Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dwory. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dwory. Pokaż wszystkie posty

20 sie 2020

Piotr Dapkiewicz o Czesławie Miłoszu


Na 16. rocznicę śmierci Miłosza pod wpływem bodźca od znajomego ruszyłam sprawdzić, o czym pisałam wtedy. Otóż robiłam wywiad z Piotrem Dapkiewiczem, który teraz, od pięciu już lat z Miłoszem może w karty sobie gra. 

Ale jednocześnie w alternatywnym wymiarze, w sierpniu 2004 roku wspomina:
 
- Związek mojej rodziny z dworem brał się może stąd, że gospodarstwo Dapkiewiczów w Żegarach było przed wojną jednym z najlepszych, tym bardziej, ze dziadek był pszczelarzem, a Kunatowie, następnie Lipscy, mieli pasiekę, a nie było jej komu doglądać. Dziadek był tam wzywany, kiedy pszczoły się roiły, kiedy było miodobranie. Mam dwa jego zdjęcia zrobione z panią Lipską. 
 

   W międzyczasie przyjeżdżał tam jej kuzyn Miłosz, obecnie nieżyjący, i zdarzyło się, że odwiedził on nas. Poznał się z moim ojcem. Stało się to może nie tyle przez pszczoły, ale przez wodę. Krasnogruda nigdy nie miała wykopanej dobrej studni, zresztą do dziś tak jest. I oni tą wodę brali od nas, nie wiem nawet w jaki sposób ją dowozili. Od 1926 roku w naszym gospodarstwie istniała studnia o bardzo dobrej wodzie.

Zawsze sądziłem, że mój ojciec Kazimierz był jednoroczny z Czesławem, ale teraz okazuje się, że był trzy lata starszy. Ich przyjaźń tak przetrwała, że Miłosz nie zapomniał nawet w czasie okupacji, chociaż się nie widzieli. Moi zostali wysiedleni do Niemiec, on też wiele przeżyć miał.


  Pamiętam jako dziecko, że siostry Kunatówny (Gabriela, po mężu Lipska i Janina, prowadziły we dworze pensjonat, w którym bywał ich kuzyn Czesław – przyp. M.K.) właścicielki Krasnogrudy, to był 1946 rok, one zatrzymały się u nas. Skąd one wróciły? Chyba z Gdańska. Przyjechały do Krasnogrudy, ale wiadomo, że jak była polityka nienawiści do panów, to pracownicy bali się i nawet nie mieli warunków przetrzymać je. Więc przez dwa, trzy tygodnie te panie u nas mieszkały. Mama dała im pokoik i dwa łóżka.


  Wiele lat później Andrzej, on jest młodszy od Czesława, on przyjeżdżał, ale tylko incognito, jeszcze przed Czesławem. Oni jakby się obawiali, bo to było za Polski Ludowej. Wiedzieliśmy, że przyjeżdża zawsze po miód, jak lato przychodziło. Kupował u Wilkialisów w Dusznicy. Odwiedzał niektórych pracowników dworu Krasnogruda, Czeropskich zwłaszcza, bo to takie trzy rodziny były Czeropskich, synowie woźnicy, który powoził przed wojną. A przyjeżdżając Andrzej zamieszkiwał w Ogrodnikach.

My o tym wiedzieliśmy, i jak już ogłosili Czesława noblistą i wyszedł ten film “Dolina Issy”, ja może pierwszy z okolicy pojechałem do Suwałk obejrzeć go, wiedziałem, że jest dobrze pokazane, choć tej książki nie czytałem. Ciągle moja mama wspominała o tych Miłoszach.


  Kiedy Czesław po raz drugi był na Litwie, po tym, jak wręczali mu honorowe obywatelstwo Litwy, to był 1992 rok, słuchałem w radio o jego spotkaniu z pracownikami dworu w rejonie kiejdańskim, tego, w którym się urodził. Najdłużej trwała rozmowa Miłosza ze starą służącą, nie pamiętam jak się nazywała. Jej matka przekazała przed śmiercią - ja nie doczekam, bo takie okropne czasy, ale jak spotkasz kogoś z rodu Miłoszów – pamiętaj, wycałuj go. No i ta staruszka chwyciła tego Czesława i jego brata Andrzeja i serdecznie wycałowała.


   6 czerwca 1992 roku – mam wpisane w kronice rodzinnej, po południu przyjechał samochód z “Pogranicza” i wysiadł z niego noblista Czesław, którego znałem z telewizji i jego brat – Andrzej. Oni mnie pozdrowili po litewsku, ja do nich też po litewsku, a oni mówią – nie, my tylko tyle z dzieciństwa pamiętamy. Chcemy odwiedzić Kazimierza. Powiedziałem, że niestety, już nie żyje, zmarł w latach 50-tych. Przedstawiłem się jako pozostałość po Dapkiewiczach. 
 

   Był z nimi Czesława Miłosza syn, wyższy od ojca, on prosił: - opowiedz to, co pamiętasz. Prosił pokazać byłe własności majątku Krasnogruda. Ja ich zaprowadziłem na najwyższą górę w kolonii. Za jeziorem Gaładuś rozciągają się takie lasy, teraz nazywają się żegarskie, ale mój dziadek je nazywał i zachowało się w zapisach – krasnogrudzkie, bo to była ich własność.


