11 cze 2012

Lauda cz. I


Dotnuva (Datnów) wygląda niesamowicie w upalny ranek. Jeśli Sejny są jakby zmiażdżone przez ogromny falujący piernat kościoła, to co powiedzieć o Datnowie? Kościół Przemienienia Pańskiego został sklasyfikowany jako barok wileński, ale od typowych przykładów tego stylu różni się mocno, bo zamiast pierzastoróżowy, jest od pasa w górę biały z graficznymi wstawkami oblezień tynku, a od pasa w dół ceglasty jak mur pruski. Razem z ciężkim tłem kobaltowego nieba robi to dziwne wrażenie, jakby ruin po jakimś kataklizmie wojennym.
Kościół w Dotnuva ufundowany w XVII w.,
przebudowany na murowany pod koniec XVIII wieku

 Tak źle jednak nie jest. Przed kościołem biegnie ruchliwa trasa, naprzeciwko jest sklep i parking, drewniane domki, niektóre o figurach tak dobrze znanych z północno-wschodniej Polski.

W Dotnuvie
 Za drogą, przy kościele zaczyna się raj. Lauda położona na środku Litwy jest w ogóle płaska i równinna, a przy tym jest tam niesamowicie bujna roślinność. Przyroda Sejneńszczyzny w czerwcu wydaje się bardzo skromna w porównaniu do tych połaci łąk, pól ogromnych krzewów ziemniaczanych, nadrzecznych chaszczy i pioruńsko zielonej trawy. Po drodze do Dotnuvy pani Danusia ze Związku Polaków mówi, że z tych ziemniaków, które widać z okna autobusu, jak ciągną się po horyzont, będą czipsy.

 Pewnie ze względu na ten urodzaj właśnie tutaj powstał instytut rolnictwa. Bo zanim przyjechaliśmy pod kościół  w Dotnuvie, wcześniej jedliśmy śniadanie w sąsiedniej miejscowości Akademija. Naleśniki serwowano nam w piwnicznej stołówce gigantycznego gmachu z 1911 roku, siedziby akademii rolniczej, założonej przez ministra Piotra Stołypina, który przez czas pewien był właścicielem miejscowości.
 Akademija, zanim po powstaniu styczniowym zaczęli nią władać Rosjanie, nazywała się majątek Datnów i od XVI wieku należała do kolejnych rodzin. W tymże XVI wieku (chyba) pierwsi właściciele - Izakowscy wznieśli tu swój dwór, który stoi do dziś.

Dwór w Akademiji
 Wystarczy odwrócić się plecami do naukowego giganta, żeby zobaczyć jak to tutaj jest. Dworek tonie w zieleni, tonie w niej fosa, którą jest otoczony, i dworski browar, do którego nie mamy czasu podejść, a przez tą zieloną dżunglę go nie widać.

We dworze bywał podobno car Aleksander I
Mostkiem do dworu
Renesans? Klasycyzm?
Pokroczyłoby się...

Widok z mostku na fosie


To było na śniadanie, a wracając na "obiad" do Dotnuvy - podobno dawniej mówiło się "Od Janowa do Datnowa wszędzie słychać polska mowa", co oznacza, że Polonia litewska to nie tylko Wilniuki, ale też Laudanie. Na polskiej mszy niedzielnej zjawia się garstka wiernych. Do tego dochodzą liczni goście, wśród nich ja, i kościół jest wypełniony.


Lwowie i bykowie na chórze kościelnym
Organy






Zejście z chóru, schody prawie półmetrowej szerokości,
bardzo strome


Okazuje się, że na frontonie kościoła był krucyfiks.


 Musiał spaść, albo został zdjęty, a figura Jezusa leży teraz na kościelnej podłodze, opatrzona karteczką z prośbą o datki na renowację. Ponieważ obsesyjnie boję się naturalnej wielkości figur Jezusa (o tym napiszę kiedyś), zrobiłam mu zdjęcie przez szybę.


 W XVIII wieku przy kościele powstał klasztor bernardynów. Po powstaniu styczniowym klasztor uległ kasacie, zakonników wywieziono. Została architektura.















