Pokazywanie postów oznaczonych etykietą peerel. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą peerel. Pokaż wszystkie posty

14 paź 2021

"Plac Leńskiego" Daniel Wyszogrodzki. Recenzja

   Ciężka, dla wielu nieznośna estetycznie architektura placu Hallera (w PRL - placu Leńskiego), doczekała się swego literackiego odzwierciedlenia. Na prawie 600 stronach Daniel Wyszogrodzki zaludnił ten niewielki kawałek Warszawy postaciami ze swojego dzieciństwa, przypadającego na przełom lat 60 i 70.  

  Książka nosi stempel "powieść". Mimo to Wyszogrodzki - tłumacz i propagator m.in. twórczości Leonarda Cohena, wykładowca Akademii Teatralnej, dziennikarz specjalizujący się w dziedzinie musicali, wspierający muzyczne teatry (w tym także Operę i Filharmonię w Białymstoku), nie kryje choćby w trakcie spotkań autorskich, że nie jest to fikcja literacka. Bohater - Danek, to sam autor. Baju, Trefniak, Trojan, Malborek, czy Giniol, to jego koledzy ze szkoły, z wakacyjnych wypraw albo z innego podwórka.

  Danek mieszka na Pradze II z dziadkami, którzy przejęli nad nim opiekę po śmierci matki. Tu przeistacza się z ciekawskiego kilkulatka w przedwcześnie dojrzałego nastolatka, który stale poszerza granice swojego świata, jednocześnie mierząc się z problemami: przemocą ze strony gitowców w szkole; szarzyzną PRL-u, która ogranicza jego młodzieńczą ekspansję; z byciem niedostrzeganym przez opiekunów, pogrążonych w wiecznej żałobie po córce i majątku, utraconym na rzecz komunistów.

Tu, w kinach Mewa i Albatros Danek z kumplami spędzali wagary
 

 Widownią tych "niepokojów wychowanka Danka" są mury wspomnianego placu i w ogóle Nowej Pragi. Od szkoły na skrzyżowaniu ul. Dąbrowszczaków i Brechta do kin "Mewa" i "Albatros" przy ul. Skoczylasa, z kin do cukierni pod filarami placu, z cukierni zaś do przychodni zdrowia, którą otwierał znany doktor-ojciec Danka i w której pracował dziadek Baja (na marginesie - przychodnia tak bardzo nie gra architektonicznie z placem, że do dziś na miejskich spacerach ludzie pytają przewodników, skąd to UFO w tak zharmonizowanym stylowo miejscu).

  Dalej: z przychodni do fontanny w centrum placu, a spod niej - do kawiarni "Miś" i legendarnej restauracji "Pod Niedźwiedziem". To nad nią na trzecim piętrze bloku bohater mieszka z dziadkami, obserwując nocne bójki lub malownicze scenki, gdy artykuły spożywcze "opuszczają" kuchnię przez okna lokalu na tyłach budynku.

 

W miejscu sklepu działała knajpa "Pod Niedźwiedziem"

  

Okna na tyłach "Niedźwiedzia"

   Wszędzie jest blisko, wszędzie chłopcy chodzą "z buta" lub jadą rowerem, bez końca rozmawiając o błahostkach i rzeczach wagi ciężkiej, bawiąc się słowami i formułując puenty, nieśmieszne, toporne - takie, jakie są w prawdziwym życiu, niezaostrzone upływem czasu, który potrafi nadać dzieciństwu pastelowych, wyidealizowanych barw.

   Bohaterowie nie są typowymi prażanami, mają się lepiej w całej tej mizerii komuny. Wyznacznikiem bycia z dobrej rodziny są fundowane przez ojca zagraniczne wakacje w krajach demoludów, rzucająca się w oczy elegancja babci i dziadka, szeroki zasób słów, który w konsekwencji sprawia, że Danek zostaje "apropakiem", jak notorycznie kiblujący w szkole gitowcy nazywają inteligenckie dzieci, potencjalnych użytkowników frazy "a propos".

Spotkanie z D. Wyszogrodzkim przy (niemal) placu Leńskiego


    Mogłabym posłużyć się tą powieścią tylko jako przewodnikiem turystyczno-historycznym po Pradze II. W tym świecie oświetlonym neonami "Pod Niedźwiedziem" i "Dom Książki" rolę guide'a pełni po prostu nieco zarozumiały i niezbyt sympatyczny chłopiec, polujący na płyty Beatlesów i traktujący dziewczyny jak mięso do zaspokajania swoich budzących się seksualnych potrzeb. 