Obaj bracia zachwycali się, a syn pyta: - czy tu można zrobić jakiś biznes? Pytam: - a o jakim pan myśli? On na to: - ja produkuję komputery. Porównałem wtedy dwa podejścia do wspomnień, ojca i syna. Akurat była pora obiadowa i żona na szybko przygotowała wiejski obiad. Pamiętam, że były bliny litewskie na liściach kapuścianych. Nie wiem, czy przesadzali, czy naprawdę im smakowały, ale bardzo je chwalili.

Wciąż wracali do swoich wspomnień, do stryja, którego pochowali w Paryżu, Oskara Miłosza, znanego z historii Litwy, bo był pierwszym ministrem kultury odrodzonej Litwy, przed wojną. Andrzej rozpytywał brata, jak ten grób jest zachowany, czy łatwo go znaleźć. Mnie to bardzo interesowało. Oskar Miłosz był też pisarzem, został wyklęty z rodziny, bo pojął za żonę dziewczynę narodowości żydowskiej, wtedy były takie czasy.


   I takie to było nasze miłe spotkanie. Tego dnia na pewno nie pojechali oglądać dworu, bo brat mówił, że tam wszystko jest zniszczone, lepiej zapamiętać to, co było kiedyś.

Takie mam związane z Miłoszem wspomnienia. Smutne, ale z tym piękne, że taką osobę poznałem. Czy Miłosz był Polakiem, czy Litwinem? Giedrojć kiedyś powiedział, że jest ostatnim obywatelem Wielkiego Księstwa Litewskiego. Miłosz to samo. 

Wywiad z Piotrem Dapkiewiczem ukazał się w 18 nr "Przeglądu Sejneńskiego" z 2004 roku. 

9 lis 2015

Rowerem cz. V - Kielczany, Bubele, Jenorajście


  Aby dotrzeć do najważniejszego w tym poście Jenorajścia, mogłam jechać prosto z Sejn na Radziucie i następnie skręcić w odpowiednim miejscu w lewo. Zamiast tego jeszcze raz ponowiłam eskapadę z wpisu "Rowerem cz. IV", której bohaterem były Janiszki.  I właśnie od nich wyprawiałam się dalej.

Rozjazd w Janiszkach (wg. map Google-Wesołówka)
Na lewo - do trasy Sejny-Krasnowo,
na prawo - do tej samej trasy, ale do centrum Bubel.

  Przejażdżka żwirówką nie jest zła, atakujących psów nie było. Po dotarciu do asfaltowej trasy na Krasnowo przecięłam ją i pojechałam dalej przed się. Tu pewnym problemem jest położone po prawej stronie żwirówki, nieco oddalone od traktu rozpadające się, ale zamieszkane gospodarstwo-widmo, z którego wyskakuje chmara agresywnych kundli. Przyznaję, że dopiero za drugim podejściem pokonałam tą trasę, właśnie ze względu na nie. Mea culpa, bo niepotrzebnie zatrzymałam się na kilka minut dla pogrzebania w internecie i psy mnie zwietrzyły. Za drugim razem mknęłam jak wiatr i jakoś poszło.

  Trasa sama prowadzi wśród gospodarstw w kierunku dawnego PGR-u Jenorajście. Najpierw jest góra, potem wzdłuż zjazdu fantastyczne zabudowania: po lewej mieszkalne budynki pracowników, po prawej stodoła. Niestety zdjęć brak, to rzecz, którą nadrobię w przyszłym roku. W końcu po lewej stronie pokazuje się wśród licznych rabat, ogródków i fragmentu sadku - dawny dwór Jenorajście.

Zdjęcia robiłam z kolejnej góry, kiedy już go minęłam



Miałam kiedyś okazję zwiedzić go - dom jest większy,
niż można wnioskować, patrząc z zewnątrz

Otoczenie bardzo nietypowe, ani śladu podjazdu, okrągłego
klombu,  czasy pegeerowskie mocno na to wpłynęły.
 

Tak się składa, że jeśli chodzi o Jenorajście, miałam okazję zgłębić temat stokroć lepiej, niż innych dworów. A jak to było, opowiem. W sejneńskim klasztorze 20 lipca 2012 roku odbyła się uroczystość poświęcenia nowego witraża, który przedstawia Matkę Boską według obrazu Bartolomea Murillo, oraz świętych młodzianków: Alojzego Gonzagę i Stanisława Kostkę, adorujących jej postać. Autorem witraża jest Paweł Przyrowski, artysta związany rodzinnie z Sejnami, wnuk Salomei Przyrowskiej, legendarnej nauczycielki języka rosyjskiego i rysunku.
  Nowy witraż zastąpił wcześniejszy, zaginiony w tajemniczych okolicznościach po wojnie i znany (chyba) tylko z jednej pocztówki. Oryginalny witraż prawdopodobnie został umieszczony w oknie klasztoru w XIX wieku, kiedy gmach przechodził gruntowny remont. Witraż zdobił wejście do budynku od strony klasztornego ogrodu. Następnie w latach powojennych za sprawą ludowej władzy zdemontowano go i złożono w podziemiach klasztoru, gdzie w nieznanych okolicznościach został zniszczony. 


Krążąca po sieci pocztówka z Wyższego Biskupiego
Gimnazjum św. Kazimierza, mieszczącego się od 1923 r.
w klasztorze.

 A oto i replika, która, jak łatwo zauważyć, przewyższa oryginał, nie tylko liczbą detali.

