba! Dżinsach!

  Może dziś powinnam wstydzić się tamtej interesowności, ale cóż. Nie pamiętam, żeby wtedy ktokolwiek chodził do sióstr z potrzeby duszy. A zachodnie ubrania podnosiły człowieka o kilka szczebli w szkolnej hierarchii, na której szczycie byli ci, co mieli dary w domu, bo ich rodzice nie mieli skrupułów, by osobiście pisać do Niemców po pomoc materialną. Chciało się do tego świata należeć, oj chciało. Dodam, że np. adres firmy Lego był w szkole przedmiotem handlu, a jego posiadacze szczęściarzami nie z tej ziemi. Po napisaniu nań listu ("Droga firmo Lego! Piszę do Ciebie,bo...") i podaniu swojego adresu otrzymywało się kopertę z katalogiem klocków, plan lekcji i zestaw naklejek na zeszyty. Boże, jak to pachniało, jakie miało kolory! Katalog był rwany na części, zdjęcia klocków i zabawek Duplo wycinane skrupulatnie nożyczkami i gumą arabską nalepiane na okładki zeszytów, stanowiąc odtąd jedyną ozdobę szarej tektury z przemiału. Kopertę przechowywało się ku podziwieniu własnemu i potomnych, aby jeszcze przyszłe pokolenia mogły się dowiedzieć, że firma Lego nie pisze adresów długopisem na kopercie, tylko drukuje na nalepkach, na gładkim jak jedwab papierze, a dopiero te nalepki umieszcza na kopertach. Ech, Zachodzie...

   Ponieważ moim marzeniem był haftowany kolorową nicią kożuch, byłam gotowa znieść piekielne męki rozmowy z zakonną siostrą, byle go dostać. Nic takiego nie nastąpiło ani podczas tej wizyty, ani później. Druga próba miała miejsce w szkolnych okolicznościach. Na przerwie przed ostatnią lekcją wśród dziewczyn padł pomysł, żeby zajść po drodze do sióstr po dary. Zebrała się spora grupka chętnych, ale już w drodze odpadały po dwie, po trzy, w końcu pod dom zgromadzenia dotarłam ja i koleżanka z klasy. Jeszcze w drodze dodawałyśmy sobie animuszu, podgadując: "może dostanę kożuszek z wyszywaniami" (ja), "nie mam majteczek, siostry muszą mi dać jakieś majteczki" (koleżanka). Z duszami na ramieniu weszłyśmy w otwartą bramę. Gorącem wstydu przejmowała mnie myśl, że trzeba będzie się jakoś zaanonsować, a w domu pomysł żebrania o dary zawsze był potępiany. Brrrr... Aż tu nagle drzwi domu zakonnego otworzyły się i ze środka wyszły dwie dwójary!

  Nie da się oddać grozy, jaką uczennice jedynki pod lasem przejmowały postacie uczennic szkoły podstawowej nr 2, usytuowanej na osiedlu w centrum Sejn. Wiedziało się, że są to wyszczekane wydry, mają pomalowane pazury, biją się jak mało kto. Nic zresztą dziwnego, w piwnicy ich szkoły był basen, a one same były z miasta, z samego miasta, nie z gminy, czy z wiejskich obrzeży, gdzie krowy i rowy. Najgroźniejsza była R., starsza od nas drugo- trzecioklasistek, i to właśnie ona wyszła z drzwi wraz z inną dziewczyną. Obie dzierżyły reklamówki z napisem "Spar". Co to jest, nie wiem do dziś, ale wtedy torby te były symbolem dostępu do darów i z daleka dawały znać, że ich właściciele mają związek z mitycznymi Niemcami, a przynajmniej z towarami tam produkowanymi.
Wtedy zerwałyśmy się z koleżanką do szaleńczego biegu, w przekonaniu, że ratujemy swoje życie. Było się czego bać, naszą wspólną koleżankę R. z bandą zaatakowała kiedyś w drodze ze szkoły do domu. Wrzeszcząc "szczeniaro" porwały jej tornister i ukradły pozbierane po drodze kasztany.
Kiedy wreszcie zatrzymałyśmy się, zaczęłyśmy się nawzajem pocieszać, że trudno, siostry i tak nie dałyby nam darów, skoro R. i ta druga były przed nami czyli "przepierwszyły" nas.
Tak czy siak, widok R. i drugiej krwiożerczej dwójary podziałał na mnie leczniczo. Więcej po dary nie wyciągałam ręki. Chyba, że po te dystrybuowane przez szkołę. Raz były to płatki owsiane, zapakowane w kolorowe pudełko. Kilka razy solone masło, bardzo zresztą smaczne. Raz było to coś do ubrania...