O wsi Wałuć w sieci ani słowa





























 Mostek za zabudowaniami klasztornymi szedł przez gotujące się od dźwięków różnych stworzeń bagienko i rzeczkę. Wzdłuż rzeczki  kawałek ścieżki prowadził po skarpie na cmentarz ze sporą liczbą polskich nagrobków. Widać i czuć było wyraźnie, że tak interesanci kościoła jak i bywalcy cmentarza załatwiają przy ścieżce swoje cielesne potrzeby. Wykazałam zrozumienie dla nich po reserczu w sieci. Otóż w klasztorze jeszcze kilka lat temu żył zakonnik-pustelnik ojciec Stanislavas, którego wielu wiernych uważa za kogoś w rodzaju świętego. Proboszcz zaś, nastawszy do parafii, po śmierci zakonnika jego celę przerobił na toaletę. W sieci wrzało z tego powodu i być może po prostu ludzie nie chcą profanować izby pustelnika.

 Dla nas, jako gości, proboszcz był miły. Na mszy, zanim oddał głos polskiemu księdzu, powiedział, że wie, iż dziś jest ważne święto tutejszych Polaków i cieszy się, że chcą je zacząć od modlitwy. Po mszy wziął latarkę i poszedł pokazać nam kryptę pod kościołem, gdzie są szczątki dobrodziejów datnowskiej świątyni.



 Któryś z księży obejmując w przeszłości datnowską parafię skremował trumny z kośćmi stojące w tej części krypty. Pani Danuta powiedziała mi, że w czasach komuny krypta była w całości wypełniona zebranymi z pól burakami.
- Oni wtedy kościoły przerabiali na magazyny i garaże - mówiła polonijna działaczka.


 Dwie z trzech tablic epitafijnych wiszą na swoim miejscu. Józef Syruć to być może kuzyn babki Miłosza, pochowanej w niedalekiej Świętobrości. Trzecia tablica spadła i odsłania dziurę w murze, przez którą widać kości leżące na piasku. Może zmarła nie życzyła sobie mieć tak brzydkiej repliki oryginalnej tablicy i dlatego ta replika odpadła?


 Z Dotnuvy pojechaliśmy do Kedainiai (Kiejdan), radziwiłłowskiego gniazda. Nocowaliśmy na przedmieściach w strasznym, postkomunistycznym otoczeniu gigantycznych blokowisk. Żadnej zieleni, placów zabaw, tylko co kilkaset metrów hipermarket. Wystraszyłam się, że całe Kiejdany mogą tak wyglądać. Ale po przejściu pół kilometra natrafiłam na dobry znak, jak gdyby fabryczkę.

Dawna piekarnia


 Pani Wala, która opiekowała się nami podczas  pobytu na Litwie, powiedziała mi, że w tym budynku była piekarnia. Dodała, ze za sowietów  na miejscu produkowano wszystko, czego ludzie mogli potrzebować, nie to co teraz...
 W drodze wdałam się z panią Walą w rozmowę o Wańkowiczu. Przejeżdżaliśmy mostem po Niewiaży i wtedy opowiedziałam, jak kapitan statku pasażerskiego kursującego po Niewiaży przed pierwszą wojną spożył co nieco i sprowadził statek na mieliznę. Ponieważ  działo się to nocą i sytuacji za dziobem nie było widać, wyskoczył na pokład ze stojącym dęba włosem i krzykiem: Niewiaża skończywszy!
 Pani Wala śmieje się, ale na mój wtręt, że opisał to Wańkowicz, reaguje milczeniem. W końcu pytam, czy to nazwisko jej coś mówi. Pani Wala na to, że nie. Tłumaczę, kto to był, że w Polsce nagrody dziennikarskie i takież uczelnie noszą jego imię. Pani odpowiada, że może teraz dzieci przerabiają jego książki jako lektury, ale ona nie słyszała. Pocieszam ją, że w Polsce też nie każdy słyszał, a z tego co wiem, żadna z jego książek nie jest u nas lekturą szkolną.
- Jak to? To "Dywizjon 303" nie jest już lekturą? - wtrąca się kierowca, suwalczanin.
- "Dywizjon 303" nie jest Wańkowicza - mówię.
Kierowca peszy się a następnie pyta, to czyj? Teraz peszę się ja i odpowiadam, że może Przymanowskiego? Kierowca stwierdza, ze "Monte Cassino" to na pewno jest Wańkowicza i ja z ulgą potakuję mu, bo tego jestem pewna.