Całość
     
Św. Alojzy Gonzaga


Św. Stanisław Kostka






Poświęcenie witraża, lipiec 2012. W uroczystości wzięli udział
przedstawiciele szlacheckich rodów Sejneńszczyzny


Co symboliczny powrót witraża do klasztornego okna ma wspólnego z dworem Jenorajście? Otóż ma. Fundatorką dzieła była pani Irena Kasperowicz-Ruka, córka przedwojennego właściciela dworu. O tym wszystkim miałam z nią możliwość porozmawiać (wywiad ukazał się w Przeglądzie Sejneńskim nr 15/2012).

"I. K.-R.: - Kasperowiczów w Polsce jest kilka gałęzi, ale jest to dosyć rzadkie nazwisko. My byliśmy Kasperowiczami z Jenorajścia. Tam mieszkali moi rodzice i dziadkowie. Tak się stało, że przed wojną tata podzielił to Jenorajście i miał po wojnie dokument, że na skutek podziału między rodzeństwem majątek nie podlega parcelacji, czy ustawom Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego. Kiedy właściciele ziemscy zostali pozbawieni swojej własności, na dodatek nie mogli osiedlać w pobliżu. Był taki zakaz osiedlania się – określano to w kilometrach – ile kilometrów dalej musiano zamieszkać. Stąd oni z przymusu rozpierzchli się po Polsce. Myśmy zostali ostatni z tym papierkiem, ale to się w tamtym czasie nie podobało, że wszyscy wyjechali, a my tu siedzimy. Pomimo podziału było wspólne gospodarowanie, no bo przecież nie było w stanie podzielić ziemi na cząstki i wybudować domów. To były przecież kwestie posiadania odpowiednich funduszy, żeby to zrobić, a to były straszne czasy powojenne, które ludzie z trudem przetrwali. W pewnym momencie przyszło trzech smutnych panów i poprosiło nas o opuszczenie domu, natychmiast. Nie zakazali osiedlania się w pobliżu. Mój ojciec zapakował wielopokoleniową rodzinę na furmankę, razem z podstawowymi sprzętami domowymi. Stanął pod świętą Agatą w Sejnach i zaczął się rozglądać, co tu robić? To było 30 marca, wczesna wiosna roku 1951. Ksiądz Antoni Wężyk i ksiądz Majewski zauważyli to, porozmawiali z ojcem i dali nam mieszkanie na plebanii, wiedząc, że faktycznie jesteśmy bezdomni.

M.K.: - Jak długo pani rodzina mieszkała w Sejnach?
I. K. -R.: - Mieszkaliśmy tam do do 1990 roku, czyli 39 lat. Chcieliśmy się wyprowadzić, nie dało się mieszkać na plebanii tak długo. Ojciec nie mógł dostać pracy. Muszę to powiedzieć, że nie mogąc dostać pracy, kupił konia i woził węgiel i piasek. Tutaj są starsze osoby, które to pamiętają. Moja mama miała wyższe wykształcenie. Skończyła wydział historii na Uniwersytecie Stefana Batorego w Wilnie i pracowała w gimnazjum, kiedy byliśmy jeszcze w Jenorajściu – tuż przed wojną i po wojnie. Kiedy znaleźliśmy się w Sejnach, nadal pracowała przez jakiś czas. W 1952 roku została usunięta w gimnazjum. Była rok bez pracy, po roku dostała posadę telefonistki w Urzędzie Miejskim, a po kolejnym roku otrzymała propozycję pracy w szkole podstawowej w Poćkunach, która to jest odległa o cztery i pół kilometra od Sejn. Pracowała tam też moja ciocia, która nie miała wyższego wykształcenia. Wówczas nie było autobusów, obie szły codziennie rano, a potem wracały na piechotę z Poćkun. Na palcach jednej ręki można było wówczas policzyć nauczycieli z wyższym wykształceniem, dla mojej mamy była to więc pewna degradacja. To był cios, bo najpierw zostaliśmy pozbawieni własności, środków do życia, potem mama została pozbawiona pracy. To były niełatwe czasy, ale panowała pogoda ducha, wszyscy robili co można było. Hodowali świnie, robili plisowane spódniczki, nawet sękacze piekli. Ludzie tutaj pamiętają, że plisowane spódniczki i sękacze robiono na plebanii. Rodzina robiła co mogła, szukała źródeł utrzymania i starała się utrzymać pogodę ducha, bez narzekania na los i utyskiwania. Taki hart ducha mieli.