  W końcu ja też, po przeprowadzce na Pragę II, identycznie jak ten chłopiec poszerzałam pole ekspansji. Najpierw spacery wokół ZOO, potem Mostem Śląsko-Dąbrowskim na Stare Miasto i wreszcie "wielka pętla bieszczadzka", jak nazwał tę trasę dziadek Danka: ZOO-Most Śląsko-Dąbrowski-Stare Miasto-Nowe Miasto-Most Gdański i do domu.

Park Praski, resztki wieży do skoków spadochronowych

   Mogłabym, gdyby autor raz po raz z całkowitą dezynwolturą nie odsłaniał beznadziei swojego dziecięco-młodzieńczego położenia. Fascynacji muzyką, która nie znalazła zrozumienia u dorosłych; brutalnego praskiego otoczenia, w którym bohater i jego równie wrażliwi koledzy musieli sobie radzić sami, znajdując sposoby na intelektualną dominację nad napakowanymi git-ludźmi; kontaktów z mało poważnym i zaangażowanym ojcem, który co prawda mógł dostarczyć synowi wielu niedostępnych w PRL przywilejów, ale jakoś nie mógł dostrzec go i zaakceptować takiego, jakim jest.

Resztki neonu Dom Książki, tę stronę placu Danek widział z okna

   Są w tej powieści dwa stosunkowo marginalne wątki-symbole, które nie wprost, a przez to najbardziej boleśnie wyciągają tę sytuację na światło dzienne. Bardziej nawet niż jawne inwokacje Daniela do nieżyjącej matki. Pierwszy z nich to prezent ojca dla syna - straszak, przypominający pierwszemu z nich prawdziwą broń i emocjonujące czasy partyzantki, a drugiego wprawiający w konsternację. Trudno o bardziej znaczący symbol niezrozumienia hipizującego syna.

  Drugi wątek to delikatność, z jaką ojciec Danka obchodzi się z Giniolem, małym Cyganem ze swego sąsiedztwa na Saskiej Kępie i z jaką ten stary-malutki przedstawiciel innej kultury odpowiada na zainteresowanie znanego pana doktora. Gdyby podobne relacje łączyły ojca z synem, być może nie byłoby późniejszego Danka-zdobywcy dup i cycków. Traktowany jak przedmiot, nauczył się traktować tak innych.

  Wyrażając ten kategoryczny sąd, jednocześnie wiem, że tak naprawdę nic nie wiem. Na spotkanie z Danielem Wyszogrodzkim w bibliotece przy (niemal) placu Hallera przyszła wcale niemała reprezentacja jego szkolnych kolegów i koleżanek. Wiadomo było, że są wśród nich współbohaterowie powieści, ale okazało się, że jest też koleżanka-rdzenna prażanka. Z dużym entuzjazmem podziękowała ona autorowi za "obronę dobrego imienia Pragi". A przecież ta dzielnica nie występuje w książce w siedmiu zasłonach niczym biblijna Salome. Wręcz przeciwnie! Jednak energiczna pani znalazła w powieści coś dla siebie, coś, co przekonało ją, że Danek był na Pradze w pełni "swój". 

  Mimo że momentami chciałam fizycznie rzucić jego powieścią, aby odrzucić jego, jednocześnie miałam poczucie, że Danek jest "swój", jak wszystkie dzieci, które przedwcześnie dojrzewając, tak naprawdę nie dojrzeją nigdy, i w których jak w książce - łatwo da się odczytać pustkę nieszczęśliwego dzieciństwa. I z tego właśnie powodu, wcale nie dla socrealistycznych powabów placu Leńskiego/Hallera, przy którym mieszkam, polecam przeczytać tę nietuzinkową powieść.

------------------------------------------------------

Za jej egzemplarz dziękuję stokrotnie leżącemu o rzut kamykiem przez Wisłę 

Wydawnictwu Marginesy




16 paź 2020

Praga cz. II Golędzinów

   Mgła opada, a wzrok się wyostrza. Niepojęte rzeczy, znajdowane na golędzinowskim brzegu Wisły, zaczynają się ukazywać we właściwym świetle. I wcale nie tracą na atrakcyjności.