 Mówię pani Wali, że Wańkowicz jako dziecko mieszkał z babką w Nowotrzebach.
- Nowotrzeby! Moja teściowa mieszka w Nowotrzebach! To ja dobrze znam, to kilka kilometrów stąd - woła rozradowana pani Wala.
 Dopowiada mi, że dworu w Nowotrzebach od dawna nie ma, nie ma nawet śladów po nim. Że sowieci wszystko niszczyli, żeby nie zostało nic, żadna pamięć. Pytam o groby przodków wańkowiczowskich w dworskim parku, widziałam je na zdjęciu  w internecie. Pani Wala wzrusza ramionami i znowu milknie. Przynajmniej wiem, że nie mam co żałować, że w Nowotrzebach nie byłam.

 Stare miasto Kiejdan robi odpowiednie wrażenie. Duch wielokulturowości kwitnie, a ja liznęłam tylko jego część, nie zdążyłam na przykład zobaczyć zborów, kościołów, muzeów, czy słynnego minaretu, który według jednych został postawiony przez hrabiego Totlebena jako symbol zwycięstwa Rosji nad Turkami, a według innych - jako prezent dla kochanki-Turczynki. Będzie po co wracać, jednym słowem.

Parkowaliśmy obok synagog: starej z XVIII wieku i nowej z XIX wieku.








XIX-wieczna cerkiew Preobrażeńska w Kiejdanach
Urząd Rejonu
Turgus (targ) w uliczce za Urzędem Rejonu

Zupełnie jak przed wojną















Orkiestra z Ciechanowca podąża na Wielki Rynek





Ul. Stara







Granica starego i nowego miasta




Tu odbywał studia słynny  Gaon z Wilna (XVIII w.)






Ul. Żydowska/Żydu gatve
ul. Żydowska
ul. Żydowska, na drugim planie sklepik z rękodziełem
Dawny młyn, podobno doprowadzony do ruiny przez obecnego właściciela








Ulica Wielka
Wygląda znajomo? (źródło: genealogia.okiem.pl)

Ul. Wielka
Chusteczka ze łzami Janusza (?)

Szlachta (?)
Czesław Miłosz - monogram z brwiami :D
Szwedzki stół (czyżby nawiązanie do zhołdowania WKL
Szwecji przez Radziwiłłów?)
Od wojny, głodu, ognia i zarazy...
Sześć rynków (?)



Tu dają znakomity kwas z beczki, żywy, fermentujący i pachnący razowcem
(woreczki są miękkie, sprawdziłam)




Domy szkockich rzemieślników, sprowadzonych przez
Radziwiłłów do Kiejdan
Sesja ślubna

Na Wielkim Rynku stoi łoże wszystkich Radziwiłłów:
Ościkowicza, Krzysztofa "Pioruna",
Janusza, Bogusława

Pomnik upamiętnia umowę kiejdańską, na mocy której
Radziwiłłowie zhołdowali Wielkie Księstwo Litewskie Szwecji













Podjazd na wzgórze, gdzie stał pałac Radziwiłłów, wysadzony w 1944 r.
Wygląda niewinnie, ale pod koniec można się zasapać
Rys. Napoleon Orda (źródło: pinakoteka.zascianek.pl)
Tu wg. Sienkiewicza Oleńka powiedziała Kmicicowi, że go nienawidzi. Tu
Bogusław Radziwiłł miał siłą dobywać, czego sama Oleńka dać nie chciała.
Na szczycie wzgórza stoi Centrum Kultury w Kiejdanach




Na scenie zespół polonijny "Issa" z piosenką "Kraj ten Miłoszem słynie,
doliną Issa tam płynie" autorstwa Ireny Duchowskiej. Pierwsza z prawej -
moja rozmówczyni, pani Wala

