15 kwi 2020

Donato Carrisi, Dziewczyna we mgle. Recenzja

Od dawna trwa u nas moda na kryminały skandynawskie o klimacie surowym jak tamtejsza przyroda, z powściągliwymi i skromnymi bohaterami, z licznymi odwołaniami do promowanej w Szwecji czy Norwegii równości społecznej, co sprawia, że w literaturze tym złym często bywa bogaty, a jego ofiarami osoby ze wspieranych socjalnie nizin społecznych. Skandynawskie kryminały wspaniale się w Polsce przyjęły, ale niejeden może już czuć przesyt tym imponującym literackim importem zza Bałtyku.

Tym ciekawiej jest sięgnąć po coś z przeciwnego krańca Europy. Okazji dostarczył Włoch Donato Carrisi, który nie tylko napisał kryminał, ale też zekranizował go w 2017 roku, zdobywając nagrodę David di Donatello, czyli włoskiego Oskara za najlepszy debiut reżyserski. „Dziewczyna we mgle” rozgrywa się w górskim miasteczku zamieszkanym przez wyznawców osobliwej sekty. Szesnastoletnia Anna Lou wychodzi do kościoła, ale nigdy z niego nie wraca, jakby rozpłynęła się we mgle. Rodzice są przekonani, że ich córka nie miała typowych dla nastolatek problemów, żadnych randek, narkotyków, zarwanych nocy. Czy aby na pewno?

Na miejsce przyjeżdża arogancki dandys, gwiazda telewizji, inspektor Vogel. Liczy, że ściągając do odizolowanej mieściny telewizję wywoła chaos, a wtedy sprawca zdradzi się sam. Zresztą, inspektorowi nie do końca zależy na znalezieniu prawdziwego sprawcy zaginięcia nastolatki. Najbardziej zależy mu na wykreowaniu chwytliwej historii, którą kupią masy zasiadające przed telewizorami, jak Włochy długie i szerokie. Swoją metodę już raz przetestował, ze złym skutkiem. Znów jest gotowy zaryzykować. Chce odzyskać reputację najlepszego detektywa, wystawiając przypadkową osobę na światła kamer i bezlitosny społeczny sąd. Lecz czy na pewno osobę przypadkową?

Cyniczny gracz wie co robi. Jednak i on jest tylko człowiekiem, niezdolnym do kontrolowania wszystkiego. Dochodzi do tajemniczego wypadku, Vogel traci pamięć i jest zmuszony do przyjęcia pomocy miejscowego psychiatry, doktora Floresa. To doświadczony specjalista, zachowuje dystans wobec miotającej niewielką społecznością tragedii, a badając rozstrojonego wypadkiem inspektora nie spieszy się i nie popędza. Bohater może więc złożyć swój los w jego ręce i spróbować mu zaufać. Zaraz, czy aby na pewno?

Czytelników lubiących jasno i klarownie rozwiązaną fabułę ze wskazaniem palcem na mordercę radzę z „Dziewczyną we mgle” uważać. Polecam ją zaś wszystkim, których bawi poruszanie się we mgle nieokreśloności do końca powieści, zdolnych samodzielnie wybrać rozwiązanie i uznać, że właśnie to, a nie inne ich satysfakcjonuje. Po drodze spotkają typy ludzkie odmienne od tych ze wspomnianych skandynawskich kryminałów, temperamentne, spontaniczne i czasem gwałtowne: bezwzględną reporterkę, nauczyciela, który z miłości do żony zaczyna od zera karierę na końcu świata, aspołecznego nastolatka, któremu społeczność nie ma nic do zaoferowania, to raczej on mimo osamotnienia próbuje ratować co się da z pełnego hipokryzji otoczenia.

Każde z nich pokaże ostatecznie inną twarz i tylko Vogel od początku do końca pozostanie sobą. Gdybym miała wskazać minus tej lektury, będzie nią właśnie jednostajna antypatyczność naszego inspektora. Mimo wszystko jednak, to chyba pierwszy przeczytany przeze mnie kryminał, którego główny bohater nie daje się polubić. I choćby dla tej przewrotności w wydaniu Donato Carrisiego warto się na tę jego powieść skusić.

9 lis 2019

Praga III


   Wiało mocno, jesiennie, ale trzymałam się krzepko i nie dało rady wywiać mnie z dawnego traktu kowieńskiego (inaczej petersburskiego) miasta stołecznego Warszawy. Dość jednak, że zmieniłam osiedle z Pragi II na Pragę III. I o tej drugiej opowiem.

   Nowa Praga ma to do siebie, że kiedy nie ma się czasu na poważne wycieczki, wystarczy połazić z aparatem po najbliższym otoczeniu. Solo, albo dołączając do zorganizowanych wycieczek, które snują się tu po podwórkach i których "sprofilowanie" łatwo rozpoznać po tym, na  co ich uczestnicy patrzą. Bywają tu i amatorzy rodzimej motoryzacji (ci szukają Fabryki Samochodów Osobowych na Żeraniu), i wielbiciele peerelu (ci przyglądają się z upodobaniem witrynom sklepów przy placu Hallera, niezmienianym od dekad), i miłośnicy architektury, w tej liczbie zaś szczególnie socrealizmu i socmodernizmu.