  Pamiętam z domu wskazówki (bo już kilka dni przed rozdawaniem darów wszyscy wiedzieli o tym i w podnieceniu na to czekali), żeby koniecznie brać kurtkę, albo buty, tj. najtrudniej zdobywalne rzeczy. Niestety, kiedy wystałam swoje w kolejce do kancelarii, gdzie dary przydzielano i kiedy zobaczyłam stertę ubrań na podłodze, okazało się, że pani dyrektor osobiście wręcza po jednej sztuce ze stosu. Wcisnęła mi do ręki coś jakby stylonowe rajstopy bez stóp, wyszłam na korytarz i dopiero tu okazało się, że mają one otwór na wysokości dolnej części brzucha. Były to kalesony chłopięce. Koleżanki o większym szczęściu radziły zwrócić je pani dyrektor. Spróbowałam tego manewru, ale na nic. Ostrym głosem rusycystka powiedziała, żeby nie wybrzydzać. Drugi ochrzan zebrałam w domu.
Jeśli chodzi o R., czasami spotykam ją w sklepach i nadziwić się nie mogę tamtemu dawnemu uczuciu grozy. Beneficjentka pomocy społecznej, chyba nadużywająca alkoholu, ani się pewnie domyśla, że kiedyś drżały przed nią dzieci ze zbiorczej szkoły gminnej.

17 lis 2012

Łatgalia


Granicę między Litwą, a Łotwą przekroczyliśmy nie wiadomo jak, nie wiadomo kiedy. Jakaś tablica przy drodze, gwiazdki na niebieskim tle i już. Zaraz za nią roztacza się krajobraz typowy chyba dla całej Europy Środkowej, pełen architektury "po": porosyjskiej, pożydowskiej, poniemieckiej, w każdym razie wskazującej przynależność w przeszłości do właścicieli innej narodowości, wiary, zwyczajów, niż ci obecni.

Na ten widok w autokarze rozległo się wielogłosowe:
"O! Pracują, jak w Polsce!"
Pierwsze miasto na trasie: Daugavpils/Dyneburg/Dźwińsk.
Na peryferiach
Na drodze z Dyneburga do Rēzekne: wyciąganie tira z rowu.
podobno wiózł szampan...
Po godzinie
Społeczność Polskiego Państwowego Gimnazjum w Rēzekne obchodziła Dzień Niepodległości 9 listopada. Dyrektor szkoły Walentyna Szydłowska powitała uczestników w stroju łotewskim, dwie nastoletnie konferansjerki (Polki) wystąpiły w stroju szlacheckim polskim i ludowym łotewskim. Na ścianie za nimi - godła, flagi i wstęgi w barwach obu krajów. Pełna harmonia i zrozumienie. Polacy mówią: tu żyjemy, pracujemy na rzecz tego kraju i nigdzie się z niego nie wybieramy.




Ciekawy instrument, struny, pod nimi metalowe sztabki, gra się monetą. Może
to jakaś odmiana kokli?

Instrument ludowy. Jak wyjaśniły mi panie ze Związku Polaków Łotwy,
nazywa się on "bęben" lub "diabeł", stąd małpka na szczycie.
Grający postukuje nim rytmicznie o podłogę.
Ruiny krzyżackiego zamku w Rēzekne/Rzeżycy/Rositten. Stąd rozwinęło się miasto
nad rzeką o tej samej nazwie.
Rzeka Rēzekne opasuje wzgórze zamkowe
U stóp ruin coś nowoczesnego: otwarte w tym roku Centrum Usług Twórczych
„Zeimuļs”

Gospodarze słusznie czynią, chwaląc się swoim nowym nabytkiem. Centrum „Zeimuļs” (ołówek) otwarto na wiosnę tego roku. Całość kosztowała 10 milionów euro, większość z tego pochodziła z unijnych środków. Na dole jest Centrum Informacji Turystycznej i kawiarnia, na górze sale zajęć dla dzieci i młodzieży. Do wyboru jest 60 różnych kółek zainteresowań (w 30-tysięcznym mieście), przez różne gatunki tańca, techniki plastyczne i rękodzielnicze, po mechatronikę i eksperymenty chemiczne. Jak mówi Mareks Grišins z CIT, żaden z instruktorów nie ma etatu, każdy przedstawił projekt swoich zajęć i jeśli zyskał on uznanie samorządu, dostał dofinansowanie. Wśród sal jest jedna skomputeryzowana, specjalnie przeznaczona dla młodzieży, chcącej pisać projekty. Jeśli ktoś ma pomysł na zajęcia dla młodszych od siebie, pisze projekt i startuje po dotację od miasta. Lek na problemy kultury w Sejnach?