Wracawszy, w autokarze dosiadła się do mnie starsza pani z zespołu "Jutrzenka" z Rezekne (Rzeżyca) na Łotwie. Bez zagajenia zaczęła opowiadać o swoich stronach. Ponieważ nie byłam pewna, skąd jest zespół, zapytałam: Inflanty? I pani ochoczo potwierdziła. Podjechaliśmy pod sklep i młodzi rzucili się robić zakupy na wieczór. Pani skomentowała: "A co w tych sklepach jest, czego u was w Polsce by nie było?" Ja na to, że batoników serkowych na przykład, u nas się tego nie produkuje i nie zna. Pani roześmiała się i pochwaliła, że na Łotwie są. Zaczęła opowieść o tym, że Łotwa eksportuje wyroby mleczne na Litwę, a tam są one sprzedawane taniej, niż za nie zapłacono producentom. Tak zeszłyśmy na rozmowę o gospodarce. Pani opowiadała o tym, że jeden lit jest równy pięciu łatom, o wymieraniu małych miasteczek na Łotwie, wyjazdach młodzieży na zachód Europy.
 Zboczyłam z tematu, zagajając o Plater-Broelów i Zyberków. Pochwaliłam się, że niedaleko Sejn, w Kapciamiestis jest pochowana hrabianka Emilia. Pani powiedziała, że na Łotwie jest kościół, gdzie Emilija bywała będąc dzieckiem i do dziś mają tam zabytkowy fotel, w którym miała zwyczaj siedzieć. Nazwa miejscowości wypadła mi z głowy.

Polonijne "Jutrzenki" z Rezekne. W środku - moja nowa znajoma
 Nie do powtórzenia jest mowa tej starszej pani. Zapamiętałam tylko, jak mówiła, że zespół musiał czekać na autobus, ale to nic, bo czekając zrobiły sobie "repetycję".
Nazajutrz pojechaliśmy do Wędziagoły.
----------------------------------------
  Pisząc podpierałam się przewodnikiem Tomasza Krzywickiego "Litwa". Teraz jestem przekonana, że jest on do niczego, bo natrafiłam w nim na ramkę z biografią Wańkowicza. Wyczytałam w niej, że Jodańce należały do ciotki Wańkowicza, Reginy, a mały Melchior mieszkał w nich ze swoją  siostrą Kingą.
 Niewtajemniczonym wyjaśniam o co chodzi: Wańkowicz miał jedną siostrę, o imieniu Regina. Była między nimi tak duża różnica wieku, że w swoich wspomnieniach żartem nazywał ją "ciotką", lub "Reginową".  Natomiast "King" to przezwisko, które Wańkowiczowi nadały córki, gdy był już bardzo otyły, a one zaczytywały się sienkiewiczowskim "W pustyni i w puszczy", gdzie jak wiadomo występował słoń imieniem King. Żeby to wiedzieć, wystarczyłoby przeczytać choćby jedną książkę Wańkowicza, ale widocznie pan Krzywicki woli pisać, niż czytać.

P.S. Od mojego pobytu na laudańskiej ziemi minęło kilka tygodni. Mogę dodać, że udało mi się nawiązać kontakt mailowy z moją Panią rozmówczynią z Rezekne. Okazało się przypadkowo, że jest to bardzo znana osoba, ale ponieważ była na tym wyjeździe incognito, ja również nie zdradzę jej personaliów. Dzięki korespondencji dowiedziałam się, że miejscowość związana z dzieciństwem Emilii Plater to Krasław (Kraslava) koło Dyneburga (Daugavpils).

15 lut 2012

Miłość w Bad Landeck

Każdy ma swoją "czarodziejską górę". Moja była na zboczu Trojaka, w Bad Landeck, czyli Lądku Zdroju. Nie miałam jak Hans Castorp plam na płucu, tylko uciekające kręgi kręgosłupa, było więc co naprawiać i stąd moja miesięczna obecność na zboczu góry.
Lądek Zdrój był wtedy w stanie zapaści, nowy kapitał postawił na nogi tylko siedemnastowieczne sanatorium "Wojciech", barokową okrągłą katedrę z turkusowym basenem w nawie głównej i sarkofagami leczniczego błota w nawach bocznych. Tu bogaci starcy zanosili modły do swoich strajkujących ciał obojętnych już na wszelakie przekupstwa. Reszta kurortu leżała odłogiem w głębokiej siermiężnej przeszłości PRL.