  Praga III, tak jak Praga I i II, to żywy skansen PRL, z tym, że powstał nieco później, bo już nie za życia Stalina, a w latach 1961-1966. Grupę wieżowców między ulicami Namysłowską, Starzyńskiego, Jagiellońską i Szanajcy zaprojektował zespół pod kierownictwem Jerzego Czyża z Biura Projektów Zespołu Osiedli Robotniczych ZOR (to ten zespół, co odpowiada za osiedle Za Żelazną Bramą, czy osiedle na Kole, gdzie Picasso namalował syrenkę na ścianie).

    Pierwotnie miała to być właśnie grupa wieżowców, z których każdy otrzymał damskie imię i między którymi architekci przewidzieli duże połacie zieleni z małą architekturą dla dzieci, starców i odpoczywających robotników. Jednak, jak to w tych czasach, szybko się okazało, że luksusy są zbędne i trzeba nadmiar terenu zagęścić dodatkowymi budynkami, bo lokali dla robotników nadal brak. Tym sposobem między Anię, Jagienkę ("Krzyżaków" Ford nakręcił w 1960 r.), Krysię, Ewę i Basię wetknięto dodatkowe bloki, zapewniając ludowi pracującemu dach nad głową.

   Wśród nich ten: zbudowany w 1962 roku, bezimienny ośmiopiętrowiec. W przeciwieństwie do większości Pragi II i III nie jest wpisany do rejestru zabytków, stąd już niedługo zostanie pokryty dociepleniem. Uznałam, że ostatni to dzwonek na wycieczkę po i wokoło niego, bo kulki styropianu już zaczynają unosić się z wiatrem.

Nic specjalnego, gdzie mu do szalonej gigantomanii Pragi II

To prawdopodobnie pomysł współczesny, metoda zapobiegania brudowi



Klatka schodowa: resztka oryginalnego napisu "Czystość..."


Piwnica: oryginalna tabliczka, pomieszczenie niestety za kłódką
Piwniczny włącznik z ebonitu (?)
Wzruszający ślad po czasach budowy bloku
     Ponad 80 mieszkań miało w standardzie olejne lamperie z wtopionymi w farbę wiórkami drewna. Po co? Grom ich wie, być może miało to służyć zamaskowaniu zabrudzeń na zasadzie oka czepiającego się faktury, zamiast koloru. Co do wiórów jestem pewna, bo... wciąż istnieją. Natomiast odkrycie piwniczne kazało mi się zastanowić: po co jakiś szalony malarz ścienny przejeżdżałby kultowym gumowym wałkiem po przekroju ściany, gdyby nie pracował w tym bloku i nie miał w nim nic do roboty? Ano właśnie. Jest według mnie wielce prawdopodobne, że przyjeżdżający z najodleglejszych wsi przyszli robotnicy FSO na Żeraniu dostawali mieszkania z tzw. wałkiem w standardzie. Wałkiem kultowym, przypominającym rodzinne wiejskie domy, imitującym drogie tapety. Kto wie, czy w jakimś z mieszkań nie mają go jeszcze na ścianach?

Na bramie vis-a-vis bloku

Na tej samej bramie - ostrzeżeń nigdy dość


Widok z Pragi III na Pragę II i jedną z monumentalnych "stalinówek"

Blok jest wciąż zarządzany przez Robotniczą Spółdzielnię Mieszkaniową
Tu, od szczytu, był prawdopodobnie klub robotniczy, teraz żłobek "Małe Szczęścia"
Od jezdni blok oddziela mały parczek. W nim, w krzakach, schowany jest nawet grill.
Od strony Mostu Gdańskiego mamy tu taki artefakt

    Wiek krzyża jest nieznany, wiadomo, że to największy krzyż w tej części Pragi. Jedyne źródło internetowe, na jakie udało mi się trafić, podaje, że w tym miejscu był jeden z wielu w okolicy cmentarzy epidemicznych i krzyż go upamiętnia. Do ubiegłego roku na chodniku przed krzyżem stała ławka, co zachęcało jednych do wieczornych modlitw, innych zaś do spożywania "Królewskiego" puszkowego. Możliwe, że dlatego ławeczka znikła.



    Co do tego typu cmentarzy, to najbardziej znany, a zarazem najbardziej tajemniczy jest położony niedaleko, po drugiej stronie torowiska PKP, którym pociągi jadą z Warszawy Wschodniej Mostem Gdańskim na lewy brzeg Wisły. Nie ma do niego dojścia, przynajmniej oficjalnie, nieoficjalnie krajoznawcy łażą na nielegalu, ryzykując mandaty, a mieszkańcy domagają się zbudowania ścieżki i  tunelu w nasypie kolejowym. Cmentarz choleryczny z 1872 roku ma dla mnie pewien wabik. Leżą na nim m.in. zmarli żołnierze, pochowani nakazem władz carskich właśnie tutaj, bo - jak mówią źródła - byli to bałwochwalcy. Cały ten teren był w przeszłości wojskowy, zajęty przez Fort Śliwicki Cytadeli Aleksandryjskiej i infrastrukturę służącą m. in. Orenburskiemu Pułkowi Kozaków.