Wystawka w związku z Dniem Niepodległości Łotwy 18 listopada.
Wszystko w kolorach flagi. Łotysze w ten dzień strzelają z petard w centrum miast.
Gadadiena znaczy rocznica.

Centrum „Zeimuļs” w dniu otwarcia. Widać połamaną bryłę dachu obsadzonego trawą i dwie wieże
"ołówki". Jest legenda, jakoby spadły one z nieba i wbiły się w ziemię.
Od nich bierze się nazwa centrum
Budynek w środku to stal, szkło i uszlachetniony beton. Plus prace plastyczne
powstałe w nieznanych mi, a wartych skopiowania technikach
Która damska, która męska? Na każdym kroku widać motywy zaczerpnięte z
łatgalskiej sztuki ludowej
Jeden z "ołówków"z motywami z ludowych krajek
Wieże co chwilę zmieniają kolory. Jest fiolet, żółty, czerwony, szary, zieleń

Patio na środku gmachu: podświetlony, szklany bruk. Oczywiście ludowe kwadraty :)

Zachód słońca nad Rēzekne, widziany z wieży-ołówka

Kawiarnia Rositten (czyli kafejnica, a Rositten to krzyżacka nazwa osady,
znanej już w IX wieku)
W CIT do kupienia rękodzieło, w znane już wzory z kwadratów
Pierwszy wieczór spędziliśmy w Dricāni (Drycanach), siedzibie "pagastu" czyli gminy wiejskiej, rodzinnej wsi etnologa barona Gustawa Manteuffla. Duch barona musiał krążyć w okolicy, bo ja przeżyłam kulturowy szok. Ale od początku... Zaproszono nad do miejscowego domu kultury, gdzie społeczność świętowała św. Marcina. Na salę koncertową ściągały całe rodziny: dziadkowie, rodzice, dorosłe dzieci, wnuczęta, laski na szpilach, meni pod krawatem. Wszyscy z koszyczków wyciągali przygotowane jedzenie, siadali za stołami i oglądali występy. Przy wejściu płacili jakieś niewielkie sumy, w zamian dostając przypinki z numerkami, potem była loteria. My z Polski patrzyliśmy na to wielkimi oczami: ludzie bawią się razem! Nasze gospodynie wyjaśniły nam, że w miastach Łotwy to też się już nie zdarza, ale na wsi, owszem. Pal licho, kto i kiedy budował im te ogromne ośrodki kultury, dość, że nie stoją one pustką i są autentycznie miejscem spotkań.

Męskie granie i śpiewy

Drugi szok przeżyłam usłyszawszy łatgalski śpiew i muzykę ludową. W swej niewiedzy i zadufaniu wyobrażałam sobie, że Łotwa to jakby nieco inna Litwa i tu łuski spadły mi z oczu. Jeśli mogę spróbować porównać to do czegoś mi znanego, to folklor łatgalski "asocjonuje" mi się z muzyką Karpat, rumuńskich Cyganów itp. Tyle jest w tym optymizmu i dynamiki, że... Kolejną sprawą jest język, w którym chyba tylko "lab den" kojarzy się z "laba dena" i "lab rit" z "labas ritas", poza tym nie byłam w stanie wyłapać żadnego słowa. Poznałam "skola" - szkołę, "iela" - ulicę.


Wschód słońca nad rzeką Rēzekne
Zamieszkaliśmy w ogromnym gmachu nad rzeką, mieszczącym internat dla dzieci nieprzystosowanych społecznie. Na wstępie intendent zakazał mi palić przy wejściu, bo dzieci patrzą. Okazało się, że słusznie, bo nasz kierowca nie znał tego zakazu i w efekcie był molestowany przez kilkuletnich kajtków o papierosy. Tu przeżyłam kolejny szok. Wydawało mi się, że jadę na Łotwę przygotowana, obczytana trochę o tym kraju. Kiedy jedna z nowo poznanych osób, z którą ochoczo nadawałam po rosyjsku, powiedziała "my wszyscy Słowianie", a ja chciałam zaprzeczyć, powiedzieć, "my Słowianie, a wy Bałtowie", dotarło do mnie, że ona ma rację. Miejsca, w których byliśmy, są właściwie zdominowane przez Rosję, język, kulturę, ludzi. Jak ma się ta większość narodowa, o tym nieco później. Tymczasem szukając sposobu na znalezienie klucza od wejściowych drzwi do internatu, zagadałam po rusku do dzieci i okazało się, że wsie razgawarywajut. Dziwne to sprawia wrażenie w porównaniu z Polską, gdzie ludzie poniżej trzydziestki niemieją słysząc russkij jazyk. Z drugiej strony - nigdy w swoim życiu nie usłyszałam tylu komplementów na temat  doskonałego władania przeze mnie językiem obcym :)