Wojskowy Szpital Uzdrowiskowy. Mieszkałam na poddaszu za jedną z kukawek.

Trafiłam do szpitala wojskowego, na ostatnie piętro z panoramą Sudetów za oknem. Był październik, lasy żółte i czerwone, co jakiś czas padał gęsty ale nietrwały śnieg. Byłam najmłodsza w turnusie, jeśli nie w całym szpitalu, a może i w uzdrowisku. Mój wiek nie predestynował mnie do zadzierzgania znajomości z lwicami i lwami turnusu. Panie widziały we mnie konkurencję, panowie - zagadkę spoza interesującego ich targetu.
Trzy razy dziennie  spotykaliśmy się wszyscy na sali jadalnej nad cienkimi płatkami pieczonego mięsa, pacjenci NFZ żywieni byli bowiem oszczędnie. Osobiście nadrabiałam schodząc codziennie do miasta na najlepsze na świecie drożdżówki i serca piernikowe w kawiarni vis a vis ratusza. W drodze powrotnej na górę, wspinając się  pionowymi brukowanymi uliczkami mijałam samochody obute w łańcuchy i gubiłam gdzieś wspomnienia o pochłoniętych dopiero co kaloriach.
Przy moim stoliku w jadalnej sali panowała atmosfera młodzieńczego luzu. Anka i Teresa na każdy posiłek schodziły ubrane w coraz bardziej wydekoltowane lycry, Jurek prezentował opaleniznę z solarium, obcisłe dżinsy i podzwaniające kluczyki od nowego modelu forda.  Moje próby uczestnictwa w rozmowach pięćdziesięcio-sześćdziesięciolatków spełzały na niczym. Dziewczyny i chłopak interesowali się tylko sobą nawzajem, popatrując na mnie spod oka jak na kuriozum. Wszyscy byli stałymi bywalcami Lądka i znawcami jego zakątków.
Z kolei ja nie wykazywałam zrozumienia dla towarzyskich zapędów pewnego górnika, wąsatego bruneta. Zadzierzgał znajomość ze mną wsypując zwinięte w kulki  serwetki do kaptura mojej kurtki, zostawionej na wieszaku przed salą jadalną.
W hallu wisiały wydrukowane apele, przypominające, że jest się  w szpitalu, obecność na zabiegach jest więc obowiązkowa, a po 22. personel będzie kontrolował obecność pacjentów w pokojach. Nieobecność może z kolei skutkować relegowaniem ze szpitala. Po co taki apel, zrozumiałam już w pierwszych tygodniach pobytu. Chichoty, nawoływania, stukot obcasów pań powracających z dancingów niosły się po korytarzach długo po północy.

W Lądku fascynowało mnie kilka miejsc. Bukowe lasy, gdzie można było zbierać małe trójkątne orzeszki ulubione przez dziki. Ruiny spalonego kościoła Salwatora. Most szesnastowieczny z figurą św. Jana Nepomucena.  Zrujnowany dom zdrojowy z oknami zabitymi deskami. I likwidowana biblioteka wojskowego szpitala uzdrowiskowego. Wchodziło się do niej na piętro kamiennego domu, mijając po drodze hall zdrojowej kawiarni, pamiętającej czasy radzieckich wojsk stacjonujących w Polsce. Za dnia kawiarnia wyglądała jak siedlisko Draculi: szare od kurzu aksamitne portiery, suszone bukiety w sieci pajęczyn, sczerniałe ze starości lustra. Na piętrze w opustoszałych salach stały przetrzebione regały z resztkami książek, pilnowane przez staruszka, który pobierał symboliczne złotówki za każdy wzięty z półki tom. Do tej biblioteki wracałam co kilka dni, niezrażona tym, że większość dzieł w niej wyprzedawanych traktuje o wyczynach partyzantów AL w czasie II wojny. Wybierałam rodzynki: Tołstoja, Fuentesa, Uhnak. Mam je nadal, opieczętowane stemplem z czerwonymi gwiazdkami.