    Kim było siedmiu żołnierzy-pogan, służących carowi? Wyobraźnia podsuwa mi jedno rozwiązanie: wyznawcami szamanizmu. Imperium rosyjskie zapędzało w kamasze także swoich azjatyckich obywateli, w tym Jakutów, Czuwaszy, Czukczów i inne ludy żółte. Widocznie w tamtych czasach nie ulegali oni tak łatwo akulturacji, jak później, za sprawą komunizmu i wódki. Dlatego też z prawosławnymi spocząć nie mieli prawa.

    Na koniec garść miłych detali z pogranicza Pragi II i III, na dowód, że w istocie mieszkam w skansenie.

Na Namysłowskiej - oryginalna tabliczka

     Żeby zobrazować sobie, jak to jest, wyobraźmy, że w Sejnach wciąż pod delikatesami jest wmontowany w rabatę kwietną betonowy herb z turem, ułożonym z tłuczonego szkła; że na daszku Ośrodka Kultury wciąż wisi neon "kino Polonez kino" (tak, z lewej kino, na środku Polonez, z prawej znów kino); że na budynku WDT-u wisi neon z kłoskiem GS-u (od którego zaczął swój żywot ten blog). Okazuje się, że Sejny parły i prą do nowoczesności bardziej, niż Warszawa.

Standardzik na Pradze II, wtyczki na flagi szturmowe

Jeden z wielu wzorów balkonowych kratek, zbliżony do ornamentyki z rówieśnika, PKiN-u
Kwietników z opon nie powstydziłby się żaden PGR

Karmniki sąsiada z ul. Szanajcy, krajoznawcy pielgrzymują tu, żeby im robić zdjęcia


 
Oryginalna latarenka adresowa (W. Skoczylas, zięć prof. Urbanowicza z Tauroszyszek!)
Zdaję sobie sprawę, że można zbrzydzić powtarzane tyle razy słowo 'oryginalny', ale najlepiej oddaje ono sytuację.

12 paź 2019

Kamil Fejfer, O kobiecie pracującej. Recenzja


   Jeśli mówi wam coś nazwa facebookowego profilu - Magazyn Porażka, to jesteśmy w domu. Jego twórca, dziennikarz, analityk rynku pracy Kamil Fejfer jest w mojej ocenie jednym z najskuteczniejszych hamulcowych 'american dreamu' w swojskiej wersji polskiej. O ile Woś w Polityce czasem jedzie za daleko, powodując nie tyle ocknięcie tzw. rynku z drzemki, ale wręcz chichot i złośliwości, o tyle jednoosobowy wydawca Magazynu Porażka raczej budzi niźli chlasta w twarze z liścia. Reakcje na jego wpisy najlepiej pokazują stan polskiego pracownika. Im gorętsze, tym bardziej widać zaczadzenie motywacyjnymi filmikami o pierwszym milionie w zasięgu ręki, im pełniejsze rezygnacji, tym pełniej uwidaczniają, jak faktycznie jest źle.

  Jak jest źle, Fejfer pokazał w pierwszej swojej reportażowej książce, "Zawód. Opowieść o pracy w Polsce". Tym zaś razem kieruje światła na żeńską część pracowników, przyglądając się luce płacowej, czyli różnicy między zarobkami na tym samym stanowisku, w zależności od płci osoby, która je zajmuje. Natura, czy kultura? Co lub kto decyduje, że kobiety nie imają się pewnych zawodów, choć mogłyby? A co lub kto powoduje, że kiedy się ich już imają, zarabiają mniej? Autor nie mnoży odpowiedzi, choć ich wersji jest prawie tyle, ilu jego rozmówców - ekspertek i kobiet przeżywających swoje życie. Wystarczy przygarść przykładów, żeby zorientować się, że komuś takie rozwiązanie bardzo pasuje, a ktoś inny nawet się nie zastanowił, bo od dziecka był uczony, że nie jest od zastanawiania się, tylko od ładnego wyglądania. Plus: od opieki, karmienia, opierania.

  Tak, jeśli ktoś boi się feminizmu, tutaj znajdzie feminizm. Z mężczyzną-feministą trudno dyskutować, wszak niepisane reguły męskiego świata stanowią, że się nie bruździ kolegom. Jak zatem trudne do przełknięcia musi być to, co Fejfer pisze, skoro młodzi mężczyźni dostają spazmów w komentarzach pod jego postami? Drugie tak: bo okazuje się też, że istnieniu luki płacowej w Polsce najgoręcej zaprzeczają właśnie młodzi mężczyźni. Dlaczego? Tutaj odpowiedzi nie znajdziecie, ale moja głowa już nad tym pracuje.

Tu znajdziecie nieubłagane statystyki i losy kobiet: sprzątaczek, pielęgniarek, nauczycielek, matek. Bierzcie i czytajcie, bo materiał jest świeży, tegoroczny. Więcej, oprócz przykładów są też postulaty, jak to wszystko zmienić. I nietuzinkowy apel, ale jego treści nie zdradzę, by jej nie spalić.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Autorowi oraz Wydawnictwu Czerwone i Czarne.