   Schodząc jednak z poezji - co jakiś czas wracam sobie na policyjne osiedle i przylegający do niego teren Wydziału Transportu miejscowej komendy, obejmujący Fort Śliwickiego/Jasińskiego, który na "rympał", bez specjalnego podkładu historycznego zwiedzałam tutaj. Za każdym razem odkrywam nowe zjawiska, które powstały w latach, kiedy w forcie stacjonowały oddziały Zmotoryzowanych Odwodów Milicji Obywatelskiej. Przy okazji jednak załatwiam i inne, bardziej bieżące sprawy.

   Taką sprawą jest tragiczny stan działobitni południowej. To jedna z trzech działobitni tego fortu, szczelnie zagrodzona płytami, ustawionymi przez Zarząd Gospodarki Nieruchomościami - Praga Północ. Ponieważ z poziomu trawnika niewiele widać, na moją prośbę zdjęcie z wyższych pięter policyjnego bloku zrobił pan Marek. Dzięki niemu wiemy (ja, a także nieoceniony radny praski, Grzegorz Walkiewicz, który interpeluje do miasta w tej sprawie), jak się naprawdę rzeczy mają. 

Jak widać - mają się fatalnie

   Sprawa jest w toku, tymczasem można więc przejść do przyjemniejszych zagadnień. Podczas wcześniejszego kręcenia się po było-nie było policyjnym terenie, najpierw oczywiście uległam urokowi potężnych, grubościennych fortecznych budynków - koszar, działobitni, także środkowej, bo tym właśnie okazał się tajemniczy budynek wśród starodrzewu, nad którym rozpływałam się poprzednio. 

   Widziałam też przylegający do dużego parkingu obiekt, z tyłu zasłonięty dużymi tujami. Na pierwszy rzut oka wyglądał na kanał naprawczy, skojarzenie całkiem uzasadnione, w końcu to koszary i gdzieś mechanicy musieli robić swoje.

   Ostatecznie obadany bliżej, obiekt okazał się trybuną, prawdziwą trybuną pochodzącą prawdopodobnie z czasów ZOMO, a skąd to przypuszczenie - o tym dalej. 

Wejście od tyłu

   Od tylnej strony po obu stronach schodków mamy kratki, piękne kratki z epoki, wykonane z prętów. Na lewej zachowały się litery OP, właśnie w takim porządku. To nie daje mi spokoju, bo jeśli należy to rozumieć jako fragment skrótu z frazą "Oddziały Policji", to trzeba by uznać trybunę za późniejszą, jakieś lata 90. 

------ Edit: jak nic, chodziło o "Oddziały Prewencji". Ponieważ powstały one rozporządzeniem Ministerstwa Spraw Wewnętrznych w 1989 roku, likwidującym jednocześnie oddziały ZOMO, muszę chcąc nie chcąc uznać, że barierki są późniejsze niż myślałam (marzyłam :3)



   Jednak towarzyszy jej zarówno zardzewiały maszt flagowy, jak i cała reszta małej architektury (np. słup latarniany) ewidentnie z przełomu lat 70 i 80 (sejnianie mogą pamiętać, identyczne mieliśmy w Borku, do czasu gdy nadleśniczy nakazał przywrócenie stanu sprzed budowy muszli i całej reszty).

Trybuna z przodu

 Na relikt z interesującej mnie epoki wskazuje też fatalny stan materiałów, rozpadającej się na płatki cegły, spróchniałego drewna, którym wykończony jest "pulpit" tej specyficznej ambony. Konstrukcja, choć ogólnie bardzo prosta, ma też pewien ozdobnik - wcięte niczym talia przednie kanty, pomalowane na czerwono. Ma się rozumieć, że w latach 90. nikt nie malowałby trybuny na taki kolor, skojarzenie było zbyt świeże i nieodległe w czasie, aby tak ryzykować.

 





    Odkrycie trybuny rozjaśniło mi w głowie cały układ otoczenia. Wielki parking Wydziału Transportu, na którym, jak pisałam poprzednio, bywa gęsto od policyjnych busów, to plac świąteczno-defiladowy, na którym w czasach ZOMO musiały się odbywać capstrzyki, parady, wręczenia awansów i odznaczeń oraz tym podobne. 

Widok z trybuny na parking i budynek Wydziału Transportu

 Flaga wówczas wjeżdżała na maszt, a wieńce na sto procent kładziono tutaj:


   Można się tylko domyślać, jaka tablica została zdjęta z kamienia: pamięci poległych milicjantów? Poległych zomowców? Podczas likwidacji band po wojnie, czy może tłumienia zamieszek później? Może znajdę w swoim czasie odpowiedź na to pytanie. 