Wracając do internatu. Męczyłam panie polonuski (w większości władające tylko rosyjskim i łotewskim), co też mogło tam wcześniej być, zanim zbudowano internat. Brzeg rzeki, wzgórze, piękne widoki. No i jedna zadzwoniła do męża, żeby zapytać i okazało się, że był tam posterunek poczty konnej  na trasie Warszawa-Petersburg.  Wot i wsio.

Altana śmietnikowa przy internacie. Jeśli wierzyć graffitti, to również norweskie dzieci
były tu resocjalizowane.
Nazajutrz po śniadaniu zajechaliśmy do łotewskiej Częstochowy - Agłony. W autokarze zamęczałam siedzące obok polonuski. Jedna z nich miała reklamówkę z logo Ermitaża. "Byliście w Ermitażu?" - pytam. "Urodziłam się w Petersburgu, mam tam mamę i siostrę. Kiedyś jeździłam tam co roku, teraz rzadziej" - mówi piękna i pełna godności pani. "Ale u was polskie korzenie są?" "Kilka procent" - odpowiada.

Agłona przy pięciostopniowym mrozie i w słońcu wyglądała jak na tacy. Zawsze i wszędzie będzie mnie dziwił łabędziobiały barok na tle surowej przyrody, nędzy drewnianych chatek i artretycznych starców. Kosmiczne wrażenie robi gigantyczna hala w prawie pustym polu nad jeziorem. Podobno Matka Boska objawiła się w sosnowym lesie i wskazała to miejsce jako to, w którym chce mieć sanktuarium. Wtedy była tu puszcza.

Agłona. Nasze gospodynie prowadzą nas do wejścia.

Wnętrze kościoła jest świeżo po remoncie. Słynna ikona na ołtarzu głównym - schowana za rusztowaniami i folią.







"Ucho nadstawiaj do prawa"


Ambona, jak bombonierka. "Głoście Ewangelię wszelkiemu
stworzeniu. 1615"


Konfesjonał i uczucie sentymentu. Z takiej słomki
przed wojną robili siedziska krzeseł! Jako dziecko
oglądałam palenie takich krzeseł w ognisku. Były zniszczone
i nie nadawały się do naprawy


Kościelne papcie

W czasie remontu msze odbywają się w krypcie. Czystej, ogrzewanej.


Renowacja putta

Po wyjściu z kościoła za autokarem paliłam z kolejną z naszych opiekunek, działających w ZPŁ. Powiedziała, że 30 lat mieszkała w sercu ZSRR, męża ma Łotysza, a polskości w niej mały ułamek. Znów usłyszałam, że dobrze mówię po rosyjsku :)

Z Agłony wróciliśmy na dłużej do Daugavpils/Dyneburga/Dźwińska nad Dźwiną, ulokowanego w XVI wieku przez Batorego. To jedno z miejsc, gdzie Rosjanie stanowią olbrzymią większość. Pod domem polskim poznaliśmy rodowitą krakuskę, Renatę, nauczycielkę, która zawarła kontrakt z dwoma ministerstwami RP i przyjechała uczyć polskie dzieci w Łatgalii. Renata jest tu od paru miesięcy i orientuje się, co i jak.
"Wiesz, Rosjanie zaczynają być tu drugiej kategorii, chociaż jest ich więcej. Tu są fantastyczni fryzjerzy. Wszystko absolwenci liceów plastycznych, co nie mogą znaleźć lepszej pracy, bo zarezerwowana jest dla Łotyszy. A widziałaś malowidło na ścianie w gimnazjum w Rēzekne? Te dziki przedzierające się przez las? To malowała sprzątaczka! Dziewczyna skończyła akademię sztuk pięknych i może tylko sprzątać, bo jest ruska".