12 sie 2019

Piotr Nesterowicz "Jeremiasz", czyli kiedy ostatnio czytaliście powieść o Sejnach?


  Ktokolwiek spodziewał się wydania współcześnie powieści, której akcja dzieje się w jednej trzeciej na Sejneńszczyźnie, to na pewno nie ja. Nie teraz, kiedy u państwa pisarzy nie ma już tego typowego dla lat PRL-u sentymentu do prowincji. Na szybko potrafię teraz wymienić z tamtej epoki "Poziomkowe lato" Doroty Lubomirskiej-Hosowicz, czy fragment "Za tyle pięknych dni" Joanny Iwaszkiewicz. Z nowszych - thriller amerykańskiego autora, którego nazwisko, tak jak i tytuł książki utonęły w mojej pamięci i za nic nie chcą wrócić. 


   Do mnie sceptycznej trafiła wydana rok temu przez W.A.B. powieść historyczna Piotra Nesterowicza "Jeremiasz". Rzecz jest o względnie młodym człowieku, śledczym służącym w III Oddziale Kancelarii Osobistej Jego Cesarskiej Mości w Grodnie, u schyłku XIX wieku. Jeremiasz przybywa do Supraśli, aby przyjrzeć się sprawie morderstw popełnionych na supraskich fabrykantach i ihumenie tamtejszego klasztoru. Zaczyna się to więc jak rasowy kryminał, jednak zmierza w stronę powieści inicjacyjnej. Oto bowiem Jeremiasz, jak biblijny prorok o tym samym imieniu, zaczyna odbierać komunikaty boskie, głosić je i zarazem podążać ścieżką samopoznania. 

    Nie wie, czemu ten ciężar spada na niego, syna samotnej matki, wychowanego w nieprzyjaznych Berżnikach w atmosferze izolacji, jako dziecko zdrajcy Cyriaka Accorda - sejnianina, jednego z naczelników Powstania Styczniowego. Accord ojciec uciekł z powstańczą kasą i zmienił wiarę na islam, wskutek czego domniemany syn łykał w berżnickiej szkółce upokorzenie i odbierał kuksańce od kolegów. W sejneńskim gimnazjum przyklasztornym pojął, że rozum powinien tryumfować nad duchem. Ale odepchnięty Bóg miał wobec niego inne plany i nieszczęsny Jeremiasz peregrynuje między Supraślą, Grodnem, Białymstokiem, Krynkami, Mułami, Berżnikami, aby w finałowych scenach znaleźć się w Sejnach i Pogorzelcu, gdzie przed laty doznał największej z życiowych strat. Czy choćby ten katalog nazw miejscowości nie działa dostatecznie wabiąco? Są tu jeszcze prorok Ilija z Grzybowszczyzny, okołosejneńska szlachta i nasi Staroobrzędowcy, a co oni czynią Jeremiaszowi, tego nie zdradzę.

   Nie jest to historia z happy endem, bo bohater w chwili uzyskania pełnej samoświadomości traci ją zapewne na zawsze. Ale cóż stąd, jeśli podróżując z nim można potrenować wyobraźnię w poznawaniu Podlasza (i opisów ówczesnych Sejn, włącznie z mieszkańcami) w epoce chaosu i strachu przed bliskim końcem świata. Dlaczego Podlasza? Wrażliwi na dopisywanie Sejneńszczyzny do Podlasia powinni zacząć lekturę od krótkiego posłowia na końcu, gdzie autor wyjaśnia m.in., jakie poczynił zmiany i przyznaje, że dołączył Suwalszczyznę do powieściowego Podlasza, krainy bardzo podobnej do tej realnej, ale jednak nie do końca. To dobry sposób na uniknięcie irytacji i zrozumienie autorskich intencji, pomocny w spokojnym odbiorze całości. A że warto odebrać całość, w to ja ani chwili nie wątpię. Dla nas ta powieść to absolutny must read, a przynajmniej rzecz, która powinna znaleźć się na półce w każdym szanującym się sejneńskim domu. 

   Za egzemplarz "Jeremiasza" serdecznie dziękuję panu redaktorowi Filipowi Modrzejewskiemu z Wydawnictwa W.A.B. (Grupa Wydawnicza Foksal).

12 lip 2019

Praga II cz. 3


 Kiedy wiosenne lato gwałtownie przechodzi w letnie przedwiośnie, a perspektywa opalania i kąpieli oddala się bezlitośnie z horyzontu, można trzeźwiejszym, a stęsknionym okiem przyjrzeć się miejscom do pływania. To konkretne polecam ludziom, którzy nie pogodzili się do dziś z likwidacją infrastruktury rekreacyjnej w Borku, i tym, co nie rozumieją skąd u osób w pewnym wieku ta tęsknota do zdziadziałej muszli i obłupanych murków, oraz zarośniętego basenu p-poż. z nieczynnym stawidłem. Otóż jest w Warszawie miejsce - rówieśnik Borku i to takie, w którym żaden leśniczy nie nakazał rozbiórki, dzięki czemu wsiadamy w wehikuł czasu i lądujemy wprost w latach 70.