   Przy okazji - obok jest kolejna przyjemna samoróbka, widomy efekt społecznego czynu - podstawa ławeczki, wykonana z kamienia:

Sejneńczaki, słup! Takie stały przy muszli w Borku

   W tle zaś krzepki główny budynek fortu, czyli koszary, w których ostatnio nie było wcale garaży, jak myślałam, tylko... stajnie dla policyjnych koni. Jak wszystkie pozostałe elementy fortu, zaprojektowany został przez Jana Pawła Lelewela, brata Joachima, po 1830 roku (podawane są różne przedziały czasowe, być może biorą się z kolejności powstawania budynków).


   Ustalając, gdzie może leżeć działobitnia północna, co do której w sieci są rozbieżne zdania (istnieje, nie istnieje, są, ale już tylko ruiny itd.), zajrzałam do map satelitarnych. Okazało się, że za budynkiem Wydziału Transportu widać coś kropka w kropkę, jak spektakularna fontanna z poprzedniej części, istna "diamentowa kula" z kawałka Lombardu, pochodzącego z tamtej epoki. Obiekt równie okrągły, z cypelkiem na środku, tylko mniejszy. Czy to możliwe? Czy naprawdę jedna fontanna, zbudowana przez zomowców, to nie jest już wystarczająco, jak na ludzką wyobraźnię? O, nie, nie.

   Z defiladowym parkingiem sąsiaduje drugi, ogrodzony siatką, przez który przechodzi się w stronę gęstego zagajnika. Za nim jest już budynek VI Komendy Rejonowej Policji. A w zagajniku ścieżka, prowadząca do drugiej fontanny. 


Na niewielkiej polance znalazłam to oto cudo, zdobione gomółkami szklanymi, tym razem brązowymi. Nie wszędzie są to kawałki szkła rodem z huty, jak to było w przypadku poprzedniej fontanny. W widoczny sposób milicjanci sztukowali tu i ówdzie stłuczką z butelek, być może po oranżadzie. 

   Obok ex-fontanny ktoś trzyma... ule. Naprawdę, gdyby ktoś opowiadał mi o takim zestawieniu, uznałabym, że opisuje surrealistyczny obraz, albo sen po tak zwanych środkach. Jestem w stanie uwierzyć, że policjanci w przerwach na kawę wychodzą podebrać trochę świeżego miodu...



  Wodotrysk uległ działaniu czasu i rozpadł się, dzięki czemu widać, że kopułkę ochotnicy wymurowali na pniu ściętego drzewa, po którym została tylko obwódka z korą.



     W bezpośrednim sąsiedztwie fontanny stoi budynek bardzo podobny do kilku innych, rozsianych po całym terenie. Jestem słaba w zgadywaniu, co to mogło być, jest kilka wejść do niewielkich pomieszczeń. Łaźnia? Sprawdzić, czy nie zostało w środku jakichś charakterystycznych śladów nie mogę, bo gospodarze mają zwyczaj zatykać drzwi stertami chrustu. 

 


Identycznie zrobili w działobitni środkowej, do której i tak nikt nie wszedłby, bo jest ogrodzona ażurowym parkanem. Zakładam, że taka przeszkoda nie powstrzymałaby prawdziwych urbexiarzy, ale mnie tak. Wygląda to, niczym z horroru. 

   Co dalej? Zamierzam powoli, w swoim tempie, nie płosząc stróżów prawa nadmiernym pobudzeniem godnym szura, dążyć do działobitni północnej lub jej marnych resztek.

2 sie 2020

Praga cz. I Golędzinów


   Najciemniej pod latarnią - mówią, a najlepsze ma się pod nosem. Żyłam-byłam zwrócona twarzą w stronę placu Hallera, kierunek na Żerań mając za nieciekawy, bo teren magazynowo-przemysłowo-mieszkalny, z zasady swej ubogi w ciekawe obiekty. 

  Okazało się, że byłam w błędzie, co odnotowuję z przyjemnością. Po "mojej" stronie Mostu Gdańskiego znajduje się fort z czasów zaborów, będący obronnym przedmościem Cytadeli Warszawskiej, położonej po drugiej, żoliborskiej stronie Wisły. Fort powstając w latach 1835-1838 nadał kształt i sens powstającej wtedy również Nowej Pradze. Ze względu na niego przez długi czas nie wolno było tu budować domów innych niż drewniane i nie wyższych niż parterowe, aby nie mógł się w nich kryć nacierający wróg (ciekawe swoją drogą, jakiego to wroga ze wschodu spodziewało się Imperium Rosyjskie w Prywiślańskim Kraju). 