"Złyje sobaki" na ul. Warszawskiej


Ul. Warszawska, elegancka kamienica, siedziba Domu Polskiego


Kolejny szok, tu wszędzie leżą polegli akowcy i legioniści.


Wzgórze Słobódka w Dyneburgu. Leży tu ponad 300 legionistów
generała Rydza Śmigłego. Łotysze czczą ich w styczniu za decydujący udział w
uwolnieniu miasta z rąk bolszewików w 1920 roku.


Łotewska warta honorowa


Mundur też z motywami ludowymi?


Kwiaty na Słobódce składają mer miasta Żanna Kułakowa (także szefowa związku
kobiet biznesu) oraz prezes ZPŁ Ryszard Stankiewicz


Sobór św. Borysa i Gleba


Matuszka Rassija, domik jak z bajki



Ulica Andreja Pumpura


Andrej Pumpur to chyba jeden z najważniejszych poetów Łotwy. Jest autorem eposu, opartego na dawnych legendach. Ich bohaterem jest Lāčplēsis (Niedźwiedziobójca), heros walczący z siłami zła. Łotysze mają święto narodowe 11 listopada i jest to właśnie dzień Lāčplēsisa.



Ulica 18 Listopada, czyli dnia odzyskania niepodległości przez Łotwę







Pamiątka czasów przed-emailowych. "Wasz kod pocztowy 2284400"


Furtka do ogródka


Marzyłam, żeby ją zobaczyć. Molenna staroobrzędowców z początku XX wieku,
stoi przy ul. Puszkina






Nastawnik wypadł z bramki, złapał teczkę z bagażnika samochodu
i pomknął w głąb ulicy.










Dziedzińcem przemknęła posłusznica. Za bramkę można było wejść,
ale robić zdjęcia - zakazane



Ul. Puszkina






Katedra luterańska, w tle polski kościół Niepokalanego Poczęcia  NMP

Czekała nas impreza z okazji 90-lecia ZPŁ w Dyneburgu z udziałem ambasadora RP na Łotwę Jerzego Marka Nowakowskiego. Przy wejściu na salę uczestnicy witali się, jak w moich podręcznikach do języka rosyjskiego z czasów podstawówki, tyle, że po polsku: "Ze świętem, moja droga sąsiadko" "Ze świętem, ze świętem".
W trakcie akademii w Pałacu Kultury porozmawiałam z panem Edvardsem ze wsi Indra. Wnuk polskiego oficera w carskim wojsku i kolejarza, polskiego nie zna już wcale, ale nie przyznał się do tego, mówiąc, że wszystko rozumie i żeby mówić do niego po polsku. Ja zadawałam mu pytania, na które należało odpowiedzieć opisowo, on odpowiadał "da" lub "niet". Moje trajkotanie po polsku było mu chyba miłe, bo na pożegnanie nie chciał puścić mojej ręki, płakał i całował, dziękując po wielekroć.


Bankiet w Pałacu Kultury w Dyneburgu. Bawi się miejscowa Polonia
W trakcie akademii był czas na zakupy w pobliskim markecie Supernetto (najpopularniejsza sieć, oprócz znanej z Litwy Maximy). Towar głównie litewski albo ogólnoeuropejski, niewiele łotewskich wyrobów. Przy kasie zaczepiła mnie staruszka. "Co to jest?" - zapytała wskazując piwo w puszce. "Piwo"-mówię - "Narysowana woda, kwiaty, ryby i rybak, ale to jest piwo". "Wy Polka! Od razu wiedziałam!" "A skąd?" "Po akcencie. I zakupy macie takie...nieekonomiczne. Trochę tego, trochę tego, do spróbowania, a wszystko najdroższe. I ja Polka, ale języka nie znam. Tak mało znałam, że już postanowiłam, nie będę się uczyć. Moja córka we Wrocławiu, ale ja chora, nie odwiedzam jej często. Wy na święto przyjechali do Pałacu Kultury? To bądźcie zdrowa i ze świętem!"

W Supernetto natykam się na słynny przysmak, którego u nas nie produkują i nie eksportują, ludzie radzą sobie dogadując się na forach z Rosjanami i płacąc im za wysłanie. Czego? Batoników z krwi bydlęcej. Dobre źródło żelaza, ma w składzie "suszoną krew spożywczą". Smakuje jak krówka i jest czarny, ale nie od kakao, bo go nie zawiera.

Czemu u nas tego nie ma? Jemy kaszankę, a cukierki to od macochy?