M.K.: - W tych czasach zaginął witraż zdobiący sejneński klasztor.
I. K.-R.: - W czasie najgorszych restrykcji witraż klasztorny został usunięty. Trudno dociec, kiedy. Wizerunek ten nie był zgodny z ówczesnymi potrzebami. Losy nasze w ten sposób zostały połączone. Warto nadmienić jeszcze, że na plebanii mieszkało więcej osób. Ksiądz ludziom w potrzebie udostępnił lewe skrzydło. W sumie mieszkały tam cztery rodziny. Każda z nich próbowała jakoś zły los inaczej pokierować, wiedząc, że na plebanii nie wypada mieszkać bez końca. Ojciec też kupił działkę od sióstr tutejszych, na górze w pobliżu szpitala. Wiele osób te działki kupiło. To były czasy, kiedy to się nie podobało władzom miejskim. Po kupnie działek wszyscy mieli plany budowy, chcieli stawiać domy. Wtedy przyszedł zakaz budowy przez dwadzieścia lat. Nie można było tam nic budować, bo były inne plany przestrzennego zagospodarowania. Tata dał za wygraną, zaczął budować dom w Legionowie, gdzie mieszkała przed wojną moja rodzina i gdzie dostał kawałek ziemi za darmo. Moja rodzina przeniosła się do Legionowa i tam wszyscy umarli, ale są pochowani na cmentarzu sejneńskim.
Ważne jest to, że mieszkaliśmy na plebanii tak długo, w dramatycznych okolicznościach i pomimo chęci nie mogliśmy się wyprowadzić, bo kiedy ojciec kupił tą działkę, pieniądze zostały zamrożone i nie można było kupić ziemi gdzie indziej. W związku z tym jaka była cierpliwość księży, że myśmy na tej plebanii mieszkali tak długo, którzy rozumieli to, że nie można inaczej. Ksiądz Wężyk, ksiądz Majewski, później ksiądz Rogowski podchodził do tego równie wyrozumiale. Z wielkim uznaniem tak samo o nim wspominam, bo ks. Rogowski to był wielki gospodarz. Zakładał wodę na plebanii, do której dostępu wcześniej nie było. I nam założył wodociąg. Proszę sobie wyobrazić czasy, że lokatorom, którzy siedzą komuś na głowie, zakłada się wodę. Na ogół się tą wodę odcina, żeby się wynieśli! A nam ksiądz założył, bo widział, jak ciężko nosić wodę na piętro. My opuściliśmy plebanię ostatni. Ja mając już czwórkę dzieci, mnóstwo obowiązków i pracy nie byłam w stanie wcześniej, ani finansowo, ani organizacyjnie o tym pomyśleć, ale zawsze o tym myślałam, żeby podziękować.

M.K.: - Jak powstał pomysł, aby w podzięce zrekonstruować witraż?
I. K.-R.: - Było dużo koncepcji, jedną z nich był remont szyb w kaplicy Matki Bożej. Modląc się widziałam, że są tam dziury i przez lata nie było finansowych możliwości, aby je zreperować. Myślałam, że może tam powinno się zrobić witraże? Może z postacią Jana Pawła II, zaczynał się wtedy proces beatyfikacyjny. Wiadomo też, że prymas Wyszyński również będzie objęty procesem beatyfikacji. Ale to jest kościół barokowy, a więc taki, w którym nie było tradycji witraży. A ja się nie znałam na witrażach i przystępując do tego dzieła nie miałam wielkiej wiedzy. Wrzuciłam w internetową wyszukiwarkę słowo „witraże” i pierwsze, co się ukazało, to była pracownia pana Przyrowskiego. Znane było mi to nazwisko, wiedziałam, że państwo Przyrowscy mieszkali w Sejnach, nasze rodziny były zaprzyjaźnione. Wiedziałam, że mieli wnuki: Anię i Pawełka. Zaczęłam porównywać daty i było coraz bardziej prawdopodobne, że jest to wnuk pani Salomei Przyrowskiej, ale doszłam do tego drogą dociekań. Przygotowana, zadzwoniłam i okazało się, że to się zgadza.

M.K.: - Czy bywała pani w Jenorajściu?
I. K.-R.: - Mój ojciec nigdy. Myśmy odzyskali niedawno to Jenorajście. Ja w tajemnicy przed tatą pojechałam z młodzieżą rowerem w latach sześćdziesiątych i tam był PGR. Pamiętam, że w naszym domu mieszkało pięć rodzin, że gospodarstwo działało, były traktory, budynki ojca, obory, stajnie i tak dalej. Kwitło życie. W momencie, kiedyśmy odzyskali to w 2006 roku i tam pojechałam, była martwa pustynia. Dom był sprzedany, ani jednego budynku mojego ojca. Dom był bardzo zniszczony i sprzedano go pracownikom PGR, którzy w sumie uratowali go od dalszego zniszczenia, bo najprawdopodobniej bez ich troski rozpadłby się. Trzeba powiedzieć, że dotrwał do naszych czasów, bo ktoś go wyremontował i do tej pory tam mieszka. Ja w tym domu się urodziłam, ten dom zbudował mój tata. On go więcej już nie zobaczył."


Witraż od zewnątrz


Widziany nocą
 

25 paź 2015

Rowerem cz. IV - Janiszki, Bubele, Gawiniańce


 Janiszki to miejsce, gdzie według opinii niektórych z moich rozmówców nie zostało zupełnie nic, ni dworu, ni parku. Ale najczęściej tam, gdzie ma być nic, jest sporo i przeżywam miłe rozczarowanie. Janiszki są teraz częścią Bubel, a mapy Google nazywają je Wesołówką (okazuje się, że to jedna ze zwyczajowych nazw, być może wzięta z przedwojennych map wojskowych, niedaleko są też Wojnary i Szklarnia, absolutnie widmowe nazwy, które pamiętają tylko starsi ludzie, a które bywa, że oznaczają nieistniejące siedliska, zaorane do szczętu).

  W każdym razie do Janiszek jechałam trasą na Kielczany. Za dawną zlewnią mleka, przerobioną na dom, drogowskaz i zakręt w prawo prowadzi na Bubele. Warto zawiesić wzrok na pierwszym po prawej gospodarstwie: piękny drewniany dom, stara kapliczka z zatartym napisem, pamiątki fascynującego procesu, jakim było osadnictwo na Sejneńszczyźnie. Sama nazwa Kielczany, od Kielc, wskazuje na jego istnienie. Osadnicy pochodzili jednak nie tylko z Kielecczyzny, ale też z Pomorza. Ich potomkowie do dziś noszą nazwiska bardzo odmienne od miejscowych, kończące się najczęściej na -ski lub -cki.