Prawdopodobnie działobitnia południowa (kaponiera)

  Fort nosił swego czasu imię porucznika Śliwickiego, poległego w Powstaniu Listopadowym i pochowanego w tym miejscu, potem - po odzyskaniu niepodległości - generała Jakuba Jasińskiego, poległego 2 km stąd podczas Obrony Pragi. Ale nie o nazwę dziś chodzi. W roku 1936 fort przejęła Policja Państwowa, umieszczając tam oddziały, zajmujące się rozpędzaniem zamieszek wzniecanych przez niezadowolonych z rządów. To jest już druga warstwa historyczna, która mogła się odcisnąć na tym terenie, ale którą najtrudniej mi rozpoznać, czy odszukać.

  Jest i trzecia warstwa, najbardziej widoczna. W czasach PRL w budynkach fortu stacjonował najpierw Korpus Bezpieczeństwa Wewnętrznego (znany jako pogromca żołnierzy wyklętych), a o wiele później - Zmotoryzowane Oddziały Milicji Obywatelskiej. Pamiątkowa tablica zaświadcza, że w latach 1976-77 w czynie społecznym funkcjonariusze ZOMO odnowili budynek fortowy, zaprojektowany przez Jana Pawła Lelewela ok. 1835 roku. Imponujący gmach o dwóch skrzydłach (na fot. lotniczych przypomina otwarty scyzoryk) i grubych ścianach stoi dziś zamknięty na cztery spusty. 

Otoczenie budynku robi za parking i miejsce spacerów.


Główne wejście


Tablica pamiątkowa czynu społecznego ZOMO

Szczyt budynku, po prawej przez bramę widać zdziczałe tyły.
Większość drzwi przypomina te garażowe.


Zamurowane, pierwotnie pewnie służyły do ostrzeliwania się.


  Nie ma z kolei tablicy upamiętniającej, ale jej nie potrzeba - małą infrastrukturę koszar ZOMO. Fontanna, kwietniki, sadzawka itp. ewidentnie powstawały własnym sumptem funkcjonariuszy w latach 70-80. i pozostały niezmienione do dziś.


Rząd kwietników okala trójkątny skwer przy wjeździe na teren fortu.

Kolejny raz okazuje się, że najlepsze skanseny są nie na peryferiach kraju, ale w jego centrum (infrastruktura Borku w Sejnach nie istnieje, a jej rówieśnicy stołeczni trzymają się dzielnie i opierają się czasowi, a tzw. flanerzy, czyli miejscy włóczędzy, ciągną do nich jak muchy do miodu).


Brodzik/sadzawka/źródełko rekreacyjne

Pod warstwą zielonej farby widać płytki, znane z sejneńskiego Borku



Wspaniała fontanna na zarośniętym skwerze

Gomuły szklane ani chybi z huty szkła, niektóre mają wielkość pięści


 
  Glob w centrum chrupiącej suchym mchem misy fontanny to przemyślna konstrukcja z żelaznych obręczy, wypchanych gruzem i ułomkami eternitu, wymazanych cementem i inkrustowanych gomułami szklanymi wielkości moich dwu pięści. Czas odwrócił ten proces budowy milicyjnego dzieła i ujawnił szczegóły jego anatomii. 


Tu widać nawet kawałki dachówek eternitowych.
  Fontannie towarzyszyła wiata do celów uciesznych. Wygląda na niestarą, ale ostatnio z niej korzystający nie byli raczej ludźmi, co lubią sobie i rodzinom urządzać grilla. Połamane krzesła, butelki po najtańszych trunkach itp. litościwie przykrywa obalony daszek.

Dawno nie było tu imprezy

Snycerskie ślady na dachu wiaty


 Skwer z fontanną i perzem wysokości dorosłego człowieka sąsiaduje z romantycznym, ale obudowanym z każdej strony obiektem, przy którym rosną drzewa, jak nic pamiętające czasy, gdy nie było ani fortu, ani w ogóle Nowej Pragi. Really, really huge, jak emocjonują się nierdzenni Amerykanie. 

Niebezpiecznie, skoro się nie remontuje.

Wspaniały matuzalem.


Wole oczko


Rzut oka przez zamkniętą bramę


Chrust bezwstydnie korzysta z wejścia.