W tych samych latach aktywny zawodowo był serialowy 40-latek :)

  Baseny przy ul. Namysłowskiej powstawały w latach 1972-1976 w stylu modernistycznym. To nie było tak ekskluzywne miejsce lansu, jak słynne odkryte baseny Gwardii, Skry, Warszawianki, Legii. Że te nie były słynne? No, jeśli opisywanie w książkach i pokazywanie w filmach to nie sława... Np. na basenie Gwardii dzieją się sceny jednego z odcinków "07 Zgłoś się" z 1981 roku, w których porucznik Borewicz niby to prowadzi istotną pracę operacyjną, ale żar leje się z nieba, a dziewczęta piękne i półnagie, więc zaraz zaczyna się flirt.

  Na Namysłowskiej raczej nie taplały się gwiazdy ekranu i radia, prędzej robotnicy żerańskiej fabryki, względnie szatańsko pachnącego w letnie dni Wedla, czyli wówczas Zakładów Przemysłu Cukierniczego im. 22-Lipca. Dziś trudno wyobrazić sobie tłumy w tym obiekcie, ale pustka i cisza powoduje, że łatwiej się skupić na modernej architekturze. Pustka, dodam, w tygodniu, bo w weekendy obiekt przeradza się w gigabazar, gdzie na plandekach ciuchy używane, torebki, kosmetyki z Niemiec i w ogóle namiastka pobliskiego Bazaru Europa (niech mu ziemia będzie lekką i dlaczego nie poczekał na mnie, aż przyjadę do Warszawy?).

  W tej ciszy można kontemplować elementy wyposażenia, przypominające osiedlowe instalacje przestrzenne z drugiej połowy XX wieku. Różnią się tym, że miały konkretne funkcje i o tym właśnie opowiem.

Modernistyczna brama wejściowa, miejsce pielgrzymek archimaniaków


Brama od środka
 W sześcianach "security" siedział ktoś z obsługi, kierujący ruchem wchodzących, żądnych schłodzenia w lekko szafowanej wtedy wodzie. Do wejścia służyły turnikiety, trudno dziś powiedzieć, czy pierwotnie były obrotowe, teraz nieruchome.

Turnikiet. Pewnie niejedna Annuszka rozbiła tu oranżadę...


Tylna "harmonijkowa" ściana budynku
  Z bramy ogrodzony siatką tunel prowadzi na tyłach jednego z budynków do centralnego wejścia od ul. Namysłowskiej. Na trawiastym terenie odkrytych basenów zadbano o wszystko, co potrzebne do rekreacji.

Jedno ze źródełek wody pitnej
Brodzik ze zjeżdżalnią dla dzieci
Uprasza się obywateli o ostrożne ślizganie!
Yin i Jang infrastruktury lat 70.
  Z brodzików młodzi mieszkańcy Pragi korzystali jeszcze ok. 11 lat temu, jednak frekwencja nie była stosowna do nakładów, jakie ośrodek musiał przeznaczać na to miejsce.

Wygląda znajomo?
  Właśnie na powyższym zdjęciu miłośnicy Borku powinni się skupić najbardziej. Kto pamięta, że identycznymi, tylko bardziej żółtymi kafelkami była wyłożona podłoga baru pana B.? Takie potłuczone kafelki jeszcze pod koniec lat 90. można było wykopać z darni na prawym brzegu basenu p-poż. w centrum Borku. Nie jestem w stu procentach pewna, ale czy czasem takież same kafelki nie pokrywały dna basenu od jego głębszej strony? W każdym razie pamiętam, że w czasie letnich festynów widywało się tam śmiałków w kąpielówkach, zażywających leśnej kąpieli.

Grzybek wodny
   Takich grzybków na terenie basenów i sąsiedniego obszaru bazarowego jest kilka. Fajnie to wygląda, jak handlarze obwieszają jeden z nich wieszakami ubrań. Tymczasem oryginalne rurki doprowadzające wodę wciąż są wewnątrz podstawy. Tu zgrzani podstawiali karki pod kaskady wody niczym w fontannie. A co, jeśli ktoś nie miał dzieci, miał za to inklinacje sportowe? Chciał na basen olimpijski, oczywiście. I nie było tak, że może umył się pod prysznicem, a może mu się nie chciało. O higienę trzeba dbać! Nikt nie chce się moczyć w wywarze z twojego spoconego cielska. Kto chciał "robić baseny", miał jedną opcję: 

Wejście przez bramę wodną

 U stóp widocznego łuku znajdowała się myjka do stóp. Delikwent wkraczał w nią, a tymczasem z góry...

...sikała woda, którą należało się opłukać.


I oto jest, basen właściwy, dziś za płotem w dni targowe i w budne.
  I to jest ten właściwy moment, aby podziękować Stołecznemu Centrum Sportu AKTYWNA WARSZAWA za życzliwość, pokazanie basenów i opowieść o nich. Warszawa różni się od Sejn wieloma rzeczami, w tym zrozumieniem dla maniaków historii i architektury. Dziękuję!