  Kilka zakrętów dalej, za gęstym zagajnikiem, zaczyna się widok na poważną kępę drzew. Jako pierwszy zwiastun dawnego parku pojawia się godna i dumna lipa.



 Przyglądając się jej miałam nieodparte wrażenie, że ktoś tu bardzo dba o porządek. Kawałki kory, które oddzieliły się od ściętego pnia wyglądały na... uporządkowane, tak jakby ktoś je pieczołowicie poskładał z myślą, że jeszcze się przydadzą.

Ni to ołtarzyk, ni to święte miejsce. Komuś zależy-pomyślałam
  Miejscowi uprzedzali mnie, że tak właśnie jest u spadkobierców tego miejsca - porządnie i do rzeczy. No i fajnie, nie ma nic gorszego, niż obraz destrukcji i zniszczenia, jak to czasem w dawnych gniazdach szlachty bywa. Niestety, także i na Sejneńszczyźnie.

Park fantastyczny, drzewa stare

I rzut oka w tył, na przebytą już drogę z Kielczan

  Jak podaje w swoim przewodniku Irena Baturowa, Janiszki zostały wyodrębnione z dóbr sztabińskich gdzieś na etapie wojen szwedzkich. Zmieniali się właściciele, zmieniały granice. Janiszki miały też związek z nieodległymi Ochotnikami, o których jest w "Rowerem cz. I". W XIX wieku nabyli je Heybowiczowie i "trzymali" do 1904 roku, ale o tym przeczytałam już gdzie indziej. W każdym razie ostatnimi właścicielami majątku mieli być Świąteccy i od nich przejęło całość Towarzystwo Kredytowe Ziemskie na poczet zaciągniętych długów. Wracając do tego innego źródła, to jest to 34 numer Magazynu Podkowiańskiego z 2001/2002 roku (dostępny w internecie, warto poguglać). Grażyna Zabłocka w Podkowiańskim Słowniku Biograficznym podaje więcej ciekawych faktów na temat dawnych właścicieli Janiszek i ich potomków, biorących udział w powstaniach, ruchu oporu.

 Skądinąd wiem też, że z tej rodziny i z tego domu pochodziła organizatorka (w 1944 roku) i pierwsza dyrektor powojennego liceum sejneńskiego, Józefa Heybowicz.

Z wystawy ZSO w Sejnach


- Była to osoba delikatna, dość krucha, skromna, z błąkającym się uśmiechem na ustach. Szkoła to było jej życie – mówiła o swojej ciotce Józefie pani Krystyna Heybowicz-Gieros, z którą udało mi się porozmawiać w trakcie uroczystości 70-lecia liceum. Józefa Heybowicz w latach powojennych na skutek działania komunistycznych władz straciła zarząd nad szkołą i na dwa lata została karnie przeniesiona do Olecka. Po powrocie do Sejn nadal była nauczycielką, zmarła w 1976 roku i spoczywa - jeśli wierzyć internetowi - na Powązkach.

 
Z torebką - Józefa Heybowicz. Fot. "Dzieje Liceum Ogólnokształcącego
w Sejnach im. Szymona Konarskiego"w oprac. J. Olsztyn.
(Przy okazji - trzeci od lewej stoi mój nieżyjący już stryj, Franciszek)

 A teraz do rzeczy. Mijany po prawej stronie drogi park kończy się wraz z rozwidleniem drogi na część żwirową (prosto) i asfaltową (ostrym zakrętem w prawo). Przy tej drugiej "spragnionym oczom naszym" ukazuje się takie gospodarstwo:




Najpierw uwagę ściąga wpółuschłe drzewo, które według miejscowych poraził piorun.



   Moi informatorzy wyjaśnili mi, że dom, który można zobaczyć na miejscu, nie jest dworem, a tylko został zbudowany z materiału, jaki miał zostać po zniszczonym dworze. Tak, czy siak, aktualnie stojący tu budynek nie przypomina formą typowych wiejskich domów, i choćby przez to jest interesujący. Wiąże się z tym cała historia. W ramach osadnictwa - jeśli dobrze zrozumiałam - z okresu dwudziestolecia międzywojennego, dawny majątek dostał się zasłużonemu wojskowemu, który przeniósł się w te strony z Wileńszczyzny (na co wskazuje też jego nazwisko, którego nie mogę tu podać, a które występuje licznie na Wileńszczyźnie). Dzisiejsi mieszkańcy to jego potomkowie.

Szczyt domu

  Dom z budynkami gospodarczymi są ustawione w niezwykle wąską podkowę. Na tyle wąską, że widoku na fronton nie da się uzyskać inaczej, niż włażąc ludziom na podwórko, czego staram się unikać, jak dotąd. Dlatego zdjęcia "wycinają" tylko kawałki z całości. 

Jeszcze raz szczyt

Tył domu plus żywy inwentarz
Droga asfaltowa prowadzi od frontu domu, następnie między dawnymi stawami dworskimi, o których powiedziano mi, że było ich w sumie pięć. Po lecie 2015 właściwie trudno domyślić się, że to były stawy. Ale jest cieniście, zielono i bagiennie. Asfalt w tym miejscu chyba przeżywał depresję, bo nałożono na niego gruby garb, nieznośny nawet dla opon roweru typu MTB.