 Do całej tej carsko-milicyjno-policyjnej otoczki dochodzą kolejne szczegóły. Po 1989 roku, kiedy ZOMO przeszło do historii, teren ten należał do policyjnych oddziałów konnych. Kręcąc się tam nie znalazłam śladów, świadczących o istnieniu stajni. Jednakowoż obok, bliżej wiślanego brzegu działa stajnia prowadząca hipoterapię dla dzieci specjalnej troski. Pytanie, czy wcześniej ten teren nie był całością z fortem i czy stajnia nie przejęła obszaru, wcześniej zajmowanego przez konie na służbie?

  Tyle o koniach, a teraz o okolicy. Z jednej strony w zespół fortecznych budynków wjeżdża osiedle, zbudowane w 2001 roku w stosownym stylu, nazywanym dziś Polska 2000 (wszyscy wiemy, o co chodzi, sejnianie wyobrażają sobie aptekę "Malwa" lub blok naprzeciwko parkingu pod synagogą, na zakręcie Piłsudskiego w 1-Maja). Na osiedlu tym ni stąd ni zowąd pojawiają się pozostałości koszar.

Bramka donikąd, kiedyś z drutem kolczastym.


Płotek a la lata 70/80, pożerany żywcem.

  Co ciekawe, osiedle to, ganione przez szurniętych na punkcie zabytków za bezpardonowe wtargnięcie w zabytkowy teren, jest "policjantowem", czyli miejscem osiedlania się byłych i obecnych funkcjonariuszy. Żeby było jeszcze pieprzniej, to teren forteczny znajduje się na tyłach VI Komendy Rejonowej i sąsiaduje z jej budynkami. Tak więc chodząc tam łatwo napotkać odpoczywające w busach patrole, parkujących prywatne auta funkcjonariuszy itp. Z osiedla na spacery po tym zadrzewionym terenie przychodzą policyjne żony z dziećmi. Teraz nieco o wjeździe na ten teren.

  Do fortu można dostać się przez otwartą bramkę z osiedla policyjnego lub przez główną bramę, ciekawą, bo sugerującą, iż był to oficjalny wjazd z czasów PRL, a według mnie też wcześniejszy, bo leży przy "romantycznym" budynku ze starodrzewem. Dowodów jest zresztą więcej.

Strażnica-czatownia-punkt sprawdzania przepustek

Dowód koronny- dach czatowni to drewno najpóźniej z lat 20. XX wieku.

Szczyt czatowni
   Przez osiedlową, asfaltową uliczkę teren forteczny sąsiaduje z nowym osiedlem, na pierwszy rzut oka deweloperskim. Wiecie: brązowa cegła, osłony balkonowe z mlecznego szkła itp. Patrząc nieuważnie można się nabrać, że to jakiś Golędzinowski Raj, czy Zakątek nad Wisłą "ostatnie mieszkania w ofercie, nie zwlekaj, zadzwoń". Jednak jest to komunalne osiedle, które - jak wiele na to wskazuje - przejęło mieszkańców, wykwaterowanych z burzonych lub nienadających się do życia kamienic Starej Pragi. W efekcie rzut kłębkiem wełny od "policjantowa" mamy przejawy życia a la Szmulki, wrzaski, awantury, powyrzucane z okien przedmioty i inne atrakcje. Projekt całości osiedla zachwycił Filipa Springera, który poświęcił mu tekst w "Gazecie" i który przewidywał, że osiedle będzie budziło zazdrość i nienawiść wobec proletariatu, który dostał tam lokale.

Ten projekt zachwycił samego Springera


  Żeby nie kończyć smętnym akordem - wszystko to, co powyżej, znajduje się przy wjeździe na Most Gdański, u stóp wysokiego nasypu kolejowego i stacji Warszawa ZOO. Nad tym niesamowitym konglomeratem epok i stylów co jakieś 20 minut z ożywczym parsknięciem syreny przemykają SKM-ki i składy Kolei Mazowieckich. Podróżni, patrząc z okien, widzą zielony brzeg Wisły z czubkami wyższych bloków, a to co najlepsze, chowa się w zielonej toni i czeka na swoich Kolumbów z aparatami.

Tak, jak rok temu mój wehikuł czasu u basenów na Namysłowskiej z lat 1972-1976 sponsorowała #aktywnawarszawa i miły pan kierownik Ośrodka Namysłowska, tak w tym roku niespodziewaną podróż w czasie zafundowała mi #polskapolicja.

--------------
Korzystałam z fantastycznej strony forty.waw.pl, kompendium wiedzy o Twierdzy Warszawa i innych mazowieckich fortalicjach.