9 lut 2019

Praga II cz. 2


    Dostałam pod choinkę drugie bodajże wydanie "Listów na wyczerpanym papierze", przygotowanych do druku przez Magdę Umer listów miłosnych, wymienianych przez Agnieszkę Osiecką i Jeremiego Przyborę. Jak wynika z przedmowy, parę poetów i tekściarzy romans łączył przez dwa lata, między 1964 i 1966 rokiem. Żonaty poeta i wolna stanem (oraz duchem) poetka korespondowali najpierw w taki sposób, że ona zostawiała wiadomości dla niego w klubie SPATiF-u na rogu Wilczej i Alei Ujazdowskich. Przepiękne wydanie tego zbioru zawiera kopie pocztówek i w pewnym momencie zorientowałam się, patrząc na ich pole adresowe, że Przybora zamieszkał na ul. Dąbrowszczaków, czyli na Pradze II, jakieś pięćset metrów od miejsca, gdzie piszę te słowa :)

   Wcześniej wiedziałam, że Przybora, najbardziej chyba znany z Kabaretu Starszych Panów, pierwszą żonę, Marię Burską (jedną z tria "Sióstr Burskich", dziewcząt o książęcym, rosyjsko-tatarskim pochodzeniu), poślubił 15 września 1939 roku w praskim soborze św. Marii Magdaleny.

Sobór metropolitalny św. Marii Magdaleny

    Ale żeby mieszkał na Pradze II? Ano, tak. Z korespondencji i przypisów wynika, że Przybora opuścił drugą żonę i zaopiekował się mieszkaniem przyjaciół, pod adresem Dąbrowszczaków 12 mieszkania 110 (który Osiecka często modyfikowała na: "Szymanowskiego, róg Dąbrowszczaków, m. 110). Magda Umer wyjaśnia w przypisie, że chodzi o "mieszkanie państwa Kowzanów, znajomych, którzy wyjechali za granicę, przy ul. Dąbrowszczaków, w którym mieszkał Jeremi i w którym pomieszkiwała Agnieszka".

    Śpiewana później przez Sławę Przybylską piosenka "Portofino" do tekstu Osieckiej miała kilka swoich wersji, zmienianych przez podróżującą Agnieszkę w zależności od uczuć, które aktualnie żywiła do Przybory. To jedna z wersji:

"Dziś przyjechało wiejskie kino
i na jeziorze błysnął lód,
w sosenkach księżyc się rozpłynął,
a mnie tam smutno jest ciut ciut...

Na wszystkich stołach słodkie wino,
a ja wciąż plotę niby z nut
to prawobrzeżne Portofino -
nasz przysłowiowy szczęścia łut.

I nie wiem co tu jest przyczyną,
ale się cieszę, że aż ha,
że jeszcze będzie Portofino
inaczej mówiąc - Praga II"

- pisała Osiecka w liście z październiku 1964 roku. W styczniu następnego roku Przybora wymawiał:

"Pojechałaś sobie przed chwilą na Twoją Kępę (Saską - przyp. MK), do trochę zaczarowanego Swojego pokoiku, a ja zostałem na tej zdumiewającej Pradze II (...)"

Czas pokazać, gdzie mieściło się owe "Portofino" zdumiewającej pary, która czyniła nasz kraj jednym z weselszych bloków w komunistycznym obozie.

Kamienica przy Dąbrowszczaków 12 od podwórka, klatka z nr 110

   Jeśli spojrzeć na plac Hallera z góry, to budynek ten mieści się w jego lewej górnej części. Przypisanie poszczególnych budynków ulicom jest w tym miejscu dość tajemnicze, bo np. ta konkretna kamienica stoi frontem do ulicy Sawinkowa, bokiem do Szymanowskiego, a adres ma, jaki ma. Niemniej, architekturą jest typowa dla otoczenia placu Hallera.

Dąbrowszczaków 12 od frontu, z wieżyczką na rogu ul. Szymanowskiego

 Aby wyjść z podwórza na ul. Szymanowskiego, można kierować się na jedno z podcieni. To konkretne nie ma tak zjawiskowej posadzki, jak to z wpisu "Praga II cz. 1" ale za to ma strop prawie neorenesansowy!

Podcieniem na słoneczną ulicę Szymanowskiego


Czy tędy Osiecka i Przybora wymykali się razem?

  Stojąc przy ul. Sawinkowa, plecami do domu, w którym kryli się przed światem kochankowie, ma się po prawej widok na jeszcze jedno z licznych podcieni osiedla Praga II.

Prostopadła ulica Szanajcy

20 sty 2019

Praga II cz. 1


   Warszawa jest miejscem, gdzie nie tylko raz po raz spotyka się celebrytów w ludzkich, a nie bardzo medialnych sytuacjach. Jest też polem do indywidualnego odkrywania Ameryk, odkrytych dawno temu przez licznych warszawologów, tych instytucjonalnych i tych po godzinach, z miłości. Jeśli nie dać się zblazowaniu i nie opuszczać rąk, można, kierując się intuicją, nieźle się zabawiać, sprawdzając, czy to, co mnie wydaje się jakieś, jest takie w istocie i zostało już należycie odkryte i opisane. Co się dzieje i działo w moim najbliższym sąsiedztwie, opowiem.