Gdy się już minie Janiszki i rzuci okiem wstecz

Park od "tyłu" od strony Bubel "właściwych"
Tyle przyjemności w tak krótkim czasie, dlatego krążyłam w tamtych stronach przez kilka letnich dni, żeby raz za razem wypatrywać jak najwięcej szczegółów, jednocześnie nie niepokojąc właścicieli. Robienie trasy Sejny-Kielczany-Janiszki-Bubele zawsze doprowadza do tego miejsca:



W tym naturalnym centrum Bubel wiele się dzieje. Kocich łbów co prawda już nie ma, ale są koniki pana K. i kilka ciekawych budynków. 



Piękny szczycik


Budynek gospodarczy i gołębnik, 2 w 1

Tu jeszcze w 2012 r. był bruk, którym - wg. legendy - wyłożono
cesarski trakt

Tak w 2010 r. wyglądał ostatni bruk na publicznej drodze
Sejneńszczyzny (jeśli nie liczyć ul. Konopnickiej w Sejnach)
Droga prowadzi dalej przez Gawiniańce, w których oczywiście najciekawsze są zabytkowe XIX-wieczne domy w "centrum", ale nie tylko one, bo przy drodze z Bubel też jest o co okiem zaczepić.
Dom-perełka, plus całe gospodarstwo takie


Budynek gospodarczy do kompletu

  Na koniec zahaczyłam jeszcze o jezioro gawiniańskie. Ponad 20 lat temu sporo ludzi z Sejn przyjeżdżało się tu kąpać i ścieżka prowadząca od asfaltu na brzeg była wydeptana. Teraz to przeprawa przez pastwisko, a dawna "plaża" jest zarośnięta młodnikiem, takim właśnie ponad 20-letnim.

Jezioro w Gawiniańcach, które według miejscowych ma na dnie
zestrzelony w czasie IIWŚ  niemiecki myśliwiec

5 paź 2014

Rowerem cz. III - Otkieńszczyzna

   Dziś podróż bardziej wyobrażeniowa, niż realna. Trzeba się było napedałować, ale też w równym stopniu poruszać głową, żeby trafić gdzie trzeba.
   Drogę do Otkieńszczyzny trudno przegapić, bo jest oznakowana kapliczką z gustowną, glinianą figurką Matki Boskiej. Zaczyna się przed Berżnikami (jadąc od Sejn), na pagórku, z którego widać cmentarz. Po prawej stronie ma się łany kukurydzy a wśród nich taką oto, zwiastującą przyjemności aleję: 


Figurka stoi po lewej stronie wjazdu w aleję.
W tą stronę kieruje też drogowskaz "Półkoty"

 Ta aleja była dla mnie znacznikiem, dzięki któremu w ogóle wiedziałam, jak szukać Otkieńszczyzny. Przewodniki Baturowej i Rąkowskiego uprzedzają, że po folwarku zostały tylko fundamenty, więc gdyby nie te drzewa... Sęk w tym, że aleja zakończyła się w pewnym miejscu sążnistym zakrętem, a ja nie widziałam nadal miejsca, powiedzmy, które wydałoby mi się godne dworu. Wobec tego pojechałam dalej i zjechawszy ze wzgórza w dolinę zagłębiłam się w prawdziwą dżunglę, jakich nie brak wokół Berżnik i w samej wsi. Chyba nigdzie u nas nie ma takich wspaniałych bagien i chaszczy, w których można się zagubić.

To nie bagna Florydy, to tylko Sejneńszczyzna
Napatrzyłam się i naodganiałam od komarów, po czym jednak zawróciłam, wiedziona instynktem. Okazuje się, że słusznie. W miejscu gwałtownego zakrętu jest zjazd w prawo, na dawne folwarczne podwórko.


Nie wpadłam na to, że to, czego szukam jest za elektrycznym pastuchem.


Piękny, duży plac godny dworu z przyległościami, ale jednak pusty. Na pierwszy rzut oka.


Pod ścianą drzew za to widać przeróżnego kształtu fundamenty. Wg. Rąkowskiego Otkieńszczyzna powstała w XVI wieku jako uposażenie dla namiestnika zarządzającego w imieniu króla dobrami berżnickimi. Tenże namiestnik nosił nazwisko Chodorko, stąd majątek nazywany wpierw Podberżnikami później zaczęto mienić Chodkieńszczyzną, w końcu - Otkieńszczyzną. Na miejscu tym powstał folwark i młyn. W 1565 roku Zygmunt August nadał majątek na własność Andrzejowi Bujwidowi Stryszce, drugiemu mężowi wdowy pod Chodorce. Majątek szedł wciąż z rąk do rąk, w XVIII wieku podupadły folwark przekształcił się w wieś i stał się własnością Eysmontów z Krasnogrudy. Następnie znów został folwarkiem i wpadł w ręce szlachcica, który miał prócz niego także karczmę położoną obok obecnego cmentarza berżnickiego. I tak aż do roku 1944, kiedy to zmarł ostatni właściciel, Kazimierz Zaniewski. Co dalej, zupełnie nie wiadomo. Czy mościł sobie tu miejsce jakiś PGR, czy po wojnie zostały jakieś budynki? Długo oglądałam fundamenty, wyglądały całkiem współcześnie, w każdym razie porozsypywane po krzakach cegły sprawiały wrażenie XX-wiecznych.