Moje bibliofilskie zapędy wzbudziły litość w Ance i Teresie, które postanowiły wyprowadzić mnie do ludzi. Pewnego wieczoru poszłam razem z nimi na dancing do tej samej kawiarni, przez którą wspinałam się do wyprzedawanej biblioteki. Wieczorem w świetle dyskotekowych kul nie było widać wszechobecnego kurzu i rozpadu. Opuszczone w dzień szatnia i bar tętniły teraz życiem, w każdym okienku tkwiła łysa głowa staruszka, lub świeża ondulacja staruszki. Przy stolikach panował nerwowy klimat, zacieranie rąk, trącanie łokciami, szepty. Anka i Teresa spoczęły na krzesłach z ulgą, widziały na sali swoich wybranków i tego wieczoru mogły być pewne powodzenia.

O moim powodzeniu nie było mowy. Nie wiedziałam, na co patrzeć. Obok naszego stolika siedziało jakieś większe towarzystwo, jakby dwie wczasujące się rodziny, składające się z babć, teściowych, starszych wiekiem mam oraz dziadków, ojców i teściów.  Z podwójną rodziną siedziała młoda jak na tamto miejsce kobieta między czterdziestką i pięćdziesiątką, ładna brunetka z pierwszymi poważnymi zmarszczkami. Do tańca przygrywał duet, denerwujący falsetem piosenkarz i keybordzista.Od stolika w głębi sali oderwał się wychudzony młodzieniec, z różą w ręce podszedł do brunetki i ukląkł przed nią, schylając głowę do ziemi.
"Znowu on" - wywracały oczami moje koleżanki. Brunetka przyjęła hołd i para zaczęła tańczyć. Młody był od stóp do głowy ubrany w dżins, zaciśnięty pasek pokazywał szczupłość wychudzonej talii, podobnie jak kołnierzyk dżinsowej koszuli - żylastą szyję. Widać było jakieś braki w uzębieniu, małe kółeczko w lewym uchu i starannie nażelowane kręcone włosy. W tańcu patrzył na partnerkę wzrokiem płaczliwym i natarczywym jednocześnie, przykładał wierzch jej dłoni do swojego pochylonego czoła, jakby sygnalizował ciężką chorobę wywołaną jej dystansem. Jego dramatyczne pozy, klękanie przed brunetką, spojrzenia jej słane, pocałunki w nadgarstki były jednocześnie i niewiarygodne i irytujące, bo szczere. Rozumiałam, że to jest prawdziwy Pierrot z komedii del'Arte, ale nie aktor, tylko prawdziwe wcielenie w człowieka, który nigdy o komedii del'Arte nie słyszał.
Kobieta wyglądała na zmęczoną i pogodzoną z losem a jednocześnie tak jakby skrywała, że zabiegi młodzieńca są jej miłe. Dziewczyny wyjaśniły mi, że chłopak jest żigolakiem i że już od kilku wieczorów obtańcowuje brunetkę. Nie umiały powiedzieć, czy bierze od niej jakieś pieniądze.

Mając przed oczami tą parę, zamyślona, dałam się zaprosić do tańca mężczyźnie w szmaragdowej dwurzędowej marynarce, który dostał kosza kolejno od Teresy i Anki.  Pan Eugeniusz poprowadził mnie na parkiet i w rytmie cza-cza wyjaśnił, że jest emerytowanym wojskowym. O jego 80 latach świadczyła najpełniej pewna sztywność, z jaką kręcił szyją i kościstość starczego ramienia, które wyczuwałam pod obfitą poduszką ramienia marynarki. "Dziecko. Nie wiem, jak tu trafiłaś i co tu robisz, ale nie patrz na nas, starych, z góry. Jestem zupełnie sam, żona nie żyje od lat, dzieci nie mieliśmy. Kiedy pomyślę, że może rano mnie już nie będzie, bardzo chce mi się żyć. Wszyscy tutaj chcemy się trochę pooszukiwać, że jesteśmy wieczni" - powiedział pan Eugeniusz.