Plac Hallera w 1/3 powierzchni od str. pętli autobusowej
   Mieszkam w otoczeniu Placu Hallera, monumentalnego socrealistycznego założenia w centrum osiedla Praga II, czyli kamienic z lat 1950-1966, budowanych z myślą o robotnikach z pobliskiej FSO. Że całość wpisana jest do rejestru zabytków, że wyraźnie wyczuwalna jest tu myśl architektoniczna, plan urządzenia wszystkiego tak, aby człowiek pracy miał wszędzie blisko (do sklepu, banku, na pocztę, do kina, kawiarni, hotelu (!) itp.), że ściany w mieszkaniach mają po trzy metry wysokości, a w lokalach handlowych na parterach i po dwa razy tyle (na pajęczynę nie wystarczy standardowa miotła), nie warto wspominać. Dość nadmienić, że kto zna klimat Pałacu Kultury i Nauki, centrum krakowskiej Nowej Huty, czy stołecznego Marszałkowskiego Osiedla Mieszkaniowego (MDM-u, okolice Placu Konstytucji), ten wie, o czym mowa. Praga II była nawet nazywana praskim MDM-mem.

   Jeśli ktoś chciałby w tym miejscu odniesienia do spraw sejneńskich, to proponuję karkołomne, ale moim zdaniem adekwatne: gdy projektowano w PRL obszerne mieszkania w bloku tzw. pomowskim (dla pracowników Państwowego Ośrodka Maszynowego), uwzględniono w kuchniach miejsce na spiżarki, kwadratowe wnęki z drzwiami, wietrzone przez kratki wentylacyjne, umieszczone w fasadzie budynku. Rozumiało się samo przez się, że mieszkańcy będą chcieli trzymać pod ręką płody z działek pracowniczych. Takie przebłyski zrozumienia dla ludzkich potrzeb miała ówczesna myśl architektoniczna, ale zdarzały się i jego braki (np. wysokie sufity Pragi II, czy ogromne, trudne do ogrzania i opłacenia metraże sejneńskich bloków pracowniczych).

Wlot z Placu Hallera w ul. Skoczylasa (prawa pierzeja)

   O przeszłości Placu Hallera można się co-nieco dowiedzieć z publikacji internetowych i rozmów z prażanami. Czasem trudno tylko zastosować to "kiedyś" do tego, co "teraz" i łatwo wysmalić, krótko mówiąc, głupa. Ale z pożytkiem dla siebie, a kto pyta, nie błądzi. Podczas jazdy autobusem dowiedziałam się na przykład, że cegłę na budowę osiedla zwożono zza Wisły, konkretnie z Muranowa (na te słowa - ścisk w sercu, mieszkam na cmentarzu).

     Z rzeczy chwalebnych - przy placu były słynne kawiarnie "Miś" i "Niedźwiadek", małe kina "Mewa" i "Albatros". Na powietrzu organizowano potańcówki ludowe, podobne, jak na Mariensztacie. Mój przypadkowy informator okazał się być też informatorem Muzeum Pragi (na stałej wystawie w MP można posłuchać nagrania z jego opowieścią), stąd wierzę w jego słowa. Sęk w tym, że nie zdążył mi opowiedzieć, gdzie to wszystko konkretnie było, w których budynkach. Publikacje np. w stołecznej Gazecie też nie do końca wskazują miejsca tych przybytków rozrywki. Czytałam tylko gdzieś, że naturalnym spadkobiercą "Misia" i "Niedźwiadka" jest mająca się wciąż dobrze kawiarnia "Bajaderka" (róg placu i ul. Jagiellońskiej), w której można zobaczyć taką oto płaskorzeźbę:


    Nie umiałam za to przypiąć do niczego tajemniczego lokalu na rogu Placu Hallera i ul. Skoczylasa (w jej lewej pierzei, patrząc od placu). Stał pustką, widoczną zza połamanych żaluzji, ale równocześnie kusił różnymi resztkami, dobrze widocznymi przez duże witryny. Jesienią do lokalu zawitała duża ekipa remontowa.

Róg Placu Hallera i Skoczylasa

Na parterze, za kamienną okładziną - lokal


Wnętrze w trakcie robót


Świetlik na wysokości antresoli


Witraż z gomółek szklanych
  Ponieważ wśród resztek było widać kilka elementów nawiązujących do sztuki starożytnego Egiptu (popiersie boga lub faraona, płaskorzeźba), poszłam myślami tropem kina. Nic z tych rzeczy. Z tego błędu wyprowadzili mnie panowie konserwatorzy, wykańczający wnętrze. Wskazali mi tablicę pamiątkową, wiszącą przy wejściu.



     Otóż była tu pracownia prof. Chmielewskiego, autora m. in. suwalskiego pomnika Marii Konopnickiej (tej pierwszej, kamiennej), wielu pomników stołecznych, czy znanego dobrze studentom Uniwersytetu w Białymstoku pomnika Bohaterów Ziemi Białostockiej (stojącego w pobliżu Placu Uniwersyteckiego). Artysta po repatriacji z rodzinnego Grodna mieszkał w rodziną w Suwałkach, stąd jego liczne związki z naszymi stronami.