Wzgórze jest zryte podobnymi dołami, jakby śladami po piwnicach

Widok z "okien dworu" w stronę szosy Sejny-Berżniki

Drzew starych niewiele, ale gatunki (jak na nasze
strony) egzotyczne

Jawor?
Mój ulubiony zestaw z miejsc zrujnowanych: dziurawy garnek +
sprężyny od łóżka. Nie wiadomo, czemu zawsze występują w parze
Widok ze wzgórza na przyległości. Na wprost są te cudne bagna
 Na koniec historyjka. Zanim w ogóle skręciłam w aleję, z otwartej bramy gospodarstwa stojącego po lewej wyskoczył ku mnie duży pies. Nauczona wcześniejszym doświadczeniem nie próbowałam dalej jechać, tylko zsiadłam z roweru i widząc, że na podwórku ktoś stoi, rozpuściłam gębę. Zza płotu przybiegł człowiek, podbiegł do psa i na środku drogi - bo ja wiem - nakrył go sobą? Położył się na nim? Z oddali było widać nadjeżdżające od Berżnik samochody, a człowiek na przemian wołał i mówił.
- Eee, przynieś sznurka tego, co on zerwał! Pani wystraszyłaś się? On nic nie robi, chociaż duży. My tu pilnujem, właścicieli pojechali. On ciągał sznurek, ciągał i zerwał. Już jego zwiążem.
Za chwilę przybiegł nastolatek, dowiązał do obroży psa kawał sznurka i wszyscy wycofali się na podwórko. Na asfalcie po skofundowanym dziwną operacją psie została mokra plama. Ruszyłam dalej, podobnie jak kierowca samochodu, który czekał, aż pies i leżący na nim człowiek odblokują drogę. 

14 wrz 2014

Rowerem cz. II - Ogrodniki, Hołny Wolmera


    Forma rośnie (powiedzmy), a z nią apetyt. Co stwierdziwszy wypuściłam się w najbardziej na północny-wschód wysunięty kąt Polski. Brzmi patetycznie, wygląda bosko - kto jechał rowerem wzdłuż granicy tak, żeby widzieć to, co za nią (puszcze nieprzebrane, ptactwo dzikie), ten wie.

    Zacznijmy od Ogrodnik. Tablica, którą pamiętam jeszcze w pełni kolorów, stojąca od czasów PRL-u na zgrempie nad jeziorem Hołny. Mocno zakryta wielką mapą powiatu, zresztą słabo już czytelna.

Tablica w cieniu gigamapy
"Teren byłego cmentarza Polaków, Litwinów i Rosjan - mieszkańców tej ziemi. Prosimy o uszanowanie miejsca, nie deptanie i nie śmiecenie. Dziękujemy". Trzeba będzie przy okazji zapytać kogoś, a póki co można się domyślić, że chodzi o wiejski cmentarz, który poległ z racji wytyczania drogi, a może przekształcania terenu na zgrempie w pastwisko. Finał jest taki, że w trawie za tablicą można znaleźć nie tylko papier toaletowy. Co ciekawe, to to, że u nas takich cmentarzy ekumenicznych raczej już nie ma. Katolicy obu narodowości leżą razem, staroobrzędowcy oddzielnie. A jednak gdzieś czytałam, że w Sejnach swego czasu chowano wszystkich razem tam, gdzie teraz są oba parafialne cmentarze, teraz wydawałoby się - w stu procentach katolickie.

 Po wydostaniu się na krajową drogę z duszą na ramieniu (bo jak ktoś jedzie krajową, to obowiązkowo 150-200 km/ha) podążyłam nią w lewo aż do drogowskazu "Rachelany". Już na wstępie było ciekawie, bo w pierwszym gospodarstwie dom wyglądał na niewspółczesny, a drzewa wokół na bardzo niemłode. I choć mój miły informator zaklinał się, że na pewno to nic ciekawego, pozostanę w stanie niedowiarstwa, dopóki nie sprawdzę w stosownym czasie, co to za dom i otaczający go park.
 Dalej było pięknie, bo po lewej stronie drogi roztaczał się widok na zagraniczne kępy zieleni, kuszące tak samo, jak kiedy zobaczyłam je pierwszy raz dzieckiem z podstawówki. Wtedy nie wiedziałam, co jest po drugiej stronie. Do głowy by  mi nie przyszło, że jest tam ciąg dalszy powiatu sejneńskiego z takimi samymi drewnianymi i murowanymi kościołami, dworami i parkami. Granica zagnieździła się już na tyle głęboko, że prawie nietknięty stopą ludzką las przed i za pasem ziemi niczyjej wyglądał jak ogrody Edenu. Teraz też tak wygląda, no, ale teraz już wiadomo, co jest TAM, za nim.

 Tyleż o Rachelanach. Dalej pracowicie czyniąc trasę-koło po komfortowym gminnym asfalcie znalazłam się w jezuickiej wsi Hołny Wolmera. Jezuickiej, bo jak pisze Grzegorz Rąkowski, w 1708 roku majątek Hołny otrzymali jezuici z Grodna. Co ciekawe, chłopi nie byli tam objęci pańszczyzną. Po likwidacji zakonu jezuitów całość przeszła na własność państwa a jednym z zarządców był kasztelan grodzieński Kazimierz Wolmer, od którego pochodzi nazwa wsi. On i jego potomkowie leżą na starym sejneńskim cmentarzu w najbardziej okazałej, XIX-wiecznej kaplicy, którą nie wiedzieć czemu parafia zagarnęła na magazynek narzędzi i w której spoczywają też podobno resztki napoleońskiego żołnierza, ograbionego  w swoim czasie z przedmiotów.
 Na początku XX wieku majątek Hołny Wolmera należał do Wacława Zyndram-Kościałkowskiego, suwalskiego posła na Sejm. Już w latach 30. dwór został przejęty przez Towarzystwo Kredytowe Ziemskie i rozpoczął się jego upadek.