Kiedy nad ranem wróciłyśmy do naszego szpitala, pielęgniarka w okienku pogroziła nam palcem. "Zostaw. Pokazywałyśmy jej życie" - powiedziała Teresa, wskazując na mnie.

14 sty 2012

Jedli, pili i palili. Gdzie? Cz. II

Nie byłoby potrzeby wracać do pierwszego posta, gdyby nie czysty przypadek. W sklepie do dziś kojarzonym jako "Bajka" (chociaż neon "Bajka" dawno zniknął pod styropianem i 'strukturą') właśnie zaczął się remont. W związku z tym regały sklepowe odjechały w siną dal i oczom ludzkim ukazały się ściany, kilka lat temu prowizorycznie skuwane i wygładzane. Na szczęście prowizorycznie, bo dzięki temu ocalała niewielka część dekoracji ściennych, wykonanych przez Jerzego Srzednickiego dla dawnej kawiarni Luna/Bajka. Niby nic specjalnego nie widać, ale fragmenty dają pojęcie o tym, jaka była kolorystyka glinianego reliefu autorstwa mistrza Jerzego.

Tu widać kolory i linie. Z tego co pamiętam, to była jak gdyby rola, pole podzielone na skiby


Pole było tłem dla jelenia


Tu na żółtym obecnie polu znajdował się wspaniały rogacz, a nad nim płaskorzeźba słońca

"Ziemia" z glinianych buł, przylepionych do ściany

Ściana za dawnym barem/bufetem. Nie pamiętam, czy to były kwiaty, czy pióra?
Podziękowania dla właściciela sklepu K. D. za zgodę na fotografowanie

19 gru 2011

Iwan

Iwan pojawiał się w Sejnach w dni jarmarczne. Co robił na targowicy, trudno zgadywać: kupował, przebierał, targował się? Najczęściej spotykałam go w mieście około południa, kiedy stragany na targowicy były już zamknięte, a ostatnie liście kapusty i strony z gazet zmiecione w kupkę brzozową miotłą, szurającą po targowym placu.

Iwan, rozdokazywany świętowaniem wtorku nie mógł dotrzeć do domu w Sz. i krążył po mieście. Duża postać w watowanych drelichach, w papasze z kłapiącymi nausznikami brnęła wskroś skrzyżowań tamując uliczny ruch. Wiek Iwana był zagadką, zgaduj-zgadulą "tył-muzeum, przód-liceum". Długie, ścięte pod garnek, wymykające się spod czapy włosy były brązowe i siwe. Długa broda - skandalicznie ruda. Najmłodsze, zupełnie bez wieku były Wańkowe oczy, niebieskie tak, jak niebieskie może być tylko niebo nad Syberią. Celem Iwana był przybytek "Na Rożku": nazywane bardziej czule "Rożkiem" i "Rożenkiem" siedlisko oczadziałych filozofów i wiejskich dziwaków, zintegrowanych nad kuflami najtańszego piwa.

"Rożek" po długim nieistnieniu został zastąpiony przez Pub "Emilia".
 

Może nigdy nie usłyszałabym Wańkowego głosu, nie zobaczyła jak nabrawszy powietrza "prawi", szeroko rozwodząc rękoma, gdyby nie policja i moja w niej praca. Pewnego dnia, kiedy pomagałam dyżurnemu, w przedsionku komendy pojawił się Iwan. Zgiąwszy w pół swoją postać skłonił się do okienka, z którego już dyżurny pytał: czego Wania chcesz? Iwan zaczął wyłuszczać: jakiś współbiesiadnik na "Rożku" przyczepił się do niego, to piwo mu rozlewa, to ławę spod siedzenia wytrąca.
- Ale panie władzo, panie władzo! On nawet za brodę mnie chwyta i od "moskali" wyzywa! - przytoczył najgorszą ze zniewag, jaka go na "Rożku" spotkała.