Na wieczór pojechaliśmy do Feimaņi (Feiman), siedziby "pagastu", gdzie w domu kultury trwał benefis miejscowego zespołu teatralnego. Znów lekkie zadziwienie: dorośli ludzie, przedstawiciele różnych zawodów przebrani dokazują na scenie, a pełna widownia śmieje się i bije brawo. W drzwiach piękna dziewczyna, przebrana za lekarkę wyjaśniała nam parusskij, że na sali krąży wiele zarazków i bakterii, dlatego należy przyjąć zawczasu lekarstwo. Lekarstwem była miejscowa "smakowka" o mocy bimbru, do tego z koszyka koreczek lub rożek gofrowy z kremem.

Jubileusz teatru. Każdy z aktorów dostał dyplom a następnie dwóch
panów "technicznych" pobujało go w samochodowym fotelu z doprawionymi
biegunami :)
Pierwsza z prawej: wraczycha, która witała nas przy wejściu

Następnego dnia goszczono nas w Bērzgale (Berzygał), na mszy w kościele św. Anny, zbudowanym przez Manteufflów-Szoege, z których jeden był szambelanem króla Stasia.





Schody na strych kościelny

To pierwszy strych zabytkowego kościoła, na jaki
udało mi się dostać
Między podwójnymi wrotami wejściowymi do kościoła
- oryginalna "kłódka". Wieś może się zamknąć od środka
i pokazywać napastnikom figę z okien wież kościelnych

Św. Anna w całej okazałości
(znów barok króluje nad małą wioseczką)
Urząd gminy i dom kultury w jednym. Uroczystość wciągania
flagi Łotwy na maszt.


Łatgalki w strojach ludowych
Miejscowi
Bērzgalczycy, kobiety w łatgalskich strojach ludowych. Pierwsza z prawej w szarej kurtce
-Inara.

 Inara jeździła z nami od miejscowości do miejscowości w charakterze jednej z cicerone. Mówiła tylko po rosyjsku, krótka gadka naprowadziła nas na podobne zainteresowania (koty) i doświadczenia życiowe. Inara pracuje w miejskim przedsiębiorstwie wodociągowym w Rēzekne, wystawiając rachunki i pilnując wpłat za zużycie wody. Poznając ją lepiej, poznałam to wszystko, co charakteryzuje kobiety Wschodu i czego spragnieni rodzinnego ciepła mężczyźni z Zachodu szukają na specjalnych portalach matrymonialnych. 
Inara nie mogła zrozumieć, jak mogę nie mieć męża, odwołania do angliczańskiego słowa "single" nic jej nie mówiły. "Oni są tacy, trzeba im przytakiwać, żeby myśleli, że racja jest po ich stronie, a po cichu robić swoje, takie już życie, nic nie poradzimy". "Inara, ja jestem sama, bo nie chcę potakiwać, udawać". "Więc życzę, żebyś znalazła takiego 'pri mozgach' co będzie ciebie rozumiał".
Wszystkie te rozmowy toczyły się w wielkiej bliskości, nawet jeśli stałyśmy same na pustym chodniku i wkoło nie było żywej duszy, ona szeptała mi na ucho, najczęściej trzymając mnie za rękę, albo obejmując w pasie. Teraz to ja z przyjemnością słuchałam trajkotania, rozumiejąc jakąś jedną trzecią w biegłym rosyjskim.
Lekiem na codzienność jest dla niej bycie...morsem. Codziennie przed wyjazdem do pracy wskakuje w stroju kąpielowym do stawu i przepływa jedną jego długość. "Nie mówię, że nie jest zimno, bo jest. Ale wszystkie problemy, złe myśli odpływają gdzieś daleko". Taka jest ta moja koleżanka z pięknymi pazurkami z akrylu. Dałabym jej dwadzieścia lat, ale ma prawie pięćdziesiąt i dwoje dzieci, w tym starsze dwudziestoośmioletnie.  

Kotara na scenie w domu kultury w Berzygale. Wełniany samodział,
mięciutki, gruby, kilkunastometrowy.

Pożegnanie jest łzawe. Odbywa się przy stole z jedzeniem, "smakowką" w ceramicznej butli, zrobionej przez miejscowego garncarza i "balzamie" - łotewskiej specjalności o sporej mocy na bazie ziół. "Czaj-kofie, potancujem. Piwo-wodka, poleżym" - podsumowuje Inara, cytując swojego męża-Rosjanina.

Ktoś gra na trąbce "pożegnania to nie dla nas, wkrótce znów spotkamy się".

***
Dziękuję za tę podróż Orkiestrze Dętej OSP Sejny