Brama wjazdowa. Trochę country, a co!

Po dworze został "sień", jak mówi miły informator, tylko budynek gorzelni datowany na 1904 rok. Został sień, ale nie wiadomo, na jak długo. Swoje ocalenie prawdopodobnie zawdzięcza temu, że w latach 20. XX wieku zajęła go obsada 3. Kompanii Korpusu Ochrony Pogranicza "Hołny" i odtąd, do 1939 roku był strażnicą KOP "Wolmera", jedną z ponad dwudziestu na tym odcinku granicy. Celowo nie biorę do głowy i pomijam fakt, że po 1946 (tak, z opóźnieniem) działało tu Wojsko Ochrony Pogranicza i że z tamtego czasu pochodzi stojący w parku budynek nowej strażnicy, zamieszkały teraz przez przynajmniej jedną rodzinę. Udawajmy, że tamtego nie ma. A co jest?

Brukowana aleja

I widok spod bramy na dawną dworską gorzelnię

Najstarsza jest najpewniej część po lewej stronie

W sumie całość składa się z co najmniej czterech dobudówek

Są trzy wejścia, wszystkie zamknięte na głucho

Sklep

 W krzakach w okolicach bramy wjazdowej dopiero będąc pod strażnicą zauważyłam "sklep", dawną piwnicę-ziemiankę. Ciekawe, czy wojskowi kucharze używali jej tylko do trzymania pożywienia. Może trafił tam też niejeden schwytany na granicy przemytnik? Jeśli wierzyć Sergiuszowi Piaseckiemu i jego "Wielkiej Niedźwiedzicy", ludność w tamtych czasach skwapliwie korzystała z faktu, że granice były wytyczone niejako w powietrzu i zaznaczone tylko co jakiś dystans miotłami - wiechami na długich, wetkniętych w ziemię tykach.

Właśnie takimi miotłami (na fot.
KOP-ści w Krasnowie)


Chodzono w nocy non-stop, co do dziś wspominają starsi ludzie np. cytowani w Kronikach Sejneńskich "Pogranicza". Z tych też pewnie względów ludność litewska organicznie wprost nie znosi pograniczników i vice-versa.

Strażnica z boku. W zasadzie z każdej strony prezentuje inny styl.

Jestem w stanie wyobrazić sobie przedwojennych
oficerków palących cygaretki na schodach w majowy wieczór

Cios! Tak wyglądała strażnica w 1994 roku, czyli 20 lat temu.
 Ze zbiorów Stowarzyszenia
Weteranów Polskich Formacji Granicznych. 

Z tego co widzę, Skarb Państwa to największy marnotrawca wspólnego mienia. Agencja Nieruchomości Rolnych przynajmniej wyprzedawała wszystkie dwory dzięki czemu ktoś je ma, remontuje, mieszka. Tutaj - echhhh...

"Otwórz, otwórz, panieneczko. Koniom wody daj"

Część tylna, kuchenna

Wyraźnie dobudowano ją do starej gorzelni

Lokatorzy już odlecieli, w końcu wrzesień

Sądząc z kafelków, kuchnia vel umywalnia była używana
za czasów WOP-u

Genialne detale




Skoro ludzie nie chcą, to...

W ogrodzie przed strażnicą leży powalony/zostawiony tu olbrzym

Tęgie drzewo, ciekawe, czy w tym parku rosło

Na murze data "1904"

Dalej puściłam się z biegiem drogi, by dojechać do rozwidlenia. Na lewo, na trasie do Berżnik było widać most na Hołniance, na który na moment zboczyłam. Jak donosi Rąkowski, w tym miejscu w czasach Hołn Jezuickich znajdował się młyn Koblędziszki oraz folusz, czyli drewniana machina służąca do pilśniowania sukna, napędzana przez bieg wody.

Hołnianka

Niedaleko brzegu samotny sklep, nie wiadomo, czy pozostałość
po gospodarstwie, czy wspólna lodownia dawnych mieszkańców
Wróciłam do rozwidlenia drogi i ruszyłam na prawo, w stronę Ogrodnik, dokończając kolistej trasy. Obok kapliczki przydrożnej minął mnie ktoś w rodzaju najemnika, robotnik z sakwą na ramieniu, wytrwale drepcący w stronę Berżnik.



Matka Boska Nieustającej Pomocy Na Zawsze
Pod Szkłem Uwięziona

Obiekt moich dziecięcych fascynacji

 W Ogrodnikach zatrzymałam się przy najstarszym chyba dębie w powiecie, pomniku przyrody szacowanym na 400 lat. Wpisano go do rejestru pomników w 1978 roku i niedługo później było mi go dane oglądać ze świeżo przybitą niebieską tabliczką z orłem bez korony. Teraz tabliczka nieco wrosła w korę, nie ma już na niej farby, ale wiadomo, co oznacza. Jak mówi moja koleżanka z Hołn, dąb zawdzięcza swoją żywotność temu, że rośnie niedaleko plaży nad jeziorem. Mając co pić jest w stanie pociągnąć jeszcze długo.

30 m wysokości, ponad 5 m obwodu

***
Podziękowania dla miłego znawcy terenu za cierpliwość i wsparcie psychiczne :)

PS. Nie ma to, jak błyskawiczny odzew Czytelników. Dzięki niemu wiemy, co zacz za cmentarz nad Hołnami. W czasie okupacji miał tam działać posterunek niemiecki, którego obsada dokonywała doraźnych egzekucji. Cmentarz zawiera więc prawdopodobnie szczątki zabitych.