14 sie 2011

Świt

- Orf!
Parł do przodu, czując jak łańcuchy pajęczyn muskają delikatnie włosy, stawiając je jeszcze bardziej dęba. Słyszał to określenie, ale do tej pory nie wiedział, jak to jest, kiedy do suchości w ustach i zimnego potu na plecach dochodzi to uczucie, jakby głowa została podłączona do prądu i mrowienie unosiło fryzurę na niepojętą wysokość. "Teraz już wiem". Człapała kilka metrów za nim, dysząc, bo poddał męskie tempo. Sadził wielkimi krokami, byle szybciej się wydostać. Ten trzeci, ten co ma jej pilnować, chyba używał skrzydeł bo nie było słychać ani kroków, ani jego oddechu. "I dobrze, może wcale za nami nie poszedł".

Mimo, że starał się mocno trącać struny, z daleka dochodziły ich jeszcze słabe dźwięki i nie wiedział, czy nie one właśnie elektryzują jego mieszki włosowe. Zbiór jęków w każdej możliwej skali, bełkotane prośby i błagania mieszały się z urywanym nuceniem. Tak, niektórzy cieszyli się, że tu trafili. Sami albo z niewielką pomocą bogów dążyli do tego i udało się. Śpiew zadowolonych zderzał się ze straszliwym skowytem tych, co trafili tu nagle i wbrew swojej woli.

- Orf... Dlaczego tak biegniesz, ja już nie mam siły...
"Idiotka. Myśli, że jesteśmy tu na spacerze. Niedzielna promenada szczęśliwych małżonków." Czy był z nią szczęśliwy, nie wiedział. Mógł porównywać ich związek ze stadłami sąsiadów i znajomych. Standard, ogólnie pojęta norma. Jako wzięty muzyk ćwiczył całymi dniami. Nie stanęła w poprzek jego karierze, pozwalała grać, tylko w porze obiadu nieśmiało wsuwała głowę w szparę w drzwiach na znak, że mogą zasiąść do jedzenia. Zajmowała się sama sobą. Wadą tego, że nie miał dla niej czasu było jej maniakalne czytactwo babskich piśmideł. "Świat nimfy", "Ze starego pamiętnika", "Rewia łąki" walały się po wszystkich meblach z naderwanymi okładkami i zagiętymi rogami w miejscach, gdzie znalazła ciekawe porady, gotowa wcielić je w życie. I wcielała je, wcielała. Od przepisów na nową pastę z oliwek i owczego sera po te inne, wykorzystywane nocą. Chciał jej powiedzieć, że domyśla się, skąd się bierze jej nagły entuzjazm do takiego, a nie innego ułożenia ciała, ale się nie przemógl. W końcu robiła to dla niego. Rozbrajała go ta jej gotowość do przypodobania się mu na każdym kroku. Jednocześnie działała mu na nerwy. Działa teraz, kiedy tak człapie mu za plecami.

- Orf! Ja nie pójdę dalej. Nie mogę, nie mogę złapać tchu... Dlaczego całą drogę nie odzywasz się do mnie, tylko grasz jak najęty? Co tu robiliśmy i czemu ciągle musimy się przebijać przez te ohydne pajęczyny? Wiesz, że ja tak strasznie boję się pająków!

- Do jasnej cholery! Możesz na jedną chwilę zapomnieć o sobie? Boję się, boję się, nie mam siły. Wiecznie tylko narzekasz i jęczysz, mogłabyś...

Kończył mówić zwrócony twarzą do korytarza, z którego nadeszli. Światło z latarki czołowej cięło w mroku sople zakurzonych pajęczyn. "Dikka..." Korytarz był pusty. Ten trzeci, ten co miał jej pilnować, dobrze wywiązał się ze swojego zadania. Warunek był prosty: Orf odwraca się, Dikka znika.

Spadając na ubity grunt korytarza lutnia brzęknęła fałszem. Spojrzał w prawo: wschodzące słońce ujawniło owalny otwór wyjścia. Oczy zapiekły go, różowy świt zatańczył.  Zobaczył Cerbera. Przez kłujące krzywe lustro łez wydawało się, że pies ma więcej, niż trzy głowy. Jedna z nich zawyła, wtórując dalekim jękom z serca Tartaru.