    Nie bez wstydu przyznałam się sympatycznym konserwatorom, że tablicę, oczywiście, widziałam, ale dla mnie określenie "w tym domu" skojarzyło się z frazą "w jednym z mieszkań tego domu" i nie zgadłam bez ich pomocy, że miało ono znaczyć: "w tym lokalu z antresolą". W każdym razie jeszcze w styczniu wyremontowany lokal będzie do wynajęcia. Remont przeprowadziły władze miejskie i zamierzają udostępnić go z przeznaczeniem (najchętniej) na pracownię artystyczną. Wujek google podpowiada, że przed remontem miejsce to było do wynajęcia za stawkę 15 zł/metr kwadratowy, przy czym jest tych metrów ponad dwieście. Ile wzrośnie ta stawka, okaże się niebawem.

Jeszcze jeden artefakt z czasów profesora

    Ozdobą Placu Hallera są trzy obłożone ciosanym kamieniem kioski: stanowisko dyżurnego ruchu Zakładu Transportu Miejskiego, kantor walut i kwiaciarnia. Nie podejmuję się określania, z jakich czasów pochodzą, ale stwierdzam, że wśród nich przoduje zdecydowanie budynek stanowiska dyżurnego. Odkąd jestem w stolicy, był on używany. Na specjalnym podwyższeniu zasiadała codziennie pani, obserwująca przez witrynę szklaną i zapisująca godziny przyjazdów autobusów na pętlę. Od jakiegoś czasu obiekt opustoszał. Dyżurni obserwują ruch "empeków" siedząc w służbowych samochodach, zaparkowanych na pętli.

Kiosk dyżurnego ruchu ZTM

    Co dalej będzie z kioskiem, nie wiem. W każdym razie okna dają pole do zachłannej obserwacji wnętrza, które - podkreślam z całą mocą - nie mogło się zmienić od co najmniej trzydziestu-czterdziestu lat. Wszystkie elementy wyposażenia: od stolików, pulpitu, wykładziny PCV w korytarzyku wejściowym, po kable, kwietniki itp. stanowią żywy skansen peerelowskiego wystroju wnętrz biurowych. I każde posiada numer inwentarzowy, pracowicie wymazany emalią.

   Na szczęście warszawskie środowisko nie jest ślepe na takie perełki, dlatego kiosk robi karierę w... kinematografii. Jakim fajnym zaskoczeniem było zobaczyć go w filmie "53 wojny" Ewy Bukowskiej! Scena, w której do palącej Anki dosiada się Przypadkowy Amator Cudzesów i dowiaduje się, że jest ona uciekinierką z Czeczenii, rozgrywa się na podmurówce rzeczonego kiosku.

Tu, na parapecie siedziała Anka (Magdalena Popławska)


-------------- edit (luty'19) ---------------
   Kierowcy autobusów, zatrzymujących się na pętli na placu Hallera mają do wyboru dwa toi-toie lub, o ile posiadają klucz do tego kiosku, toaletę z prawdziwego zdarzenia. Trafiła mi się okazja "zanurkować" w korytarzyk za panem kierowcą. I ciach!

Wejście na dyżurkę dyspozytora


  Lud warszawski ma obywatelskie zacięcie, dlatego też czekająca na odjazd starsza pani zainteresowała się, po co tam zaglądam. Wdawszy się w wyjaśniającą rozmowę dowiedziałam się, że "burzyć na pewno tego nie będą, a jeśli będą, to nie pozwolimy". Brawo :) Dla mnie pobyt w Warszawie może skończyć się trafieniem do kozy, ale póki co uważam, że warto.



  
 ---------------------------------------


      Kiosk ZTM to nie jedyny plan, który wykorzystali twórcy "53 wojen".  Kamienice otaczające Plac Hallera mają wkomponowane podcienia (ja naliczyłam ich cztery), każde w nieco innym stylu i z innymi detalami. W filmie pojawia się jedno z nich - w scenie, gdy Anka pośród kolumnady goni przypadkowo spotkaną młodą Czeczenkę, żądając, aby zostawiła w spokoju jej męża, Witka.

Tu bohaterka w ataku psychozy skrzyczała młodą Czeczenkę

To podcienie, jako jedyne, ma tak zdobną posadzkę
  Filmowcy w ogóle doceniają zalety Pragi II. Nie dalej jak pod koniec zeszłego roku na klatkach mojej kamienicy rozwieszana była informacja, że szukają u nas mieszkania, koniecznie z balkonem, koniecznie z wystrojem wnętrza niezmienianym od dekad. A potrzebują go na plan do filmu "Ikar. Legenda Mietka Kosza". Najnowsza produkcja Macieja Pieprzycy z Dawidem Ogrodnikiem w roli głównej, ma być historią o Mieczysławie Koszu, niewidomym pianiście jazzowym, zmarłym tragicznie w 1973 roku. Premiera jesienią i wtedy dopiero przekonam się, czy "moja" kamienica zagrała w finałowej, smutnej scenie "Ikara".


    CDN niebawem. Będzie dotyczył Placu Hallera jako scenerii prawdziwego, niefilmowego romansu, który mocno wpłynął na polską poezję drugiej połowy XX wieku. Chwała książkom, jako prezentom pod choinkę!